Awantura o Basię

Tego by Kafka ani Mrożek nie wymyślili. Basia od 60 lat mieszka w starej kamienicy, pamiętającej jeszcze XIX wiek. W tzw. wolnej Polsce trzy razy Basię przehandlowano. Bez jej wiedzy.

Obok kuchni Barbary Jankowskiej było kiedyś mieszkanie Bolesława Prusa. Jeszcze niedawno starzy mieszkańcy opowiadali, jak ich mamy w dziecięctwie dostawały od niego cukierki, które zawsze nosił w kieszeni, specjalnie dla nich. I pamiętali jak na podwórko wjeżdżała czarna limuzyna, a w środku siedział marszałek Piłsudski. W kamienicy mieszkał bowiem jego ordynans, do którego czasem szef przyjeżdżał. Dla dzieciaków to była nie lada atrakcja i zawsze hurmem rzucali się na samochód, za co dozorczyni goniła ich miotłą. To ona robiła za BOR, bo marszałek z żadnej innej ochrony nie korzystał. I taka historyczna kamienica, wybudowana jeszcze w 1878 roku, miała się marnować pod zarządem komunalnym?

Najpierw znalazł się spadkobierca. Nikt go w życiu na oczy nie widział, a w sądzie nie mógł się zdecydować, czy ma na imię Stefan, czy Stanisław. Ale odzyskał. Nawet nie przyjechał ze swojej wsi mazowieckiej, żeby obejrzeć „spadek”. Sprzedał go na pniu spółce 2C Partners. Według moich ustaleń to firma rodzinnie powiązana z przebywającym obecnie w areszcie śledczym w Białołęce kolekcjonerem kamienic, Markiem. M., a założyciel spółki z ograniczoną odpowiedzialnością to jego brat cioteczny. Według ustaleń prokuratury to spółka wyspecjalizowana w przejmowaniu nieruchomości na sfałszowane testamenty. Nie ulega wątpliwości, że w ten sposób przejęte zostały kamienice na Tykocińskiej w Warszawie oraz nieruchomości w Gdańsku i Sopocie.

Spółka 2C Partners rozpoczęła rządy w kamienicy na Wilczej od podwyżek czynszów, jak ma w zwyczaju każdy rasowy czyściciel. Basia ich podwyżkę zaskarżyła w sądzie. Zatrudniła adwokata, zainteresowała prokuraturę i z taką obstawą sprawę już po ośmiu latach ganiania po sądach, wygrała. Sąd apelacyjny orzekł, że spółka nie miała prawa podnieść jej stawki czynszu. W międzyczasie były procesy o eksmisje, które też wygrała, a potem zapadła cisza. W lutym 2018 r. Basia dostała grubą kopertę od pani komornik z Ursynowa, a w niej wierzytelności na ponad 3 miliony. Cud, że po otworzeniu koperty nie padła od razu trupem. Po kilku dniach wyjaśniło się, że dłużnikiem jest spółka 2C Partners, a Basia ma tylko wpłacać czynsz na konto komornika, a nie spółki. Sprawę opisałam w artykule Metoda na wnuczka, metoda na obligacje, który możecie przeczytać na tym blogu.

Basia zdołała trzy razy wpłacić czynsz komorniczce, gdy została przez nią zawiadomiona, że całą wierzytelność udało się spłacić. Z samych czynszów, nawet z pięciu kamienic, nie da się zebrać w trzy miesiące milionów. Ale Basia nie wnikała, ponownie wpłacała czynsz na konto spółki 2C Partners. Latem zaczęły przychodzić przesyłki od spółki ANS, z siedzibą na Mazowieckiej w Warszawie. Nic jej ta nazwa nie mówiła. Pojechała nawet na Mazowiecką, ale nie znalazła takiej firmy. Ponieważ podawano na kopertach inny adres, więc ich nie odbierała. Nadawca bowiem uporczywie pisał jej imię i nazwisko, ulica się zgadzała, ale numer mieszkania wpisywano 33, a ona mieszka pod 22. Może pod 33 mieszka jakaś inna Barbara Jankowska?

