Kryminałek reprywatyzacyjny

Akt podpisał notariusz, który nie był notariuszem, w mieszkaniu, które nie istniało. Dokument pochodzi ze stycznia 1947 r., a ponad 70 lat później stał się podstawą do zwrotu nieruchomości prywatnym właścicielom, podającym się za spadkobierców osoby powołanej w akcie notarialnym jako nabywca kamienicy, która wybudowana została wiele lat później.

Fragment ulicy Narbutta po parzystej stronie, od dzisiejszego placyku Słonimskiego po Aleje Niepodległości, po wojnie był jednym wielkim gruzowiskiem. Na zdjęciach lotniczych robionych tuż po wyzwoleniu Warszawy widać ruiny kamienicy Narbutta 58. Bez dachu, okien i drzwi, z doszczętnie wypalonym wnętrzem. To właśnie w tych spalonych murach Zygmunt Anyżewski, przedstawiający się jako zastępca notariusza Bronisława Czernica, miał sporządzić akt wart dzisiaj wiele milionów złotych. Ale tam, pod ziemią, w piwnicach oficyny, w ciemnościach rozświetlanych jedynie świeczką miał powstać ważny akt przeniesienia własności? Dlaczego nie w kancelarii? Zwłaszcza, że kancelaria notarialna Bronisława Czernica mieściła się w znakomitym punkcie, na ul. Kapucyńskiej, rzut beretem od gmachu mokotowskiej hipoteki. Kim byli notariusz i jego zastępca?

Tych pytań nie zadawał sobie Jerzy M., były zastępca dyrektora rozwiązanego już warszawskiego Biura Gospodarowania Nieruchomościami, który 26 maja 2014 r. oddał w użytkowanie wieczyste grunt pod budynkiem na Narbutta 60 prywatnym właścicielom, którzy byli w posiadaniu odpisu tego dokumentu i przedstawiali się jako spadkobiercy kupującego nieruchomość. Jerzy M. miał oddać też budynek, ale tu ostro zaoponowali mieszkańcy.

W czteropiętrowej kamienicy na Narbutta 60 jest 14 mieszkań. Cztery z nich zostały kupione przez lokatorów zanim zapadła decyzja o zwrocie nieruchomości nowym właścicielom. Pozostałe znajdowały się w zasobie komunalnym miasta. Zgodnie z zasadami obowiązującymi przy reprywatyzacji wszystkie lokale o statusie komunalnym miały być nieodpłatnie przekazane spadkobiercom. Nim jeszcze urząd dzielnicy podjął ostateczną decyzję o zwrocie, powołał spadkobierców do zarządu wspólnoty, choć oni nigdy tam nie mieszkali. Teoretycznie posiadali jednak aż 72 proc. udziałów w nieruchomości, więc uznano, że z ich głosem należy się liczyć. Przyszli właściciele rozpoczęli swoje rządy od remontów. Wymienili dach, położyli nową elewację, wewnątrz zarządzili wymianę rur i generalną renowację klatki schodowej. Za wszystko płacił mokotowski urząd. Rachunki przekroczyły ćwierć miliona złotych.

W BGN nikt nie zawracał sobie głowy historią nieruchomości. Kamienica wygląda solidnie, więc starszy specjalista biura, Waldemar G., wystawił opinię, że budynek wybudowano przed 1945 r., czyli wszystkie mieszkania komunalne należą się spadkobiercom. Tu jednak wkroczyli mieszkańcy, składając do prokuratury doniesienie na specjalistę, który poświadczył ewidentną nieprawdę. Narbutta 60 wybudowano po wojnie i oddano do użytku w 1955 r. na co jest pełna dokumentacja. Pani prokurator z Prokuratury Mokotowskiej, Katarzyna K.-R., nie zauważyła jednak żadnych znamion czynu zabronionego w działaniach urzędnika i w przedbiegach umorzyła sprawę. Mieszkańcy jednak nie poddali się i zaskarżyli jej decyzję do sądu. Sąd przyznał, że prokuratura zbagatelizowała sprawę i nakazał ponownie ją podjąć. Nie wiadomo kto podjął. Anonimowy prokurator zlecił młodej policjantce z komendy na Malczewskiego przesłuchanie wnikliwych lokatorów, co też uczyniła i przed wyjazdem na długi urlop, w sierpniu 2015 r. sprawę umorzyła, zamykając w ten sposób dalszą ścieżkę prawną. O sprawie jednak dowiedziały się media i zaczęły zadawać kłopotliwe pytania. Przede wszystkim mokotowski tygodnik „Passa”, który przeprowadził bardzo wnikliwe dziennikarskie śledztwo. Mimo braku odpowiedzi na skargi mieszkańców i na krytykę prasową, decyzja o zwrocie nieruchomości, jaką wydano rok po ujawnieniu prawdy o kamienicy, dotyczyła wyłącznie gruntu.

