Dr Tomasz Luterek o reprywatyzacji

Po wczorajszej rozmowie Anny Marii Żurek z dr. Tomaszem Luterkiem w programie „Ciemna strona” zajrzałam do swojego archiwum i znalazłam swoją rozmowę z ekspertem od reprywatyzacji sprzed lat. Oto ona.

Ewa Andruszkiewicz: Bomba reprywatyzacyjna wybuchła, burząc ustalony porządek i odsłaniając brudne interesy urzędników warszawskiego ratusza z mecenasami, wyspecjalizowanymi w odzyskiwaniu nieruchomości i zwykłymi oszustami. Co będzie dalej?

Dr Tomasz Luterek: Tego nikt nie wie. Mnie to zainteresowanie reprywatyzacją bardzo cieszy. Jeszcze miesiąc temu, kiedy ktoś mnie pytał czym się zajmuję, po usłyszeniu słowa reprywatyzacja od razu tracił zainteresowanie. Dziś wszyscy chcą wiedzieć jak to było możliwe, że grupka ludzi mogła przejmować cudzą własność, wszyscy są ciekawi mechanizmów, które doprowadziły do kryzysu państwa. Tak, to jest kryzys, ujawniający słabość wszystkich instytucji państwowych. Ale ja uważam, że on był nam potrzebny i spodziewam się, że doprowadzi do pozytywnych zmian. Skala nieprawidłowości, jakie miały miejsce przy zwracaniu nieruchomości nie tylko w Warszawie, ale we wszystkich dużych miastach, gdzie grunty osiągają najwyższe ceny, powinna nas sprowokować do stawiania pytań o znaczeniu fundamentalnym. Może wreszcie spróbujemy określić, w jakim państwie chcemy żyć? Zastanowimy się, kiedy święte prawo własności powinno ustąpić miejsca interesowi społecznemu. Określimy, które wartości są dla nas, jako społeczeństwa, priorytetem, a które należy wyplenić, wyrwać z korzeniami.

E.A.: A które?

Dr T.L.: Mamy trochę grzechów. Jesteśmy krajem stosunkowo niedawno wyzwolonym spod okupacji obcego państwa, trwającej pół wieku. Pani wie jak się dziś żyje w dawnych republikach radzieckich, w dalszym ciągu zależnych gospodarczo i politycznie od Rosji? Tam się wszystko załatwia…

E.A.: My też załatwialiśmy: wczasy w FWP, talony na maluchy i szynkę dla dziecka spod lady…

Dr T.L.: No właśnie. I to ciągle w nas żyje, chociaż szynka leży na ladzie. Załatwianie, kolesiostwo, tworzenie układów towarzysko-biznesowych, kolejne pokolenia mają we krwi. A to jest prosta droga do wszelkiego rodzaju korupcji. Powszechna akceptacja takiego sposobu myślenia umożliwiła wieloletnią dziką reprywatyzację. Grube ryby mogły spokojnie żerować w mętnej wodzie. Nic nie było widać, nikt im nie przeszkadzał.

E.A.: Władze Warszawy tłumaczą, że nie było ustawy reprywatyzacyjnej, że wyroki sądów zmuszały urzędników do natychmiastowego wydawania nieruchomości pod groźbą kar za przewlekłość decyzji. A społeczne ruchy miejskie zarzucają władzom, że nigdy nie uczestniczyły w tych procesach sądowych, nie broniły majątku, który został im powierzony. Czy faktycznie prawo, lub też jego brak, mogło tak sparaliżować Ratusz, że pozwolił podejrzanym mecenasom i zwykłym szubrawcom rozkraść pół miasta?

