Bilans jednego dyżuru

Nowogrodzka, Poznańska, Łochowska, Odolańska, Wilcza i kilka spraw niezwiązanych z reprywatyzacją, ale też dramatycznych – to bilans ostatniego dyżuru prawnego WSL. Mimo szumnych haseł przedwyborczych, ludzie wciąż czekają na sprawiedliwość.

*Nowogrodzka. Alicja przyniosła pismo, jakie dostała z urzędu dzielnicy o konieczności rozwiązania z nią umowy najmu. Sześć lat trwał remont na Nowogrodzkiej. Poza mieszkańcami, nikomu nie przeszkadzało, że odpadają tynki i zabytkowe stiuki, że pękają ściany. Działacze lokatorscy zawiadomili prokuraturę o niebezpiecznych praktykach spółki Jowisz, która nabyła kamienicę od „spadkobierców”. Pół roku temu umorzono sprawę, nie dopatrując się znamion czynów zabronionych. Sama wysłałam zdjęcia do Komisji reprywatyzacyjnej roztrzaskanych stiuków, gdy w jednym z mieszkań przebito strop i powstała w suficie dziura na wylot. Lokatorka miała więc w przedpokoju darmowe światło z mieszkania piętro wyżej. Ale nikt nie widział wtedy żadnego zagrożenia. Potem Komisja unieważniła decyzję zwrotową i miasto miało obowiązek przejąć nieruchomość. Przejęło cztery mieszkania, które przed reprywatyzacją miały status lokali komunalnych, a spółce nie udało się wyrzucić mieszkańców. Jednej osobie zaproponowano mieszkanie zamienne, a ona propozycję przyjęła. Ocalałym z remontowej zawieruchy lokatorom trzech mieszkań podano numer konta, na który mogą wpłacać czynsze i wyliczono stawki, jakie ich obowiązują. Na tym zakończył się udział miasta w przejmowaniu nieruchomości. Pustostany po wyrzuconych lokatorach nadal stały puste. Aż tu nagle, zaraz po wakacjach, do wyremontowanych pustych mieszkań zaczęto zwozić meble. Ewidentnie biurowe. Od tragarzy dowiedziano się, że firma Jowisz postanowiła przenieść swoich prawników do kamienicy, która od dwóch lat już do niej nie należy. Z pewnością zrobiła to w porozumieniu z właścicielem, czyli urzędem dzielnicy Śródmieście. Prawnicy to w reprywatyzacji podstawa, a Jowisz przecież odwołał się od decyzji Komisji i zapowiada się batalia sądowa na lata. Może prawników zatrudniają tyle, że potrzebują całej kamienicy? Tydzień temu Alicja, która mieszka w tym domu od wojny, a jej rodzice gasili pożar, gdy spadła na nich bomba, potem zaś remontowali na własny koszt i własnymi rękami zrujnowane górne piętra, dostała pismo, że z powodu zagrożenia katastrofą budowlaną ma się wyprowadzić do końca września. Żadne katastrofy nie są groźne prawnikom Jowisza ani właścicielom, którzy nabyli swoje mieszkania jeszcze przed reprywatyzacją. Tylko te trzy mieszkania, którymi zarządza miasto są niebezpieczne. Najbliższy program „Ciemna strona” będzie poświęcony między innymi sytuacji na Nowogrodzkiej, gdzie urzędnicy miasta kontynuują tradycje czyścicieli kamienic i szukają sposobów, by wykurzyć z domów tę resztkę mieszkańców, która dzielnie broniła się przed dzikimi eksmisjami. Proceder o tyle niebezpieczny, że w innych nieruchomościach, które miasto miało obowiązek przejąć po uchyleniu przez Komisję decyzji zwrotowej, też przychodzą jacyś dziwni „eksperci”, oglądają sufity, pukają w ściany, wzdychają i dają do zrozumienia, że za chwilę wszystko runie. Emisja programu w TVP 3 wyjątkowo we wtorek (1 października) i też wyjątkowo o godz. 14.00 (wybory zamieszały w programach TV). A my będziemy nadal monitorować sytuację. Słusznie wykrzyczała na spotkaniu z wiceburmistrzami Śródmieścia Alicja: „Najpierw niech Jowisz zabierze swoje meble i swoich ludzi, potem niech się wyprowadzą właściciele mieszkań, to wtedy i ja opuszczę dom, w którym moja rodzina mieszka od 80 lat.” I tak trzeba trzymać!

