Bilans tygodnia

Mieszkania zakładowe to uwłaszczanie się dziwnych ludzi na ogromnym majątku. Za nami pierwszy wygrany proces z prezesem spółdzielni. Ponadto dalszy ciąg awantury o Basię i powracająca sprawa Łochowskiej. Neverending story.

*Wilcza

Awantury o Basię ciąg dalszy. Ledwie żeśmy wspólnymi siłami odparli atak nowych „właścicieli” na jej mieszkanie, a już następnego dnia przyszły trzy nowe przesyłki z sądów. Dwie z Sądu Rejonowego dla Łodzi Śródmieście i jedna z Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieście. W sumie jest już pięć pozwów! Wszystkie adresowane na mieszkanie nr 33. To już nie jest tylko nękanie Basi, ale i sądów, za co powinny chyba grozić jakieś kary. Basia znosi to dzielnie, na razie trzech jeszcze nie odbiera z poczty. Zgodnie z naukami Joli Brzeskiej, przesyłki z sądów i od komorników zawsze należy odbierać, ale w ostatnim dniu, żeby mieć więcej czasu na zawite terminy procesowe. Ja bym nie wytrzymała, więc podziwiam cierpliwość Basi.

Wkurzona takim bezpardonowym, zmasowanym atakiem via sądy, postanowiłam sięgnąć do źródeł, czyli do ksiąg wieczystych. To lepsza lektura niż „Krętka blada” Chmielewskiej. Bardziej trzyma w napięciu i ciągle zaskakuje zwrotami akcji. Żałuję, że nie zrobiłam tego przed wizytą u Basi dwóch nieokrzesanych typów, podających się za właścicieli. Miałabym więcej argumentów, żebyśmy mogli szybciej wystawić ich za drzwi. Po pierwsze: jeśli ktoś jest właścicielem mieszkania nr 33 (które istnieje tylko w hipotece, bo fizycznie go nie ma) to Getin Noble Bank, który w marcu ubiegłego roku udzielił pożyczki na zakup tego wirtualnego mieszkania, wpisując się w dziale IV ksiąg wieczystych. Dopóki pożyczka nie zostanie spłacona w całości, wraz z odsetkami, prowizjami, kosztami operacji, to bank jest właścicielem lokalu, na który wyłożył kasę. Adam G., który przedstawiał się nam jako właściciel, a policji jako pełnomocnik właściciela i nie wspomniał, że jego mocodawca ma prawa tylko do 1/4 mieszkania Basi, wcześniej kupił od spółki 2C Partners grunt pod budynkiem na Tykocińskiej 40. I Tykocińska, i Wilcza jeszcze przed tymi transakcjami zostały obciążone umowną hipoteką kaucyjną. Basi mieszkanie na kwotę ponad 2 miliony (2 183 265,80). Natomiast ubiegłoroczne zajęcie komornicze z tytułu wypuszczenia przez spółkę giełdową 2C Partners obligacji bez pokrycia obciążyło nie tylko mieszkanie Basi i Tykocińską, ale też dwa mieszkania na Kamionkowskiej 29. W zeszłym roku na mieszkaniu Basi wpisana była hipoteka umowna łączna wraz z roszczeniami w wysokości 4 532 500,0 zł!

A skąd wzięło się w ogóle mieszkanie 33, którego nigdy nie było? Otóż z wnioskiem o wyodrębnienie tego lokalu wystąpiła do sądu wieczystoksięgowego dobrze nam znana notariusz Marzena D. Swego czasu była nadwornym notariuszem przebywającego obecnie w areszcie śledczym kolekcjonera kamienic, Marka M. To ona sporządzała wszystkie akty notarialne na Nabielaka 9, gdzie mieszkała Jola Brzeska, a także na Dahlberga 5, Francuskiej 30 i pewnie pod wieloma innymi adresami, których dokumentacja znajduje się w Komisji Weryfikacyjnej. U Basi sporządzała m. in. akt notarialny ustanowienia wieczystej dzierżawy, gdzie Miasto reprezentowała Gertruda J.-F., obecnie na ławie oskarżonych w procesie Macieja M. oskarżonego w związku z reprywatyzacją działek na Szarej i Siennej (przekręt opisałam w artykule Plac Defilad i defilada oszustów) oraz gimnazjum na Twardej. W nawale pracy pani notariusz musiała pomylić cyferki. Basia podejrzewa jednak, że była to celowa pomyłka, pozwalająca na odcięcie się od „spadkobiercy”, przypomnę, człowieka, który w sądzie nie umiał się zdecydować czy ma na imię Stefan, czy Stanisław.