Skoro na czyimś gruncie wybudowano dom, to właściciele, do których działka wraca, muszą zwrócić poniesione przez państwo nakłady. W tym celu powołana została aż z Łowicza biegła rzeczoznawca, Wiesława R.-Z., która wyceniła 10 mieszkań w atrakcyjnym punkcie stolicy, w świeżo wyremontowanym budynku, na 1 milion 800 tysięcy zł. Po 180 tysięcy za sztukę. Za takie pieniądze nie kupi się w Warszawie kawalerki, a na Narbutta są mieszkania także dwu i trzypokojowe.

Niepowodzenia w mokotowskiej prokuraturze i na policji nie zniechęciły ani dziennikarzy, ani mieszkańców reprywatyzowanej kamienicy, a nawet rozbudziły w nich ciekawość. Skoro instytucje powołane do ochrony interesów państwa nie były zainteresowane mieniem komunalnym, sami rozpoczęli żmudne śledztwo. Na pierwszy ogień wzięto zastępcę notariusza, Zygmunta Anyżewskiego. Szukano informacji o nim w archiwach Krajowej Rady Notarialnej, w Warszawskim Sądzie Apelacyjnym, w Ministerstwie Sprawiedliwości. Nie figurował w żadnym rejestrze powojennych notariuszy ani asesorów notarialnych. Dopiero w Archiwum Dokumentacji Osobowej i Płacowej w Milanówku znaleźli jego ślady. Był członkiem związku pracowników notariatów, ale nie notariuszem i nie miał żadnych uprawnień do sporządzania i podpisywania aktów notarialnych, a w szczególności poza terenem kancelarii. Czy był pracownikiem Bronisława Czernica? Nie ma na to dowodów, ale bywał u niego, co odnotowuje księga wejść i wyjść, jaką prowadziła kancelaria notarialna. Prawdopodobnie był zwykłym urzędnikiem od przekładania papierów na biurku i czasami korzystał z pieczęci notariusza. Być może samowolnie, ale niewykluczone, że za jego wiedzą. Sam pan notariusz był postacią raczej mało wiarygodną. Niby przedwojenny prawnik, co zwykle dawało gwarancje solidności i uczciwości, ale on jeszcze przed wojną imał się różnych zajęć prawniczych i nigdzie długo miejsca nie zagrzał. Zachowała się dokumentacja postępowania dyscyplinarnego, jakie toczyło się przeciwko niemu za nieodprowadzenie podatków od sprzedaży domu towarowego. Udało mu się wywinąć, ale stracił szanse na pracę w stolicy i odesłano go do prowincjonalnej Tucholi. Wrócił dopiero po wojnie i chyba dobrze sobie radził, bo akty przez niego sporządzane lub tylko firmowane znajdują się w archiwach niemal wszystkich dzielnic, co oznacza, że obsługiwał całą Warszawę.

W ruinach przedwojennej kamienicy na Narbutta 58 w mroźny styczniowy dzień 1947 roku stawili się oprócz Anyżewskiego panowie Radoszewski i Lewandowski. Wprawdzie wszystkie grunty warszawskie były już znacjonalizowane, ale jeden chciał sprzedać działkę budowlaną, która już do niego nie należała, a drugi mimo wszystko bardzo pragnął ją kupić. Jak zaznaczono w akcie notarialnym Marian Lewandowski, właściciel kupy gruzu na Narbutta 58, sprzedaje panu Radoszewskiemu sąsiednią działkę budowlaną, która przed wydaniem dekretu Bieruta również była jego własnością. Lewandowski swego czasu zrobił interes życia. Kupił hurtem działki na Mokotowie od bankrutującego Seweryna Junga, utracjusza, syna znanego piwowara niemieckiego pochodzenia, Hermana Junga, właściciela trzech znakomicie prosperujących warszawskich browarów. Synek przehulał nie tylko browary, ale i nieruchomości, w które ojciec inwestował przez całe życie. Lewandowski kupił od niego między innymi kamienicę na Narbutta 58 i sąsiednią, niezabudowaną działkę, a także wiele innych w tej okolicy. Jeszcze przed wojną sprzedał prawie wszystko z dużym zyskiem. Pozostały mu tylko te dwie nieruchomości, które w 1945 r. zostały znacjonalizowane.