Niecały miesiąc temu musiała jednak odebrać błędnie zaadresowaną przesyłkę, bo wysłano ją z Sądu Rejonowego Łódź Śródmieście. Koperta jeszcze grubsza, niż ta od pani komornik. Wewnątrz nakaz zapłaty, wystawiony przez referendarza sądowego z tytułu niepłaconego czynszu za miesiące marzec – kwiecień ubiegłego roku. Wtedy Basia płaciła czynsz na konto kancelarii komorniczej. Oprócz tego był akt notarialny sprzedaży mieszkania 33. Spółka 2C Partners sprzedawała mieszkanie nr 33 spółce ANS, która zarejestrowała się w KRS 8 lutego 2018 r., wpisując jako zakres działalności „kupno i sprzedaż mieszkań na własny rachunek”, a dzień później już kupiła Basię wraz z dwoma pokojami i kuchnią. Do nakazu załączony był pozew wystawiony przez kolejną spółkę IRIS TRADE z Łodzi, jak się okazało – windykator, który cesją przejął „długi” Basi od spółki ANS. I jako wisienka na torcie – rozwiązanie umowy najmu z października ubiegłego roku. Sąd wyznaczył dwutygodniowy termin zawity na zaskarżenie nakazu zapłaty.

Tydzień temu, wczesnym popołudniem Basia nastawiła właśnie kawę w swojej ulubione włoskiej kawiarce, gdy rozległo się walenie w drzwi. „Otwierać!” – darł się chłop za drzwiami. „Komu?” – spytała przestraszona. „Tu właściciel, muszę zrobić przegląd lokalu”. Basia powiedziała, że nie będzie żadnego przeglądu i drzwi nie otworzy. „To się jeszcze okaże!” – wybrzmiała zza drzwi groźba.

Przez okno widziała jak trzech facetów idzie od strony jej klatki schodowej do bramy. Za chwilę zniknęli z pola widzenia. Cała się trzęsła, ale udało jej się wybrać mój numer telefonu. „To jest dużo groźniejsze, niż tylko nakazy zapłaty i sprawy sądowe – krzyczała mi w ucho. – To jacyś bandyci! Oni mogą ze mną zrobić to samo, co z Brzeską! Do Brzeskich też przecież próbowali się wedrzeć…” Siedziałam w lesie, 60 km od Wilczej i nie wiedziałam co robić, jak jej pomóc. Jedyne, co przychodziło mi do głowy, to próby uspokajania. Przekierowałam rozmowę na Melkę, kociczkę, z którą dzieli mieszkanie i życie. Wypytywałam, jak Mela zniosła to walenie w drzwi i agresję, na którą koty są szczególnie wrażliwe. Na chwilę skupiła uwagę na biednej kotce, która niejedno w życiu przeszła, a w tej sytuacji była nie mniej przerażona, niż jej pani. Nagle Basia wrzasnęła: „Wracają! Z policją!” I się rozłączyła.

Chodziłam z kąta w kąt w nerwach. Basi telefon nie odpowiadał. Zadzwoniłam do Beaty Siemieniako. Wiedziałam, że przygotowuje właśnie zaskarżenie nakazu zapłaty do łódzkiego sądu, które w środę miała wysłać. „Abonent czasowo niedostępny” – trajkotało mi w kółko. Domyślałam się, że działają wspólnie via telefon. I tak było. Basia, zachowując trzeźwość myślenia rozłączyła się ze mną i natychmiast zadzwoniła do swojej mecenas. Beata rzuciła wszystko, poprosiła Basię żeby się nie rozłączała, wybiegła na ulicę, złapała taksówkę i po drodze na Wilczą wydawała instrukcje, co należy odpowiadać policji i napastnikom. Doskonale słyszała wrzaski policjantki i „właścicieli”, którzy upierali się, że mają prawo zawsze wejść do „swojego mieszkania”. Basia stała z nimi na klatce z telefonem przy uchu i przekazywała paragrafy kodeksu karnego, które dyktowała jej Beata. Wreszcie pani mecenas przedarła się przez korki śródmiejskie i dotarła na Wilczą. Na dole spotkała ślusarza, który czekał na sygnał, by zacząć rozwiercać zamki. Nie bez trudu dostała się na klatkę i autorytatywnie orzekła, że panowie „właściciele” nie wejdą tego dnia. Mają obowiązek uprzedzić najemcę wcześniej o planowanym przeglądzie. Upierali się, że uprzedzili. Listem poleconym, na adres 33. Stali przed drzwiami, na których jak byk mosiężne cyfry informowały, że to mieszkanie 22. Stanęło na tym, że przyjdą za tydzień, we wtorek.