Jak się połapać w tym gąszczu milionów, pomyłek, spółek z ograniczoną odpowiedzialnością, akcyjnych i komandytowych? Sięgam do Krajowego Rejestru Sądowego. Firmy w których Adam G. występuje jako prezes, członek zarządu, prokurent lub współwłaściciel nie mieszczą się na jednej stronie. Nie ma go jednak w spółce ANS, do której należy 3/4 udziałów w wirtualnym mieszkaniu na Wilczej, które uważa za swoje. Jest za to członkiem zarządu łódzkiej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością – IRIS TRADE, na rzecz której scedował aktem notarialnym rzekome długi Basi, a spółka ta składa do łódzkiego sądu pozew za pozwem.

Ci wszyscy „właściciele”, którzy obracają milionami, a groszem nie śmierdzą, musieli wziąć sobie mocno do serca dobre rady byłego prezydenta, Bronisława Komorowskiego, bo na potęgę zmieniają prace, przechodząc z jednej spółki do drugiej i biorą kredyty. Tylko po co w to wszystko mieszają Basię, skromną emerytkę, lat 77?

PS. Zgodnie z przewidywaniami z Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieście przyszedł pozew o eksmisję. Ale śmiesznie. W pozwie podano numer mieszkania 33, a na kopercie sąd sam wpisał prawidłowy adres – 22. Sąd wie lepiej, gdzie mieszka pozwana. Niech powody zatem spadają pod 33 i dadzą żyć pozywanej.

*Łochowska

Pisałam niedawno o pani Grażynie, którą administracyjnie wymeldowano z Łochowskiej, a wcześniej nie wpuszczono do mieszkania i zostawiono na ulicy bez dokumentów, pieniędzy i leków, a nawet ciepłej kurtki i kobieta dygotała z zimna na ulicy. Pani Grażyna ma w sądzie pewnie tyle samo procesów, co Basia. W piątek był kolejny, tym razem o zapłatę jakichś strasznych tysięcy. Szczęściem poza panią Grażyną nikt się nie stawił. Sprawa została odroczona.

Przy okazji sprawy sądowej dowiedziałam się o zabawnej historii z wymeldowaniem. Pani Grażynie pewnie nie do śmiechu, ale sprawa jej meldunku wygląda groteskowo. Otóż wydział meldunkowy najpierw przysłał oficjalne pismo, powołujące się na decyzję Rafała Trzaskowskiego (jakby nie miał nic innego do roboty!) i na trzech stronach zadrukowanych małymi literkami podawał przyczyny wymeldowania. Że niby na trwałe opuściła mieszkanie, niby dobrowolnie i w związku ze sprawą o eksmisję już do niego nie ma powrotu. Nie zainteresowano się tym, że pozew o eksmisję został oddalony, a ona dobrowolnie niczego nie opuszczała. Samowolnie ją wyrzucono, a jej rzeczy trafiły na śmietnik. Potem były wybory do Europarlamentu i pani Grażyny nie było na listach do głosowania. Następnego dnia po wyborach poszła do urzędu wyjaśnić kto jej odebrał prawa obywatelskie. Urzędniczki próbowały zrzucić winę na komisję wyborczą, że niby nie chciało im się poszukać. Teraz zmieniają zdanie i wmawiają pani Grażynie, że wcale jej nie wymeldowano, ale sprawdzono – faktycznie nie było jej na żadnej liście uprawnionych do głosowania. I teraz pani Grażyna nie wie, czy jest zameldowana, czy nie, a może trochę jest, a trochę nie jest. Zwariować można.

