Bilans ostatnich dni

Z telewizora płynie rzeka optymizmu, a ja ciągle zbieram tragiczne informacje. Ada straciła las koło Przasnysza, wszystko wskazuje na to, że nas oszukano i pani Grażyna za chwilę zostanie bezdomna.

*Zacznę jednak od dobrej wiadomości. Po wakacyjnej przerwie wraca w TVP3 program „Ciemna strona”, w którym red. Anna Maria Żurek pokazuje ciemne strony reprywatyzacji. Ze wszystkich dziennikarzy telewizyjnych najlepiej zna problem. W uwagą śledzi nie tylko losy lokatorów zreprywatyzowanych kamienic, którymi zajmuje się Komisja Weryfikacyjna, ale słucha i reaguje na nasze sygnały, gdy łamane są prawa lokatora, a przy okazji prawa człowieka. We wtorek byliśmy z ekipą TVP3 we Włochach, gdzie kręcono reportaż o trzypiętrowej kamienicy, którą burmistrz sprzedał spółce z Krakowa za niecałe pół miliona zł. W tej cenie jest 9 rodzin, które zostawiono na pastwę dewelopera. Demolka kompletna. W wielu mieszkaniach wymontowano okna, za chwilę będzie zdejmowany dach, bo jesienne słoty to najlepszy termin, by ostatnim rodzinom (pozostały jeszcze trzy) obrzydzić do reszty życie i zmusić do „dobrowolnej” wyprowadzki. Dziś o 13.00 manifestacja lokatorów mieszkań zakładowych przed ministerstwem Budownictwa na Wspólnej 2/4. Mają przyjechać sprywatyzowani lokatorzy z całej Polski. My, zreprywatyzowani, musimy ich wspierać. O nas jest głośno, oni, jak my kilka lat temu, są sami ze swoimi dramatami. Państwo odwróciło się do nich plecami. Sądy stoją na straży świętego prawa własności, nawet tak podejrzanej, jak ta kupiona za ułamek realnej wartości, a prokuratorzy i policjanci nie dostrzegają znamion czynu zabronionego w wypędzaniu ludzi z mieszkań, które utrzymywali przez kilkadziesiąt lat, a wcześniej składali się na te domy, wybudowane za pieniądze z funduszy socjalnych zakładów, w których pracowali. Program będzie emitowany w poniedziałek o godz. 19.00 w TVP 3.

*Działka Ady została zlicytowana. Za cenę daleko odbiegającą od realnej wartości. Niestety, Komisja nie zrobiła nic, choć miała obowiązek zapobiec dalszym szkodom wynikłym z decyzji reprywatyzacyjnej kamienicy, która w 1939 roku była zadłużona po sam dach, a w 1945 r. w miejscu gdzie dziś stoi, była tylko kupa gruzu. Nowi właściciele (teraz już nawet nie spadkobiercy, tylko handlarze) odkryli, że w miejscowości Chorzele Ada jest właścicielką działki, 2,5 ha lasu. Niegdyś była to działka rekreacyjna, za którą oferowano jej 200 tys. zł, dziś wskutek utworzenia obok strefy ekonomicznej, ma przeznaczenie przemysłowe, a więc jej cena znacznie wzrosła. Przetarg był ewidentnie ustawiony. Działka została sprzedana na pniu przez komornika, któremu asystował sędzia i transakcję natychmiast przybił. Cena wyniosła 75 tys. zł. Dług Ady u komornika wynosi trochę ponad 40 tys. zł ze wszystkimi odsetkami i kosztami komorniczymi. Na to konto ma zajętą od dawna emeryturę, a komornik w Warszawie zlicytował wcześniej należące do niej dzieła sztuki. Pardon, teraz już należą do męża „właścicielki” jej mieszkania. To wygląda podobnie jak u mnie, z tą różnicą, że Ada ciągle jeszcze broni się przed eksmisją. Mnie wystawili na ulicę, a długi będą się za mną ciągnęły do śmierci, a potem przejdą na mojego syna. Bo apetyty tych drani, wchodzących we własność przy pomocy układów i łapówek, ciągle rosną. Ada ma dwa tygodnie na zaskarżenie decyzji sędziego. Zrobimy co w naszej mocy, by pokrzyżować plany panów komorników i usłużnego sędziego.