Poszli sobie. Basia zaproponowała Beacie kawę. W kuchni jednak był straszny smród palonego ebonitu. Podczas awantury z „właścicielami” nie tylko kawę, ale i ulubioną kawiarkę Basi szlag trafił. Aluminium zrobiło się czarne, a ebonitowa rączka wyparowała, roztaczając wokół gryzące wonie. Pijąc wodę mineralną, mecenas Beata próbowała mało chyba zręcznie pocieszać swoją mocodawczynię: „Kawiarkę można odkupić, oby tylko takie były straty…”

Dopiero następnego dnia, wychodząc z domu Basia obejrzała swoje drzwi. Sprayem zamalowano mosiężne cyfry 22, wystające z na pół centymetra, a poniżej napaćkano 33, nie szczędząc farby, która zasychała, ściekając po drzwiach. Na skrzynce pocztowej to samo, tyle że czarnym flamastrem zamalowali numer 22, a obok napisali swój – 33.

Do wtorkowego przeglądu mieszkania przygotowaliśmy się starannie. Miała być obecna mecenas Siemieniako, Piotr, prezes naszego stowarzyszenia, ja, z aparatem fotograficznym, gotowa do rejestrowania przebiegu zdarzeń oraz mieszkające rzut beretem od Basi małżeństwo, oboje aktywnie działający w stowarzyszeniu, swego czasu eksmitowani z mieszkania na Powiślu, więc dziś uczestniczą we wszystkich blokadach. Przyszliśmy pół godziny przed planowaną wizytą „właścicieli”. Oni byli punktualni. Tym razem było ich tylko dwóch. Na wstępie zapytali kim jesteśmy. Odpowiedzieliśmy tym samym pytaniem. Usłyszeliśmy, że nie życzą sobie, żebyśmy przebywali w ICH mieszkaniu. Basia się z lekka zdenerwowała, były krótkie przepychanki słowne i chyba zadzwonili po policję. Myśmy dzwonili parę minut później, bo pani mecenas zażądała, żeby zrobili co mieli zrobić i sobie poszli, ale oni weszli na obroty i zaczęli straszyć, że mają w planach wynajęcie tego mieszkania, będą robić remont, a Basia mieszka nielegalnie. Zaczęli robić zdjęcia, okna, sufitu, regału, starego telewizora, który nie działa. Zapytałam czy telewizor też jest ich, że bez zgody właścicielki go fotografują. Wyjęłam swojego Nikona, ale podleciał do mnie „właściciel” i zasłonił obiektyw. Nie życzył sobie. Za chwilę się okazało, że on nie jest właścicielem, tylko pełnomocnikiem. I wtedy zadzwonili na mój telefon z policji. Chcieli wiedzieć, czy przysłać dwa patrole, czy wystarczy jeden, bo oni mają dwa zgłoszenia, do mieszkania 22 i drugie do 33. Dostałam ataku śmiechu, ale jakoś wytłumaczyłam, że jeden wystarczy.

W oczekiwaniu na interwencję policyjną „właściciele” przeszli do pokoju, którego Basia nie używa, bo lata temu spadł w nim sufit i boi się tam wchodzić. Nie podobał im się nie tylko stan sufitu, ale i okien. Fakt, mają swoje lata. Nie są tak stare, jak kamienica, bo w czasie wojny wszystkie wyleciały, wstawiono nowe, ale zdążyły się trochę zużyć przez 74 lata. „Okna to najemca ma obowiązek wymienić” – oznajmił z wyrzutem pełnomocnik, znawca prawa lokalowego. Na szczęście przyjechała policja i skończyły się głupie rozmowy.