*Poznańska. Sprawa poważna. W środę, 2 października, rozpoczyna się proces o eksmisję pana Pawła z Poznańskiej 12. To kamienica prawie całkiem wyczyszczona z mieszkańców przez pełnomocników mieszkającej w Kanadzie spadkobierczyni przedwojennych właścicieli. Rok temu interweniowałam w sprawie dwóch mieszkanek, pani Ewy i pani Edyty. To jeszcze nie były sprawy sądowe. Obie kobiety płaciły horrendalne czynsze i w tym samym mniej więcej czasie doszły do wniosku, każda samodzielnie, że dłużej tego nie zniosą. Czynsz za klitkę 30-metrową wynosi w tym domu 1 600 zł plus opłaty eksploatacyjne. Poradziłam wtedy kobietom, żeby zaczęły płacić stawki miejskie. Napisałam im pisma, powołując się na art. 678 kc i orzecznictwo w sprawie czynności zbytu oraz wytłumaczyłam, że spadkobierczyni, Ewa Kendall, nigdy nie była stroną umów z lokatorami, którzy mają ważne umowy najmu z miastem i że stosowane podwyżki czynszu są bezprawne. Na koniec zaproponowałam, żeby z ostatecznym rozliczeniem opłat czynszowych wstrzymać się do czasu zakończenia prac Komisji Weryfikacyjnej, która właśnie wszczęła postępowanie sprawdzające procesu reprywatyzacji tej kamienicy. Prosiłam, żeby wysłały listy do właścicielki, do Kanady i do administratora, pana Sztykiela. Dostały też dokument podpisany przez ówczesnego przewodniczącego Komisji, p. Patryka Jakiego, w którym wytłumaczona jest sytuacja lokatorów komunalnych w zreprywatyzowanych nieruchomościach. Na początku grudnia ubiegłego roku Komisja wpisała do KW Poznańskiej 12 ostrzeżenie, więc wszystko było na dobrej drodze. Przed świętami Bożego Narodzenia zadzwoniła do mnie pani Ewa i płacząc poinformowała, że wyznaczono jej termin opróżnienia mieszkania z osób i sprzętów na 26 grudnia. Nie wysłała tych pism. Po prostu się bała. Zamiast tego poszła do adwokatki, która poradziła, że skoro nie stać jej na płacenie czynszu, to musi rozwiązać umowę najmu i napisała jej stosowne pismo. Na odpowiedź długo nie trzeba było czekać. Dzień po świętach pani Ewa musiała się wyprowadzić. Z panią Edytą nie miałam kontaktu od jesieni. W środę na dyżurze spytałam o nią pana Pawła, który ma proces o eksmisję. „Edytka? Znamy się od dziecka. Ciągle mieszka.” – wyjaśnił krótko. A mnie spadł kamień z serca. Jednak przyjęłam rok temu właściwą metodę, która zadziałała. Szkoda, że pani Ewa z niej nie skorzystała. Strasznie rozpaczała po utracie mieszkania, w którym spędziła całe życie. Pan Paweł też w swoim mieszka od urodzenia i nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. Latami dawał radę opłacać chory czynsz, ale w tym roku padł. Gy zapłacił wszystkie rachunki, na życie nic mu nie zostawało z lichej pensji. Nie zapłacił jeden miesiąc, drugi i sprawa poszła do sądu. Przystępujemy do niej. Ja jako Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów z opinią prawną na temat art. 678 kodeksu cywilnego i obowiązków pani Kendall wobec żywego inwentarza, który przejęła wraz z kamienicą, a nasz Adam jako radca prawny, pełnomocnik pozwanego. Trzymajcie kciuki w środę o 9.00.