*Elektoralna. Niegdyś mieszkania służbowe dla pracowników Ministerstwa Przemysłu Lekkiego i Rzemiosła (było takie w latach 50-tych). Po likwidacji ministerstwa i cechu rzemiosł, który latami zarządzał okazałą kamienicą rzut beretem od Ratusza, nieruchomość przekazano nieodpłatnie w zarząd Spółce El Med, która powinna produkować sprzęt medyczny, ale zajęła się bardziej dochodowym przedsięwzięciem – handlem nieruchomościami. Członkowie zarządu spółki nabyli mieszkania w zarządzanej przez siebie kamienicy, korzystając z 90-procentowej zniżki. I tak mieszkanie pana Andrzeja, 72 m. w ścisłym centrum stolicy, kupił prezes za 42 tysiące. Niedawno walnął czynsz panu Andrzejowi ponad 3 000 zł miesięcznie. Zaskarżyliśmy podwyżkę. Wczoraj pana Andrzeja odwiedził biegły sądowy, który miał obejrzeć mieszkanie i zrobić operat szacunkowy. Pamiętam takie operaty z Hożej, gdzie jako czynnik społeczny, na prośbę Joli Brzeskiej, powierzono mi rolę świadka. Awantura była straszna, Mossakowski na mój widok wydarł się: „Wynocha z mojego domu!”, Piotr, który tam mieszkał, omal się z nim nie pobił. Strasznie bałam się, że na Elektoralnej może być podobnie. Że „nowy właściciel”, który nigdy widział swojej własności, może wykorzystać okazję, by wedrzeć się do mieszkania pana Andrzeja i jego cudownej, prawie 90-letniej mamy, żeby ich zastraszać. Nasz stowarzyszeniowy adwokat miał w południe sprawę sądową poza Warszawą. Od rana szukałam działaczy lokatorskich, którzy pojechaliby na Elektoralną i wspomogli dwoje starszych ludzi, gdyby miało dojść do jakiejś konfrontacji. Złapałam Andrzeja Grabowskiego, który właśnie jechał do Biblioteki Narodowej, ale wrócił po samochód, żeby ogarnąć wszystkie zaplanowane na cały dzień sprawy i wcisnąć jeszcze ponadplanową. Na szczęście było spokojnie. Właściciel przyjechał, ale nie wszedł. Przekazał tylko w bramie dokumenty panu biegłemu i się ulotnił. Andrzej Grabowski, który jest radnym na Targówku i asystentem posła Pawła Lisieckiego, a wcześniej nie znał tej sprawy, był tak zszokowany, że można kupić za niewielkie pieniądze duże mieszkanie w sercu stolicy, obiecał mi, że będziemy działać. Że nie można tego tak zostawić. Ja już dwa lata temu napisałam do prokuratury Śródmieście Północ zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w sprawie przejęcia mieszkań na Elektoralnej. W tym roku wiosną dostałam z prokuratury decyzję o umorzeniu postępowania, bo prokuratura nie dopatrzyła się znamion czynu zabronionego. Działamy więc dalej. Przy okazji wczorajszej wizji lokalnej na Elektoralnej chciałam Was uczulić, aby zawsze w takich sytuacjach był ktoś z zewnątrz. Najlepiej gdyby to był adwokat, który zna wszystkie procedury i wymogi, ale w razie braku takowego pod ręką, ktoś z działaczy lokatorskich, kto wie o co chodzi i czemu ma służyć sporządzana ekspertyza. A my z kolei, działacze lokatorscy, mamy obowiązek wspierać tych udręczonych ludzi, którzy nigdy nie byli w sądzie, a teraz są poddawani niezrozumiałym dla nich procedurom.

*Pani Grażyna. We wrześniu ubiegłego roku pani Grażyna wróciła rano po całonocnej pracy i nie dostała się do domu. Deweloper, który przejął kamienicę na Łochowskiej zmienił kłódkę w bramie i nie wpuścił jej. W domu został cały dorobek jej życia, a przede wszystkim dokumenty, pieniądze i leki. Od 20 lat cierpi na epilepsję i regularnie musi łykać tabletki, które chronią ją przed atakami. Gdyby nie Aldona, która dowiozła jej leki, dostępne tylko na receptę, nie wiadomo czym by się to skończyło. Wezwane przez nas pogotowie, odmówiło jej pomocy, bo… miała za wysokie ciśnienie. Do dzisiaj pani Grażyna nie weszła do swojego mieszkania. Zresztą mieszkania już nie ma, bo zmieniono układ lokali, wyburzając ściany w kamienicy. Po tygodniu mieszkania w hostelach deweloper wynajął jej inne mieszkanie, przywiózł jej rzeczy osobiste, a meble wyrzucił na śmietnik. Mieszkanie było wynajęte na koszt dewelopera dokładnie na rok, do 4 października. Nigdy nie pokazał pani Grażynie umowy, a wiosną tego roku wymeldował ją z Łochowskiej. Wiele wskazuje na to, że z tym przejęciem kamienicy nie do końca jest wszystko jasne, bo toczy się sprawa spadkowa po śmierci wieloletniego konkubina pani Grażyny, który był właścicielem kamienicy. Niedawno zakończyła się też sprawa o eksmisję, bowiem deweloper chciał mieć na piśmie, że lokatorce nie przysługuje mieszkanie. Sąd jednak oddalił pozew, uznając, że deweloper nie jest właścicielem kamienicy (!), więc nie ma uprawnień, by kogokolwiek eksmitować. A jednak wyeksmitował wszystkich. Pani Grażyna była ostatnia. Miała na rok wynajęte mieszkanie, ale od początku września zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Ktoś w nocy walił w jej drzwi, córka ją informowała, że musi się natychmiast wyprowadzać. I stało się. W zeszłym tygodniu właścicielka mieszkania, a właściwie córka właścicielki, która własną matkę oddała do domu starców, przyszła rano i oświadczyła, że pani Grażyna ma się wyprowadzić do południa, bo ona sprzedała mieszkanie. Chwilę potem przyjechała córka z kobietą, która przedstawiła pełnomocnictwo od dewelopera i zaoferowała pomoc przy przeprowadzce do nowego mieszkania na Ziemowita. Czym to się skończy? Nie wiem. Pani Grażyna „dobrowolnie” opuściła wynajęte dla niej mieszkanie przed upływem roku, a tym samym zwolniła dewelopera z obowiązku dostarczenia jej mieszkania zamiennego. Gmina dotychczas nie zrobiła nic, żeby pomóc. Kim jest ten babsztyl, pełnomocniczka dewelopera, i po co podstępnie wyprowadziła panią Grażynę z domu? Chyba właśnie po to, żeby zrobić z niej bezdomną. Pilnujemy, ale czarno to widzę.

