Działka Duńczyka

Emocje, jakie wzbudza w Polsce amerykańska ustawa 447 nie są bezpodstawne. Afera reprywatyzacyjna pokazała, że zatraciliśmy granice elementarnej przyzwoitości, a 70 lat po wojnie nadal nie uporaliśmy się ze szmalcownictwem.

Kiedy w 2011 roku zamordowano Jolę Brzeską, byliśmy przekonani, że to będzie koniec reprywatyzacji. Że jej męczeńska śmierć wywoła falę społecznego oburzenia, która niczym tsunami zmiecie z powierzchni ziemi wszystkich handlarzy roszczeniami i adwokatów, wyspecjalizowanych w uwłaszczaniu się na cudzej własności. Zreprywatyzowani mieszkańcy Warszawy manifestowali gdzie się dało, coraz głośniej domagali się sprawiedliwości dla Brzeskiej. Krzyczeli: „wszystkich nas nie spalicie!” „wasze kamienice, nasze ulice”, „mieszkanie to nie towar”. Nic to nie dało. Nie przebiliśmy się z naszymi hasłami do masowej wyobraźni Polaków.

Masy zareagowały dopiero na wieść o 160 milionach, które mieli zarobić biznesmen i dwójka wpływowych prawników na spekulacjach przy działce obok Sali Kongresowej. To najdroższa działka w Polsce z dwóch co najmniej powodów. Po pierwsze – jest niezabudowana i znajduje się w samym sercu stolicy, tuż obok Sali Kongresowej. Po drugie – stworzono dla niej specjalny plan zagospodarowania przestrzeni. Pierwotnie zakładano, że mogą tam stanąć budynki, nie wyższe jednak niż 30 m. W 2010 r. niespodziewanie zmieniono plany i na ostatniej w kadencji sesji Rady Miasta przegłosowano plan, którego radni nie zdążyli wcześniej ani zobaczyć, ani przemyśleć, skonsultować, czy przedyskutować. Plan zakładał, że stanie tam 200-metrowy wieżowiec, który zasłoni stalinowski Pałac Kultury. Są nawet wizualizacje szklanego koszmarka na stronach poświęconych działce, która przed wojną miała adres Chmielna 70. Plac pod takiego giganta musi kosztować. Wkrótce działkę ”zwrócono” dwójce prominentnych prawników: urzędniczce Ministerstwa Sprawiedliwości, Marzenie K. i dziekanowi warszawskiej adwokatury, Grzegorzowi M. oraz biznesmenowi, Januszowi P. Wszystkich reprezentował mecenas Robert Nowaczyk. Marzena K. to jego siostra, Grzegorz M., kolega ze studiów, a Janusz P., przyjaciel jeszcze ze szkolnej ławki.

W dniu przesłuchań przed Komisją w sprawie reprywatyzacji Chmielnej 70, już po przesłuchaniu Krzysztofa Śledziewskiego, który był referentem w Biurze Gospodarowania Nieruchomościami i przygotowywał decyzję o zwrocie działki obok Pałacu Kultury, przewodniczący Patryk Jaki ogłosił 10-minutową przerwę. Wrzuciłam do kieszeni telefon, z torby wyjęłam papierosy i zapalniczkę, gdy dobiegł do mnie dziekan warszawskiej adwokatury, który miał być po przerwie przesłuchiwany jako strona i nerwowo zapytał: „gdzie tu się pali?” Wyjaśniłam, że przed budynkiem, że ma zjechać windą na dół i jak wyjdzie z ministerstwa, to zobaczy popielnice z ustawionymi wokół ławkami. Spotkaliśmy się tam po chwili i dziekan zaczął mi się żalić, że on tej działki nie chce i od roku stara się ją oddać miastu, ale miasto nie chce przyjąć tego daru. Zaczęłam, się nawet zastanawiać, jak mógłby wybrnąć z trudniej sytuacji, gdy powiedziałam coś o dawnym właścicielu Chmielnej 70 i użyłam słowa „Duńczyk”. – Ależ Jan Holger Martin był Polakiem! – z pełnym przekonaniem sprostował moją wiedzę mecenas. Dalsza rozmowa nie miała zatem sensu. Zresztą kończyła się już krótka przerwa.