*Łochowska. Wpadła na dyżur pani Grażynka. W zeszłym tygodniu była sprawa spadkowa po właścicielu kamienicy na Łochowskiej, który był jej partnerem życiowym przez ostatnie 20 lat. Rozprawa trwała 4 godziny, a następny termin wyznaczono na grudzień. Pani Grażynka kompletuje materiały prasowe, jakie ukazały się rok temu na jej temat, kiedy zziębnięta stała na ulicy, a deweloper, który przejął kamienicę nie wpuszczał jej do domu. I nie wpuścił do dzisiaj, mieszkanie zlikwidował, ją wymeldował, a jej meble wyrzucił na śmietnik. Wkrótce ruszy kolejny proces, tym razem o zabór mienia, jak to prawnicy delikatnie określają. Nasz prawnik przygotował pozew do sądu w tej sprawie, a sąd zobowiązał panią Grażynę do przedstawienia wycinków prasowych. Była już w redakcji Super Expressu, gdzie obiecano jej kserokopie, a ja wydrukowałam wszystko, co o sprawie pisałam na swoim blogu. W mojej ocenie wyrzucenie czyichś rzeczy na śmietnik jest po prostu kradzieżą, o tyle niezwykłą, że połączoną z pogardą dla praw drugiego człowieka. Nikt nie ma prawa rozporządzać moimi rzeczami, nawet jeśli pozornie wyglądają one na śmiecie. Ja trzymam na przykład połamany stołek. Ilekroć go muszę przestawić, to przypominam sobie mojego tatę, jak po przejściu na emeryturę zapałał miłością do stolarki. Nie wiem skąd stareńki stołeczek wziął się w moim panieńskim domu, może mnie służył w dzieciństwie, a może jest jeszcze starszy ode mnie? Był zszarzały, poplamiony, jakiś poszczerbiony. Odchodząc z redakcji na zasłużoną emeryturę tata postanowił go reanimować. Mam przed oczyma radosną twarz taty, kiedy szlifował ten stary, zużyty stołeczek, potem go lakierował i na końcu taki lśniący i pachnący świeżą farbą, podarował mojemu synowi. Nie pamiętam przy jakiej okazji złamała się w stołku noga. Od lat obiecuję sobie skleić uszkodzony element, ale mi nie wychodzi. Gdyby mi ktoś go zabrał, nie darowałabym. Wyrzuciłby na śmietnik pracę mojego taty, jego radość, a mnie ograbiłby ze wspomnień i unicestwił kawałek mojego taty. Ciekawe czy sąd będzie wyceniał realną wartość wyrzuconych mebli pani Grażynki, czy może weźmie też pod uwagę te niematerialne elementy składowe, potraktowane przez dewelopera jako śmiecie.

*Odolańska. To już tradycja, że w każdą środę odwiedza nas pan Wojtek. Wreszcie wyznaczono termin rozprawy w związku z zaskarżeniem decyzji prokuratora w Opolu, który na zlecenie prokuratury z Wrocławia badał reprywatyzację kamienicy na warszawskim Mokotowie. Strasznie to pogmatwane, dość jednak powiedzieć, że z perspektywy Opola nic się nie stało, a w Warszawie widać, że jednak się stało. Doradziliśmy panu Wojtkowi, żeby żądał od administratorki wyjaśnienia skąd się wzięły jego długi. On płaci regularnie tyle, ile nowi właściciele sobie życzą. O ile dobrze pamiętam, to około 1200 zł, po 14 zł za metr. Jego sąsiedzi, którym nie udało się wykupić od miasta swoich mieszkań mają podobne „długi” i nikt nie wie za co. Wszyscy są zadłużeni po 7000 do 10 000 tys. zł. Minął miesiąc, a odpowiedzi na pismo pana Wojtka nie ma. Pewnie zaraz będzie pozew o eksmisję. Jasna cholera! Coraz bardziej jestem przekonana, że najlepiej wychodzą na tym interesie reprywatyzacyjnym ci, którzy wcale nie płacą. Bo jak płacisz tyle, ile oni żądają, to znaczy że cię stać i można ci generować kolejne opłaty. Cholera jasna!

*Wilcza. Wpadła Basia. Raczej towarzysko, ale czuję się w obowiązku pokrótce zreferować co się u niej dzieje. Dwie sprawy wytoczone jej przed sądem dla Łodzi Śródmieście ogarnięte. Wniosek o połączenie wszystkich procesów wytyczonych jej przez pana Gomołę i spółkę ANS oraz o przeniesienie ich zgodnie z właściwością miejscową do Sądu Rejonowego Warszawa Śródmieście, przyjęty. Nie ma nowych pozwów, nikt się już do drzwi nie dobija. Jest dobrze. Czekamy na wyznaczenie terminów rozpraw w Warszawie.