*Pani Lila. Zakończę ten bilans bardziej optymistycznie. Okazała willa na Mokotowie. Budował ją dziadek pani Lili dla swojej córki, siostry mamy pani Lili. Mama też została przez dziadka wyposażona, ale ich dom na warszawskiej Woli został całkowicie unicestwiony podczas wojny. Ze wszystkich dóbr rodzinnych ten wielki dom na Mokotowie był w 1945 r. w najlepszym stanie i przez wiele lat gnieździła się tam cała bliższa i dalsza rodzina. Rodzice pani Lili zajęli boczne skrzydło, w które podczas Powstania uderzyła bomba i się zawaliło. „Tata był inżynierem i na wszystkim się znał – pani Lila jest bardzo dumna ze swoich rodziców. – Mama nie chciała mieszkać na kupie, ale babcia i ciocia prosiły, żebyśmy ich nie zostawiali.” Rodzice pani Lili wyremontowali zniszczone skrzydło domu, zmienili piec centralnego ogrzewania na bardziej ekonomiczny i zajęli dwupokojowe mieszkanie na parterze. W wyniku dekretu Bieruta dom przejął Skarb Państwa i wszyscy byli lokatorami komunalnymi we własnym domu. Potem zaczęło się robić coraz luźniej. Członkowie dalszej rodziny na nowo znaleźli swoje miejsca na Ziemi i się wyprowadzili, rodzice pani Lili zmarli, ciotka, dla której dom był budowany, też zmarła, po niej zmarły jej dwie córki. Została tylko pani Lila. I zięć właścicielki, który ożenił się z jedną z córek. Wprawdzie nigdy nie mieszkał u swojej żony, bo sam ma podobną willę na Dąbrowskiego, ale przejął spadek po żonie, która odzyskała rodzinny dom. Szwagier pani Lili, bo tak można nazwać męża siostry ciotecznej, nie życzy sobie, by starsza pani dalej mieszkała w „jego” domu. Pani Lila w czerwcu skończyła 80 lat i nigdzie nie zamierza się wyprowadzać. Mniej więcej rok temu udało nam się zablokować jej eksmisję, przy wydatnej pomocy dwóch członków Komisji Weryfikacyjnej, pani sędzi z Departamentu Administracyjnego, który obsługuje Komisję, dzięki telewizji, Darkowi, naszemu specjaliście od komorników, adwokatowi, który społecznie pracuje w jednym z biur poselskich i całej armii ludzi nieobojętnych na niesprawiedliwość. Wczoraj odebrałam telefon od pani Lili. W lutym odbędzie się rozprawa o podział nieruchomości, bowiem adwokaci dopatrzyli się, że pani Lila została pominięta w spadkobraniu, a część willi, w której mieszka całe życie, należy się jej, jak psu micha. Mam nadzieję, że adwokaci udokumentują niezbicie przed sądem, że samotna starsza pani mieszka u siebie, a drań, który od lat ją prześladuje, nalicza chore czynsze, nasyła komorników, którzy pozbawiają ją środków do życia, zostanie odpowiednio potraktowany. Dzisiaj po manifestacji w sprawie mieszkań zakładowych jadę na herbatkę do pani Lili. Dla takich chwil warto żyć i nadal walczyć!