Dr T.L.: Oczywiste jest, że ustawa reprywatyzacyjna powinna być uchwalona wiele lat temu i zapewne zapobiegłaby wielu patologiom, o których ostatnio jest tak głośno. Żadne jednak środowisko polityczne nie było zainteresowane uregulowaniem kwestii roszczeń, nota bene słusznych. Państwo miało obowiązek naprawić krzywdy, jakie władze komunistyczne wyrządziły właścicielom kamienic czy majątków ziemskich. Zresztą naprawiało je. Na przykład umowy indemnizacyjne były niczym innym, jak rodzajem reprywatyzacji, odszkodowaniem za nacjonalizację. Mamy też ustawę z 2005 roku o mieniu zabużańskim. Bardzo dobrą ustawę. Jako rzeczoznawca majątkowy wyspecjalizowany w szacowaniu wartości mienia utraconego przez obywateli w wyniku zmian geopolitycznych oraz powojennych ustaw i dekretów miałbym może zastrzeżenie do ustaleń dotyczących podstawy, na której szacowano wartość nieruchomości i wypłacano odszkodowania właścicielom majątków, które po drugiej wojnie światowej znalazły się poza granicami Polski. Sama zasada była jednak bardzo sprawiedliwa.

E.A.: Ale nie odzyskali swojej własności…

Dr T.L.: Zwroty w naturze nieruchomości po siedemdziesięciu latach są wynaturzeniem zarówno prawa, jak i idei sprawiedliwości dziejowej. W przypadku mienia zabużańskiego to nie było możliwe. Państwo polskie wypłaciło dawnym właścicielom zadośćuczynienia za mienie, którego nie przehulali, tylko utracili bez własnej winy. Dla dawnych lwowiaków było to 20 procent wartości, liczonej według stawek obowiązujących obecnie w Krakowie. Uznano, że gdyby te ziemie w dalszym ciągu należały do Polski, nieruchomości osiągałyby takie same ceny, jak te krakowskie. Nie wiem czy to jest słuszne, bo gdyby nam przyszło płacić odszkodowania za Ziemie Zachodnie, to mogłoby się okazać, że za ratusz we Wrocławiu trzeba zapłacić tyle, ile wart jest ratusz w Monachium. A to przecież nie jest prawdą.

E.A.: Wróćmy jeszcze do tego wątku zwrotów w naturze, które były normą przy reprywatyzacji warszawskiej. Dlaczego uważa Pan, że nie należy zwracać placów i kamienic, które były czyjąś własnością?

Dr T.L.: Bo przez siedemdziesiąt lat one zmieniły status prawny, zmieniały się ich funkcje, a często i przeznaczenie. W swojej książce „Reprywatyzacja. Źródła problemu” podaję taki znamienny przykład. Ktoś miał plac, który dzisiaj znalazł się w centrum miasta, został zabudowany sklepami, biurami, a kto inny miał dobrze prosperującą kopalnię węgla. Dzisiaj kopalnia jest zamknięta, na jej miejscu wyrosła hałda miału, którą należałoby utylizować, czyli zainwestować w nią, żeby ten grunt mógł być w jakikolwiek sposób użyteczny. Czy oddanie tych działek miałoby coś wspólnego z naprawianiem krzywd i ze sprawiedliwością społeczną?

E.A.: Ale w Warszawie oddano kamienice na Nowym Świecie, na którym w 1945 roku było jedno wielkie gruzowisko. Przypomnę, że 80 procent miasta było w ruinie, takiej prawdziwej. Zacytuję pewnego anarchistę, który na jednej z konferencji o kosztach odbudowy stolicy powiedział, że jedyne udane polskie powstanie, to było powstanie Warszawy z gruzów. Cały naród odbudowywał swoją stolicę po to, by paru cwaniaków mogło w III RP odzyskać cudzą własności?

Dr T.L.: Użyła pani sformułowania „odzyskać”, co uważam za semantyczne nadużycie. To, co się wydarzyło w Warszawie, ale też w Krakowie, Łodzi, Poznaniu to były klasyczne ustawki, że użyję eufemizmu. Cały ten proceder nie byłby możliwy, gdyby macki mafii nie sięgały do sądów, cywilnych i administracyjnych, od rejonowych po Sąd Najwyższy, a niewykluczone, że i Trybunał Konstytucyjny. Jak inaczej można wytłumaczyć ustanowienie przez sędziego kuratora dla właściciela kamienicy, który zgodnie z metryką urodzenia miałby dzisiaj 150 lat? Sędziowie nie widzieli w tym niczego nadnaturalnego?