*Międzylesie

W piątek odbyła się też rozprawa o eksmisję pani Jadwigi. Przeglądam dokumenty. Kolejne podwyżki czynszów. Sięgam do pierwszej, z 2002 roku, kiedy Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu zleciło administrowanie domów dla pracowników prywatnej spółce. Niemal z dnia na dzień nowy zarządca podniósł czynsze. Od kiedy obowiązuje ustawa o ochronie praw lokatorów? Od 2001 roku. Czyli nie miał prawa. Ale nikt nie zaskarżył bezprawnej podwyżki, więc sądy uznają, że skoro nie zaskarżono, to przyjęto nowe stawki. Znowu mści się nieznajomość własnych praw, co wykorzystują cwaniaki różnej maści.

Pani Jadwiga pracowała w Centrum Zdrowia Dziecka od początku jego istnienia. Mieszkała najpierw w hotelu, który powstał specjalnie dla pracowników, a potem został przekształcony w mieszkania zakładowe dla stałego personelu. Był taki moment, kiedy Centrum popadło w tarapaty finansowe i zamierzało dla ratowania budżetu sprzedać wieloletnim pracownikom zajmowane przez nich mieszkania. Pani Jadwiga była gotowa swoje wykupić, ale Centrum poradziło sobie w inny sposób i do wyprzedaży służbowych mieszkań nigdy nie doszło. To są malutkie kawalerki, około 30 metrów. Pani Jadwiga nigdy nie zalegała z czynszem, który wcale nie jest mały, jest samotną panią na emeryturze i nagle pan prezes stwierdził, że powinna się wyprowadzić. Dokąd? Pewnie myślał, że sąd przyzna jej prawo do jakiegoś mieszkania socjalnego.

Żeby kogoś eksmitować, trzeba dostarczyć sądowi podstawę prawną. Najprościej wykazać zaległości czynszowe niechcianego lokatora. Tu nie mogło być o tym mowy. Czynsz jest płacony regularnie. Oglądałam umowę, jaką prezes podpisał z Centrum, które jest właścicielem sześciu budynków, administrowanych przez firmę zewnętrzną. O ile w Warszawie w mieszkaniach komunalnych miesięczny czynsz wynosi ok. 6 zł za metr powierzchni mieszkalnej, to w Międzylesiu jest to ponad 8 zł. Natomiast na rzecz właściciela każdego miesiąca spółdzielnia odprowadza aż 20 groszy za metr! Świetny interes.

Samotnej, cichej kobiety nie da się oskarżyć o zakłócanie spokoju w bloku, bo to mógłby być kolejny powód do eksmisji. Pan prezes wymyślił, że ma śmietnik w domu. „Faktycznie mam dużo rzeczy w domu – mówi bez żadnego skrępowania pani Jadwiga – ale to jest dorobek całego mojego życia oraz dorobek moich rodziców. Dla pana prezesa pewnie nie mają wartości, ale dla mnie są bezcenne.”

Nie może mi się w głowie pomieścić, żeby jakiś facet, który trzepie ogromną kasę za nic, za podpisanie umowy, która zwyczajnie okrada Centrum Zdrowia Dziecka, miał jeszcze decydować jakie sprzęty wolno ludziom mieć w domach? Może w garnki jeszcze zacznie im zaglądać i jeśli jego zdaniem źle dobiorą składniki menu, to ich wyrzuci. W sprawie zeznawali świadkowie powołani przez pana prezesa i choć bardzo się starali, to jednak nie potrafili udowodnić żadnego śmietnika. Sąd powództwo oddalił. Czekamy na apelację, bo dranie, którym się wydaje, że zdobyli ogromną władzę, zwykle nie odpuszczają.

W sobotę pani Jadwiga jechała na grób swoich rodziców. Właśnie na parkingu przed domem wsiadała do samochodu, kiedy podbiegła sąsiadka, mieszkająca piętro niżej i zaczęła jej ubliżać. „Nie mogę się doczekać, kiedy pani się wreszcie wyprowadzi!” – zakończyła tyradę. O to chodzi? Może sąsiadka chce sobie zrobić dwupoziomową kawalerkę. Czy to tylko była reakcja na przegraną przez prezesa sprawę w sądzie. Pazerność i dziczenie obyczajów zatacza coraz szersze kręgi.