Marian Lewandowski przed wojną i po niej mieszkał na Smolnej, ale zameldowany był w swojej kamienicy na Narbutta 58. W księdze meldunkowej zapisano wszystkie jego imiona: Marian Gustaw Ludwik. Tymczasem w akcie notarialnym, na którym bazował warszawski ratusz podejmując decyzję o zwrocie gruntu pod budynkiem jest tylko imię Marian. Lewandowskich w przedwojennej książce telefonicznej jest sługa lista, ale Marianów tylko dwóch, wśród nich ten zameldowany na Narbutta. Obaj mieszkali na Smolnej, a dzieliło ich kilka numerów. Jeden był Marian Gustaw Ludwik, drugi – Marian Ludwik. Pierwszy był rentierem, drugi adwokatem. Który stawił się na zgliszczach przed udającym notariusza Anyżewskim? Właściciel obu nieruchomości na Narbutta w momencie podpisywania aktu notarialnego w tych dziwnych okolicznościach przyrody miałby 88 lat. Ze Smolnej byłoby mu bliżej na Kapucyńską niż na Narbutta.

– Nie rozumiem dlaczego spisywanie tego aktu musiało odbywać się w ruinach, na mrozie, po ciemku. Ciągle się nad tym zastanawiam i nie znajduję żadnego racjonalnego uzasadnienia – red. Tadeusz Porębski z tygodnika „Passa”, który relacjonował wyniki śledztw obywatelskiego i dziennikarskiego podczas posiedzenia parlamentarnego zespołu do spraw zbadania nieprawidłowości przy reprywatyzacji, od tego momentu mógł snuć już tylko domysły. – Obaj panowie, i sprzedający, i kupujący, posługiwali się kenkartami, prawdopodobnie fałszywymi. Jeśli dodać do tego obrazu fałszywego notariusza, to widać na ile wiarygodny był ten akt przeniesienia własności…

W ciągu ostatnich trzech lat mieszkańcy Narbutta 60 wystosowali cztery pisma do Hanny Gronkiewicz Waltz, w których bezskutecznie domagali się najpierw wstrzymania decyzji, potem już tylko poczekania z jej wykonaniem do czasu wyjaśnienia wątpliwości dotyczących dziwnego aktu notarialnego. Wszystkie pisma pozostały do dzisiaj bez odpowiedzi. Złożono 9 zawiadomień do prokuratur, mokotowskiej i okręgowej w Warszawie o możliwości popełnienia przestępstwa przy zwrocie kamienicy osobom, które wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi nie miały do niej żadnych praw. Nie podjęto żadnych działań sprawdzających. W tej chwili zarówno opinia urzędnika BGN, który poświadczył nieprawdę, sprawa remontów na koszt podatników, gdy wiadomo było, że kamienica zostanie zwrócona, a także sam akt notarialny podpisany przez Anyżewskiego, który rzekomo zastępował notariusza są badane przez Prokuraturę Regionalną we Wrocławiu pod nadzorem Prokuratury Krajowej.

Przy okazji omawiania w Sejmie reprywatyzacji Narbutta 60 wyszła na jaw jeszcze jedna ciekawostka. W 1950 r. Zygmunt Anyżewski, posiadający już własną pieczątkę „zastępca notariusza Bronisława Czernica”, podpisał akt notarialny poświadczający nieprawdę na ulicy Chmielnej 11. Tym dokumentem również posłużono się do wyłudzenia nieruchomości w centrum Warszawy. Ile jeszcze takich dokumentów wyprodukowanych przez Anyżewskiego krąży po licznych biurach ratusza i służy urzędnikom do rozdawania przedwojennych kamienic? Na to pytanie powinna odpowiedzieć Komisja ds. usuwania skutków prawnych decyzji reprywatyzacyjnych dotyczących nieruchomości warszawskich, wydanych z naruszeniem prawa, która ma rozpocząć prace jeszcze w tym miesiącu.

Ewa Andruszkiewicz
(autorka jest emerytowaną dziennikarką, od lat związaną z Warszawskim Stowarzyszeniem Lokatorów)

Ten tekst był opublikowany w Dzienniku Gazecie Prawnej w maju lub czerwcu 2017 r., chwilę przed powołaniem do życia Komisji Patryka Jakiego. Śledzę bardzo dokładnie biuletyn informacji publicznej Komisji i nie napotkałam w nim informacji o Narbutta 60. Na ukończeniu natomiast są prace nad Chmielną 11, gdzie przy reprywatyzacji posłużono się dokumentem sporządzonym przez tego samego fałszywego notariusza, Zygmunta Anyżewskiego. Według publicznej informacji termin wydania decyzji Komisja wyznaczyła na 18 kwietnia. Może dowiemy się jakim cudem ten człowiek sporządzał akty notarialne, które 70 lat później nabrały rangi ważnych dokumentów prawnych, na mocy których ratusz wydawał nieruchomości warte wiele milionów złotych.