E.A.: Dzięki przygotowanej przez Hannę Gronkiewicz Waltz, a podpisanej przez prezydenta Andrzeja Dudę tzw. małej ustawie reprywatyzacyjnej kuratorzy zostaną wyeliminowani z gry. Nie będzie można zwracać budynków użyteczności publicznej, szkół, przedszkoli. To powinno ukrócić zakusy pełnomocników dawnych właścicieli, których nikt na oczy nie widział, a niewykluczone, że oni sami nie mają pojęcia, że zostali milionerami.

Dr T.L.: Poza tymi szkołami i boiskami ta ustawa niczego nie ukróci. Została napisana przez ludzi, którzy od lat trudnią się obrotem roszczeniami i ma służyć ich interesom. Pamiętam na początku procedowania był w niej zapis o tym, że jedna kancelaria prawnicza może prowadzić tylko jedną sprawę reprywatyzacyjną. Chodziło o to, żeby wyłączyć mecenasów-hurtowników, odzyskujących dla swoich klientów sto kamienic, po to, by je potem od nich odkupić. Takiego skutecznego mecenasa można podejrzewać, że wchodzi w układy biznesowe z urzędnikami podejmującymi decyzje o zwrocie nieruchomości, co się właśnie potwierdziło. Ten zapis zniknął z ostatecznej wersji.

E.A.: Ale gminy dostały nową broń do ręki – prawo pierwokupu zwracanej nieruchomości.

Dr T.L.: Ależ gminy zawsze posiadały to prawo, tylko nigdy z niego nie korzystały. Obawiam się, że ten wpis powstał po to, by gminy można było przymusić do zakupu niewygodnych nieruchomości. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację: ktoś odzyskuje zrujnowaną kamienicę, w środku pełno ludzi, nie wszyscy płacą czynsze. Ile pracy i nakładów wymaga taki dom, żeby można było czerpać z niego zyski? Mając taki wpis w ustawie nowy właściciel idzie do ratusza i mówi: „Ja tego nie chcę. Proszę zabrać sobie tą ruderę i wypłacić mi odszkodowanie. Biegli sądowi orzekli, że w tej okolicy wartość metra kwadratowego wynosi 7 tysięcy. Należy mi się 20 milionów.”

E.A.: Dlaczego 20 milionów? Mówił Pan o 20 procentach wartości…

Dr T.L.: I tu dochodzimy do sedna problemu. Polska uregulowała swoje zobowiązania wobec obywateli obcych krajów. W ramach umów indemnizacyjnych wypłaciła im odszkodowania, licząc wartość nieruchomości na moment nacjonalizacji, czyli według stawek z 1945 roku. Ustawa z 2005 roku o mieniu zabużańskim, przy zastosowaniu innej zasady szacowania wartości, też w jakimś stopniu rekompensowała straty poniesione przez przymusowych przesiedleńców. Tymczasem obywatele polscy, którzy utracili swoją własność wskutek rządów komunistycznych, zostali całkowicie pominięci. I dochodzi do takiego paradoksu. Jeśli ktoś miał majątek, 100 hektarów w okolicach Wilna czy Lwowa, otrzymuje odszkodowanie. Po naszej stronie Bugu za taki sam majątek, znacjonalizowany na mocy reformy rolnej, nie należy się złotówka. To nie jest sprawiedliwe i budzi słuszne poczucie krzywdy.

E.A.: Więc w ramach naprawiania krzywd w Warszawie oddaje się domy, których w 1945 roku nie było, a za sprzedane lokatorom mieszkania w kamienicach przez nich samych odbudowanych, wypłaca się odszkodowania w wysokości 100 procent wartości rynkowej nie z czasów, gdy Bierut jednym aktem znacjonalizował stolicę, ale z dnia podpisania decyzji o zwrocie nieruchomości.

Dr T.L.: To jest, oczywiście, patologia. Kancelarie adwokackie, które na masową skalę trudniły się tak zwanym odzyskiwaniem, wykorzystywały prawo w złych zamiarach. To się odbywało przy pełnej akceptacji elit politycznych, a przede wszystkim przy współudziale wymiaru sprawiedliwości.