Jan Henryk Holger Martin urodził się wprawdzie w Polsce, ale w duńskiej rodzinie i został ochrzczony w parafii ewangelicko-augsburskiej w Warszawie. Być może miał i polskie obywatelstwo, ale musiał się go zrzec po wojnie, skoro przyznano mu odszkodowanie za pozostawione w Polsce mienie w ramach umowy indemnizacyjnej między rządami PRL i Danii. Gdyby był Polakiem, nie zobaczyłby nawet złotówki. To nie Polska mu przyznawała odszkodowanie, lecz rząd duński, który został do tego zobligowany na mocy porozumienia, z którego powstał ostateczny protokół, podpisany przez obie strony 26 lutego 1953 r. Rząd polski został wówczas zobowiązany do zapłacenia 5 mln 700 tys. koron duńskich, a wówczas „rząd duński będzie uważać za ostatecznie uregulowane wszystkie roszczenia duńskie (…) Wynikiem tej regulacji będzie zwolnienie Rządu polskiego w stosunku zainteresowanych duńskich i ich następców prawnych.”

Rząd polski zapłacił daninę w całości, a rząd duński wyliczył, że Holgerowi Martinowi należy się 35 tys. koron. On jednak nie godził się na taką kwotę. Uważał, że ta kupa gruzów (określenie z protokołu oględzin specjalnej komisji w 1945 r.), która przed wojną była kamienicą na Chmielnej 70, jest warta dużo więcej. Zachowała się korespondencja, jaką słał do Ministerstwa Spraw Zagranicznych Danii, domagając się od swojego rządu wszczęcia kroków na drodze dyplomatycznej. Odpowiadano mu grzecznie, że wobec umów międzynarodowych nie są władni mu pomóc. Na znak protestu odmówił przyjęcia tak niesprawiedliwego odszkodowania. Pieniądze, które mimo poczucia krzywdy pana Martina stanowiły ogromną wartość, zostały zdeponowane w banku na specjalnym koncie depozytowym. Po latach wypłaciły je sobie dopiero jego dzieci.

Kim tak naprawdę był Jan Henryk Holger Martin? Dziś zapewne mówiłby o sobie, że jest biznesmenem. Kiedy w 1916 r. brał ślub w Warszawie przedstawiał się jako handlowiec, zamieszkały w Kaliszu. Miał domy w Milanówku i w Kazimierzu Dolnym. Można podejrzewać tylko, że zajmował się spekulacjami i bardo dobrze mu się działo w kraju, który ledwie odzyskał niepodległość. Kamienicę na Chmielnej kupił jako obywatel duński, legitymujący się paszportem wystawionym przez Poselstwo Duńskie w Warszawie. Transakcja nie została wpisana do księgi wieczystej. Wiele lat po zakupie powstał jedynie projekt wpisu przeniesienia własności 2/3 udziałów na rzecz J. H. H. Martina, ale on sam nigdy nie figurował w niej jako właściciel. A był nim i to nie ulega wątpliwości, natomiast budzą je okoliczności transakcji.

Polskie prawo nie zezwala cudzoziemcom na kupowanie nieruchomości. Obecnie obywatel innego kraju starając się o nabycie domu, mieszkania, działki musi wcześniej otrzymać zgodę ministra Spraw Wewnętrznych, a do 1945 r. zgodę wydawał sam premier. Otóż adwokat Andrzej M. (obecnie na ławie oskarżonych w aferze Macieja M. oskarżonego w sprawie działek na Siennej, Królewskiej, Szarej i gimnazjum na Twardej) wpadł na sprytny pomysł, by unieważnić akt sprzedaży kamienicy przy Chmielnej 70, bo w dokumentacji brak jest poświadczenia ówczesnego premiera rządu polskiego, przebywającego wówczas na uchodźstwie, Władysława Sikorskiego, że wyraził zgodę na kupno udziałów w warszawskiej nieruchomości przez obywatela Danii. Sprytny mecenas znalazł spadkobiercę pierwotnej właścicielki, Jadwigi Chwaścińskiej i próbował przed Sądem Okręgowym w Warszawie unieważnić transakcję. Nie wyszło. Sąd stwierdził, że właścicielem działki jest obecnie miasto stołeczne Warszawa i nałożył tylko 100 tys. zł grzywny na Jana Martina, który zmarł i został skremowany ponad pół wieku wcześniej. Maciej M. mimo tego dziwacznego wyroku, korzystając z pomocy mec. Andrzeja M. kupił roszczenie do kamienicy, której nie ma, od spadkobiercy pierwotnej właścicielki. W tym samym mniej więcej czasie inny adwokat, Robert Nowaczyk, działając w imieniu swojej siostry i dwóch przyjaciół, zakupił roszczenia od spadkobierców Duńczyka. Gdyby nie konflikt interesów tych dwóch rekinów na warszawskim rynku reprywatyzacyjnym, pewnie nigdy nie zostałyby odsłonięte kulisy przekrętu na Placu Defilad i nie dowiedzielibyśmy się, że w ogóle była jakaś afera.