Policjantów było dwóch. W mig się zorientowali, że mają do czynienia z czyścicielami kamienic, a jeśli nie, to szybko ich uświadomiliśmy w temacie, jak również uprzedziliśmy, że użyjemy artykułu 190a §1 kodeksu karnego. Panowie „właściciele” zaraz po spisaniu danych z dowodów osobistych czmychnęli. Mamy nadzieję, że teraz Basia będzie się z nimi spotykać tylko na gruncie neutralnym, w sądach. Na poczcie czeka na nią nowa przesyłka. Tym razem z Sądu Rejonowego Warszawa Śródmieście. Prawdopodobnie pozew o eksmisję. Beata Siemieniako, uhonorowana niedawno tytułem adwokata pro publico bono roku 2018, już przygotowuje doniesienie do prokuratury w sprawie nękania. Jedno już było złożone, rok temu. Prokuratura nie zrobiła nic. Nawet nie ustaliła, czy zgodnie z podejrzeniami Basi jej mieszkanie zostało sprzedane. W aktach sprawy prokuratorskiej było tylko zgłoszenie o nękaniu, policyjny protokół z przesłuchania Barbary Jankowskiej i decyzja o umorzeniu dochodzenia z powodu niedopatrzenia się czynów zabronionych. Nie przesłuchano nikogo ze spółki 2C Partners, nie wspominając już o jakimś ANS. Basia zaskarżyła to postanowienie prokuratury. Sąd nakazał jeszcze raz przeprowadzić dochodzenie, ale w aktach sprawy nic się nie zmieniło, poza dodaniem decyzji sądu wraz z uzasadnieniem i jeszcze jednej kartki, że nie ma podstaw.

Patrzyłam na gościa, który przedstawiał się jako właściciel, a potem jako pełnomocnik właściciela i jakbym widziała księcia mecenasa Massalskiego sprzed 10 lat, kiedy pod drzwiami mojego dawnego mieszkania przekonywał policję, że jako pełnomocnik właścicieli ma prawo zawsze wejść, żeby zrobić przegląd. Używał nawet takiego samego argumentu: „ta pani mieszka tu nielegalnie”. Chyba razem pobierali nauki na kursie skutecznego czyszczenia kamienic. W ciągu ostatnich 10 lat wiele się zmieniło. Wybuchła afera reprywatyzacyjna, powstała Komisja Weryfikacyjna, ujawniająca szwindle przy reprywatyzacji, już powszechnie wiadomo, że te kamienice nie trafiły do rąk spadkobierców osób pokrzywdzonych dekretem Bieruta, tylko do pospolitych oszustów, a buta i arogancja pełnomocników nic nie zmalała. Wierzą, albo udają, że wierzą, w święte prawo własności, które stoi ponad prawami 77-letniej Barbary Jankowskiej. I, niestety, nasze organa ścigania wciąż trzymają nad nimi parasol ochronny. Ale nie damy się! Pogoniliśmy kolejnych pseudowłaścicieli i udowodnimy, że tym razem jaśnie panowie współpracujący z mafią reprywatyzacyjną posunęli się za daleko.

Jest jeszcze jeden argument, który przemawia za prawem Basi do spokoju w mieszkaniu, które zajmuje od 60 lat. W świetle decyzji Komisji Weryfikacyjnej oraz ostatnich wyroków Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego pan Wieszczycki (to ten, który nie wiedział czy ma na imię Stefan, czy Stanisław) nigdy nie był stroną umowy najmu z Barbarą Jankowską. Ona swoją umowę podpisywała z urzędem miasta i nie jest prawdą, że zgodnie z art. 678 jej umowa przeszła na beneficjenta decyzji zwrotowej. Nie mogła przejść, bo zwrot nieruchomości nie jest tożsamy ze zbytem, a tylko w przypadku zbycia umowy przechodzą ze zbywcy na nabywcę. Kiedy Wieszczycki sprzedawał kamienicę spółce 2C Partners, to nie mógł scedować na nią czegoś, czego nie posiadał. Spółka nie była więc upoważniona do żadnych zmian w umowie, której nie była stroną. Podobnie kolejna spółka – ANS, nabyła mieszkanie, ale bez umowy najmu, która wciąż jest ważna i obowiązująca.

Tak to jest, kiedy kupuje się kota w worku.