E.A.: Skoro były złe zamiary, czyli przestępne, to są to sprawy dla prokuratorów. Mnie ciekawi natomiast czy jest szansa, by te nieruchomości, przewłaszczone z pogwałceniem prawa i poczucia sprawiedliwości, wróciły do zasobów miasta?

Dr T.L.: Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Istnieje rękojmia niewzruszalności ksiąg wieczystych, która jest potężnym hamulcem, gdybyśmy chcieli pewne fakty odwracać. Ponadto nasze prawo nie będzie karało nikogo, kto nabył nieruchomość w tak zwanej dobrej wierze, choćby z daleka było widać, że kierowano się złą wolą. Takie mamy prawo. Ale to nie znaczy, że państwo jest bezradne. Istnieje wiele instrumentów prawnych, po które można sięgnąć, by odwrócić bieg zdarzeń. Na przykład, w ścisłym śródmieściu Warszawy nie ma prawa własności. Wszystkie grunty, które zostały oddane, mają ustanowioną tylko wieczystą dzierżawę. To był taki wynalazek z lat 60., pierwsza próba przywrócenia w państwie komunistycznym namiastki prawa własności. Polegało to na tym, że grunt pozostawał nadal własnością Skarbu Państwa, natomiast po ustanowieniu wieczystej dzierżawy można było na nim wybudować własny dom. Fakt, że Skarb Państwa jest w dalszym ciągu właścicielem gruntów w śródmieściu Warszawy pozwala mieć nadzieję, że zadba należycie o swój majątek i upomni się o to, co zostało zawłaszczone.

E.A.: Powiało optymizmem, choć wątpliwości nadal pozostaje bardzo wiele. Miesiąc temu na łamach DGP ukazał się tekst o sztabkach złota, które przed wojną wpisywano do ksiąg wieczystych jako zabezpieczenie zaciągniętych kredytów. Prawie wszystkie warszawskie nieruchomości były zadłużone po same dachy. Po wielu transformacjach, dekretach i rozporządzeniach kolejnych ministrów sprawiedliwości, którym podlegają sądy wieczysto-księgowe, te tony złota zniknęły…

Dr T.L.: One wcale nie zniknęły. To złoto nadal tam jest. Banki zwolniły państwo polskie ze spłaty zadłużeń, co było zrozumiałe, zważywszy, że przejmowało gruzy, spod których trzeba było ekshumować trupy. Wcale jednak nie umorzyły przedwojennych długów. Każdy bank zabezpieczył się na wypadek, gdyby nieruchomość miała wrócić do dawnego właściciela lub jego spadkobierców. W bankowych dokumentach są także zapisy o zabezpieczeniu długów w przypadku ustanowienia wieczystej dzierżawy dla nieruchomości. Tak więc te wszystkie długi powinny zostać spłacone w takiej formie, w jakiej zostały zapisane.

E.A.: Pod presją mediów, ze strachu przed prokuraturą i Centralnym Biurem Antykorupcyjnym, warszawski ratusz wstrzymał reprywatyzację. Na ulicach pozostało 40 tysięcy rdzennych warszawiaków, których wypędzono z rodzinnych domów. Nadal toczą się postępowania eksmisyjne z kamienic już oddanych, jak dzisiaj widać wyraźnie, w ręce oszustów. Komornicy wykonują wyroki, jakby nic się nie wydarzyło. To się kiedyś skończy?

Dr T.L.: Miejmy nadzieję, że tak, że właśnie obserwujemy początek końca dzikiej reprywatyzacji.

E.A.: Bardzo dziękuje za rozmowę, a przede wszystkim za te nuty optymizmu, pozwalające wierzyć, że ta grabież, jaka miała miejsce od wielu lat, zostanie nie tylko ukarana, ale i rozliczona.

Dr Tomasz Luterek (ur, 1975), prawnik i politolog, a także biegły sądowy z zakresu wyceny nieruchomości znacjonalizowanych, przejętych na rzecz Skarbu Państwa przed rokiem 1989. W 2013 roku obronił w Instytucie Nauk Politycznych Polskiej Akademii Nauk pracę doktorską „Problem reprywatyzacji w Polsce w kontekście budowy i upadku ustroju komunistycznego”. Autor książki „Reprywatyzacja Źródła problemu”.