Jeden wątek transakcji na Chmielnej 70 we wszystkich publikacjach starannie omijano. Chyba był zbyt bolesny i zbyt wstydliwy. Pierwotna właścicielka kamienicy, Jadwiga Chwaścińska pochodziła z zamożnej i szanowanej rodziny prawników. Była córką Kazimierza Konstantego Bruna, warszawskiego prawnika i wnuczką Stanisława, sędziego sądu kryminalnego guberni warszawskiej. Za mąż wyszła za inżyniera komunikacji, wiceprezesa Dyrekcji Budowy Kolei Państwowych, wielce zasłużonego w rozwoju kolejnictwa. Zawsze żyła w dostatku. Podjęła decyzję o sprzedaży kamienicy, którą dostała od swojego taty, chcąc ratować syna, wywiezionego do obozu w Auschwitz. Była sama w walce o życie dziecka. Rodzice już nie żyli, w 1940 r. zmarł jej mąż, wokół szalała wojna, na ulicach łapanki. Po wielu miesiącach udało jej się znaleźć dojście do gestapowców, którzy za pieniądze zgodzili się wyciągnąć młodego Chwaścińskiego z obozu. Kiedy jednak doszło do transakcji, spisano akt notarialny, a Jan Holger Martin wypłacił pieniądze – 300 tys. zł, było za późno. Chłopak już nie żył. Tego ciosu matka nie przeżyła. Kilka miesięcy później zmarła.

Wojna pozostawia po sobie zrujnowane całe kraje, okaleczone, zubożałe, ze zdewastowaną infrastrukturą. W czasie wojny ludzie tracą cały dorobek życia, a często też życie. Nie jest to czas na bogacenie się. Po II wojnie światowej we wszystkich państwach, na terenach których toczyły się działania zbrojne, wprowadzono specjalne sankcje dla cwaniaków i kolaborantów hitlerowskich, którzy bogacili się, żerując na ludzkim nieszczęściu. W Polsce był to dekret Bolesława Bieruta z 13 kwietnia 1945 r. o nadzwyczajnym podatku od wzbogacenia wojennego. Przewidywał on konieczność zapłacenia podatku nawet w wysokości 75 proc. wartości majątku, który powstał między 31 sierpniem 1939 r., a 31 sierpniem 1945 r., czyli nawet jeszcze kilka miesięcy po zakończeniu wojny. Miał on na celu nie tylko wpływy do pustej wtedy kasy Skarbu Państwa, ale przede wszystkim potępienie i ukaranie wszelkiego rodzaju szmalcownictwa.

Nie ulega wątpliwości, że transakcja między panią Chwaścińską a Janem Holgerem Martinem poza innymi wadami prawnymi (brak zgody na nabycie nieruchomości przez cudzoziemca) podlegała temu nadzwyczajnemu podatkowi. Została zawarta przecież w samym środku wojny. Nie umiem ocenić, czy kwota wpłacona na konto depozytowe w Danii, która tak oburzała wojennego handlarza, to nie było właśnie odszkodowanie pomniejszone o nadzwyczajny podatek. A jeśli tak, to kto ten podatek egzekwował, Polska czy Dania? Nie wiemy też, czy po otrzymaniu wiadomości, że jest za późno, by uratować syna, pani Chwaścińska nie próbowała wycofać się z transakcji, może chciała zwrócić pieniądze, których już nie potrzebowała i wrócić do swojego domu, a ponieważ było to niemożliwe, załamała się?

Jakby na to nie patrzeć, od 1942 r. wokół nieruchomości o dawnym adresie Chmielna 70 kręcą się sami cwaniacy, którzy nadal żerują na ofiarach II wojny światowej. W połowie XX wieku nazywano ich szmalcownikami. Dziś to słowo wyszło z użycia, a przecież żerowanie na majątkach ofiar II wojny światowej jeszcze dwa lata temu, do ujawnienia historii Chmielnej 70, kwitło w najlepsze. Coraz więcej osób wyciągało łapy po nieswoje. Szukano „spadkobierców” po świecie, ustanawiano kuratorów dla „właścicieli” urodzonych w XIX wieku, gwałcąc po drodze wszelkie prawa, kodeksy, konstytucje. W takim klimacie aż dziw, że dopiero teraz pojawiły się amerykańskie roszczenia, znane jako ustawa 447. Za chwilę może ich być dużo więcej. Skoro tak łatwo jest przejmować w Polsce nieruchomości, do których nie ma się żadnych praw, to czemu nie próbować?