Handel ludźmi w świetle art. 678 kc

Art. 678 kodeksu cywilnego mówi o tym, że w przypadku zbycia nieruchomości zawarte umowy najmu przechodzą ze zbywcy na nabywcę. Tym się zasłaniano, gdy oddawano zamieszkałe kamienice. A to nieprawda!

Art. 678 kodeksu cywilnego mówi, że w przypadku zbycia nieruchomości zawarte wcześniej umowy najmu przechodzą ze zbywcy na nabywcę. Tym karmiono lokatorów niegdyś komunalnych, a potem oddanych wraz z kamienicą beneficjentom decyzji zwrotowych Ratusza. A to nieprawda! Nasze umowy najmu nigdzie nie poszły, a nowi właściciele nigdy nie stali się stroną tych umów. Pisałam już o tym w tekście „Artykuł 678 kodeksu cywilnego”, ale teraz chcę przedstawić ten problem w kontekście dużo bardziej groźnego zjawiska.

Kiedy Marzena K., najbogatsza urzędniczka Unii Europejskiej szła do sądu, bez trudu udowadniała, że należy się jej odszkodowanie za utracone zyski za 10 lat wstecz, bo miasto korzystało z jej własności, choć to wcale nie była jej własność i jak wykazała Komisja Weryfikacyjna wchodziła w ich posiadanie z naruszeniem prawa, a często wręcz z rażącym naruszeniem. Sądy jednak przyznawały jej odszkodowania, w sumie ponad 38 mln zł. Z kolei prof. Kaliński uzyskał sądownie dla jedynego swojego klienta, Michała Sobańskiego, zwrot 230 mln., które zostały wypłacone z naszych podatków. To skoro te kamienice były zawsze własnością pani K. i pana Sobańskiego i z tego tytułu należały im się odszkodowania za utracone zyski, to kto tu coś zbywał?

Pazerność złodziejskiej mafii reprywatyzacyjnej nie ma granic. Nie dość, że brali milionowe odszkodowania za sprzedane mieszkania, za utracone zyski, lokatorom podnosili czynsze do stawek wyższych niż wolnorynkowe, nie spłacali długów wpisanych do hipotek, to jeszcze zwolnieni byli ze wszelkich podatków. Żaden przedwojenny właściciel, którego mógł skrzywdzić dekret Bieruta, niczego nie odzyskał, bo do XXI wieku wszyscy zdążyli umrzeć. „Odzyskiwali” prawnicy, a czasem spadkobiercy i powinni być rozliczeni przez fiskusa ze spadków, jakie przejęli, ale w tej wyjątkowej sprawie fiskus przymknął oko.

Tak jak urzędy skarbowe łagodnie potraktowały następców prawnych dawnych właścicieli, tak samo sądy szły im zawsze na rękę, bez zastanowienia i refleksji. Uznawały, że oszuści kupujący za przysłowiowe 50 zł prawa do kamienicy wartej miliony mają też prawo podnosić nam czynsze i rozwiązywać umowy, choć przecież nie byli ich stroną. Nie były też stroną naszych umów spółki, które nabyły od „spadkobierców” mieszkania w zreprywatyzowanych kamienicach. Skoro następcy prawni przejmowali kamienice z lokatorami, ale nie mogli przejąć umów najmu (brak czynności zbytu) to wchodzili w posiadanie nieruchomości obciążonej zobowiązaniami, które mieli obowiązek respektować i tylko tyle. Jeśli natomiast sprzedawali nieruchomość, to też sprzedawali bez umów najmu. Nie można sprzedać czegoś, czego się nie ma. Tymczasem zarówno sprzedający, jak i kupujący uznali, że skoro mieszkanie stało się ich własnością, to ludzie tam mieszkający też wchodzą w skład masy majątkowej. Jak za czasów pańszczyźnianych, gdy kupowało się wioskę razem z chłopami, którzy musieli harować na jaśnie pana.

Słyszę od prawników argumenty, że skoro umowy najmu nie przeszły na beneficjentów decyzji zwrotowych, to lokatorzy dawniej komunalni mieszkają bezumownie. Nieprawda. Te umowy ciągle są ważne, wszak zawierane były na czas nieoznaczony, z gwarancją bezpieczeństwa i stanowiły nasze prawa nabyte. Fakt, że miasto się z nich nie wywiązuje niczego nie zmienia. Nikt tych umów cywilnoprawnych nie rozwiązał. Miasto musiałoby znaleźć podstawy prawne, żeby się z nich wycofać. Lokatorzy też ich nie rozwiązali, bo dlaczego mieliby dobrowolnie rezygnować z prawa do mieszkania. Można powiedzieć, że z powodu tych umów najmu, które się nie przeterminowały, ani nigdzie nie wędrowały, beneficjenci decyzji zwrotowych otrzymali towar nieco wybrakowany. I widać to w dalszym obrocie mieszkaniami.

Moje mieszkanko na Górnym Mokotowie, którego byłam najemcą tylko przez ćwierć wieku, na wolnym rynku miało wartość co najmniej pół miliona. W takim stanie jak było – do niewielkiego remontu. Ceny mieszkań w starych, solidnych kamienicach, usytuowanych w dobrych punktach Warszawy, nie spadają poniżej 10 tys. zł za metr, a to było 50 metrów bez kilku centymetrów. Tymczasem zostało sprzedane za 250 tys. Okazja? Nie. Wartość mieszkania została pomniejszona o mnie i moją umowę najmu. Zostałam wyceniona na ćwierć miliona, bo ze względu na tę umowę nie można było mnie po prostu wystawić na ulicę, trzeba to było zrobić w majestacie prawa i nieźle się przy tym nagimnastykować. Od momentu wpłacenia kasy sprzedającemu, do przejęcia mieszkania przez kupującego upłynęły trzy lata, pełne procesów sądowych, awantur, interwencji policyjnych i niepewności, czy uda się wygonić babę wraz z jej gratami. W aktualnej księdze wieczystej wpisów mnóstwo, bo nowy właściciel, który kupił to mieszkanie z upustem, zabezpiecza się i fabrykuje nieodwracalne skutki prawne.

To właśnie błędna interpretacja art. 678 pozwoliła na zakamuflowany proceder odrażającego handlu ludźmi. Skoro cena mieszkania z lokatorami jest o połowę niższa od ceny rynkowej pustego, to należy uznać, że bonifikata uzyskana przy zakupie to jest właśnie wartość, na jaką wyceniono ludzi. Ktoś, kto decyduje się na kupno mieszkania, w którym od kilkudziesięciu lat mieszka jakaś rodzina z ważną umową najmu, nie może dokonywać tego zakupu w dobrej wierze. Jego celem zawsze będzie przejęcie tego mieszkania wyłącznie dla siebie, rzadko po to, żeby w nim mieszkać, częściej – by odsprzedać dalej z dużym zyskiem i w celu stworzenia pozorów nieodwracalnych skutków prawnych. Tego typu spekulacje, choć widoczne gołym okiem, są bagatelizowane. W jednym tylko przypadku Komisja Weryfikacyjna zareagowała ostro i odebrała mały lokal na Nabielaka 9, który Marek M., prześladujący Jolantę Brzeską sprzedał swojemu wspólnikowi, ten sprzedał swoim rodzicom, a oni ochroniarzowi słynnego handlarza. Komisja uznała, że cena tych transakcji była niewspółmiernie zaniżona i wszystkie unieważniła, a lokal zwróciła miastu. Wcześniej jednak zarówno prokuratura, jak i policja, które badały interesy Marka M. po zabójstwie Brzeskiej, nie zauważyły żadnych nieprawidłowości przy tych transakcjach.

Nie dajmy się wmanewrować w takie myślenie, że umowy najmu straciły termin przydatności do użytku albo gdzieś sobie poszły, przeszły, wyszły. W demokratycznym państwie prawa w ogóle nie powinno dochodzić do takich sytuacji, gdy przekazuje się domy wraz z mieszkającymi w nich ludźmi w prywatne ręce. Skoro jednak tak już się stało, to domagajmy się chociaż minimum uczciwości – zarówno beneficjenci decyzji zwrotowych Ratusza, jak i ich następcy, którzy za półdarmo nabywali całe kamienice lub pojedyncze mieszkania, nigdy nie byli stroną umów najmu podpisywanych z miastem i z tego tytułu nie mają żadnych uprawnień, by przy nich majstrować.

%d bloggers like this: