Ewa Andruszkiewicz

Jestem emerytowaną dziennikarką. W młodości zajmowałam się głównie reportażem, często interwencyjnym, to znaczy wyszukiwałam ludzi, którzy mieli nieszczęście zderzyć się z bezdusznością urzędniczą czy bezmiarem niesprawiedliwości w sądach. Opisywałam ich dzieje w sposób łapiący za serce, a potem pracownik redakcyjnego działu listów wycinał nożyczkami z gazety artykuł, pisał na maszynie kilka zdań, że redakcja oczekuje zajęcia stanowiska w sprawie i wysyłał całość do sekretarza partii w powiecie lub województwie. Dzisiaj trudno uwierzyć, że tekst w gazecie może wzruszać rządzących, ale wtedy to działało!

Pracowałam w nieistniejącym już „Słowie Powszechnym”, w „Rzeczpospolitej”, w „Super Expressie”, w „Elle”, ale zawsze marzyłam, żeby popularyzować wiedzę o zwierzakach. Pisałam do „Focusa”, do miesięcznika „Mój Pies”, do „Medycyny dla Ciebie”, gdzie miałam stałą rubrykę „Cuda natury” i wszędzie, gdzie tylko chcieli drukować teksty o mądrości i pięknie naszych mniejszych braci. Zamierzałam na emeryturze pisać wyłącznie o tym, co mnie zawsze najbardziej fascynowało. Niestety, stało się inaczej.

Mieszkałam z mężem i synem w przedwojennej kamienicy na Mokotowie, którą 1 kwietnia 2004 r. „zwrócono” spadkobiercom przedwojennego właściciela. Mąż tego nie przeżył. Zmarł w lutym 2005 r. ze świadomością, że nie zapewnił rodzinie tak podstawowej rzeczy, jak bezpieczny dach nad głową. Rok później syn wyjechał do Anglii, bo w ojczyźnie nie mógł znaleźć dla siebie miejsca. Zostałam sama, zreprywatyzowana, tylko z psem i dwoma kotami.

Nie umiem grać w szachy, ale z pewnością mam refleks szachisty. Potrzebowałam prawie czterech lat, by zauważyć, że dostałam się w łapy nie żadnych spadkobierców, tylko bezwzględnej mafii. Do dzisiaj nie wiem jaka była rola rodziny, firmującej wszystkie wytaczane mi procesy sądowe i egzekucje komornicze. Ja od zawsze wiem, że ta kamienica jeśli się komuś należała, to mieszkańcom, bo ją utrzymywali, modernizowali i remontowali przez ponad pół wieku, ewentualnie też Bankowi Gospodarstwa Krajowego, bo w 1936 roku wyłożył pieniądze na budowę i nikt mu nie zwrócił ani jednej sztabki złota z zaciągniętego kredytu.

A jak to się stało, że wreszcie dotarła do mnie oczywista oczywistość, że podwyżki czynszów, wygonienie z naszej kamienicy dwóch rodzin to sprawka mafii? W pierwszych dniach stycznia 2007 r. obudził mnie o świcie telefon od kolejnego pełnomocnika „spadkobierców”. Hubert Massalski – przedstawił się. Odszukałam go w google i wpadłam w panikę. Książę herbu własnego, rajdy samochodowe, licencjonowany zarządca nieruchomości, Związek Szlachty Polskiej, ale też wyświetlił się przerażający tekst o próbie sforsowania drzwi mieszkania państwa Brzeskich przy pomocy piły do cięcia metalu, w czym książę brał czynny udział wraz z kilkoma drabami. Później ustaliłam, że autorem był Piotr Ciszewski, prezes Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, noszącego dziś imię Jolanty Brzeskiej. I chociaż Piotr napisał później kilka książek, to ten jego artykuł uważam za najważniejszy, wręcz kultowy. Po nim jak po sznurku ludzie docierali do Joli Brzeskiej i do stowarzyszenia. Ja też trafiłam tą drogą.

Z Jolą rozmawiałam najpierw telefonicznie, potem zaprosiła mnie na zebranie stowarzyszenia. Otworzyła mi oczy nie tylko na działalność księcia i jego kolegów, ale na cały skomplikowany mechanizm, którym posługiwano się przy wyłudzaniu nieruchomości. I tak wpadłam po czubek głowy w szambo reprywatyzacyjne, z którego nie mogę się wydostać od 12 lat!

Z czasem opiszę swoje procesy, sprawy innych zreprywatyzowanych, w które się zaangażowałam, nasze boje sądowe i śledztwa w sprawie umów indemnizacyjnych, długów hipotecznych, kosztów odbudowy, co pozwoli lepiej zrozumieć moją determinację w walce ze złodziejską mafią. Niestety, dla zwierzątek nie mam czasu, ani głowy. Muszą poczekać aż będę mogła wrócić do normalnego życia, wolna od roszczeń, z poczuciem, że sprawiedliwości stało się zadość. Mam nadzieję, że to kiedyś nastąpi, a mnie do tego czasu szlag nie trafi, ani nie dopadnie demencja.

%d bloggers like this: