Jak to z Noakowskiego było?

Podczas konferencji Komisji na temat raportu przypomniano historię Noakowskiego 16. Ta kamienica to creme de la creme warszawskiej reprywatyzacji, bowiem jednym z beneficjentów decyzji Ratusza był mąż wieloletniej prezydent stolicy.

O tym, że kamienica na Noakowskiego 16 była po wojnie łupem szmalcowników, po raz pierwszy usłyszałam ponad 10 lat temu. Krzysiek, który był wtedy dziennikarzem radiowym, zbudował dla naszego stowarzyszenia (WSL) stronę internetową, a ja zostałam wydelegowana do nauki jej obsługi. Nic z tego nie wyszło, ale spędziłam kilka godzin u niego w domu na Noakowskiego, gdzie o wiele bardziej niż komputerowe sztuczki interesowały mnie dokumenty, jakie zgromadził na temat kamienicy, w której mieszkał z żoną i dziećmi. Jestem wzrokowcem i pamiętam dokładnie wyrok sądu, w którym było zdanie o wykreśleniu z hipoteki Romana Kępskiego i Zbigniewa Szczechowicza. Roman Kępski był wujem Andrzeja Waltza, męża panującej wówczas w Warszawie Hanny Gronkiewicz Waltz. Krzysiek opowiedział nam, mnie i Kubie, z którym pobieraliśmy lekcje internetu, ciekawą historię, jak to zaraz po wojnie grasowała w całej Polsce szajka szmalcowników, wpisujących się do hipotek na podstawie sfałszowanych aktów notarialnych jako właściciele zakupionych podczas wojny kamienic. Żerowali na mieniu pożydowskim, przeświadczeni, że właściciele zginęli w obozach koncentracyjnych. Przejęte nieruchomości natychmiast sprzedawali. W ten sposób panowie Szczechowicz i Kępski stali się na chwilę właścicielami Noakowskiego 16. Na chwilę, bo nagle, dwa lub trzy lata po zakończeniu wojny, niespodziewanie wróciła do swojego domu cudem ocalała pani Oppenheim, żona prawowitgo właścicielka kamienicy i dowiedziała się, że szmalcownicy ukradli jej dom.

Przed sądem w Warszawie toczyły się dwa procesy w sprawie Noakowskiego 16, jeden karny, a drugi cywilny. Na ławie oskarżonych siedzieli też Kępski i Szczechowicz, ale sąd nie udowodnił im, że kupując od szmalcowników nieruchomość działali w złej wierze. Jako jedyni zostali uniewinnieni, reszta bandy trafiła na wiele lat do więzienia. Równolegle toczył się proces cywilny, w którym p. Oppenheim domagała się wpisania jej ponownie do hipoteki jako właścicielki. Ta sprawa zakończyła się umorzeniem, bowiem sąd musiał czekać z orzeczeniem na zakończenie procesu karnego, a gdy wreszcie zapadł wyrok, dekretem Bieruta kamienica przeszła na własność Skarbu Państwa. Nie znałam wtedy jeszcze tych wszystkich zawiłości proceduralnych i nie mogłam sobie wymyślić formułki, jaka była w sentencji wyroku i na tyle mnie rozśmieszyła, że ją zapamiętałam. Brzmiało to mniej więcej tak: „sąd umarza postępowanie z powodu braku przedmiotu sporu”. Kamienica przejęta przez szmalcowników, potem w rękach panów Kępskiego i Szczechowicza, a na końcu własność Skarbu Państwa, w sądzie była skromnym przedmiotem sporu, który zdążył wyparować.

Kilka lat później spotkałam Krzyśka i jego żonę Elę, którzy mnie poinformowali, że dokumentacja procesów zginęła. Jak to zginęła? Przecież oni mieli te wyroki! Tak, ale oni mieli tylko kserokopie fragmentów, a teczki z aktami spraw zniknęły z sądu. Nie to, że im nie uwierzyłam. Myślałam, że zostały tylko niechlujnie odłożone przez pracowników sądu. Kiedy Komisja Patryka Jakiego zaczęła badać reprywatyzację Noakowskiego, okazało się, że nie tylko z sądu zginęły akta sprawy. Powinny być ponadto w Ministerstwie Sprawiedliwości i w Centralnym Zarządzie Służby Więziennej, gdzie musiały powędrować w ślad za skazanymi szmalcownikami. Nigdzie nie było po nich śladu. Pewnej niedzieli 2017 r. trzej panowie: prof. Kamil Zaradkiewicz, wiceminister Patryk Jaki i wiceprzewodniczący Komisji Weryfikacyjnej, Sebastian Kaleta, ubrani w dresy udali się do przepastnych podziemi ministerstwa w Alejach Ujazdowskich. W kurzu, wśród pajęczyn szukali teczki z rozprawami sądowymi sprzed 70 lat. I znaleźli, ale mocno odchudzoną. Zagięcia na tekturze świadczyły o tym, że było to opasłe tomiszcze, ale ktoś je odchudził i w środku znajdowały się nic niemówiące luźne kartki. Ale to był początek śledztwa, jakie przeprowadziła Komisja, która z zasady działa w trybie administracyjnym, ale tu natrafiła na kryminał.

Nie wiem który z eksploratorów ministerialnych piwnic wpadł na pomysł, żeby prześledzić karierę sędziego, który 70 lat temu orzekał w procesie szmalcowników. I znaleźli go, bodaj w Ostródzie. Oczywiście nie mógł dożyć XXI wieku, ale w Sądzie Okręgowym, do którego został przeniesiony w latach 50. znalazła się pełna dokumentacja spraw, które prowadził, w tym akta procesu o kradzież kamienicy na Noakowskiego 16. I sprawa się rypła.

Nie pamiętam czyj podpis widniał pod decyzją o zwrocie kamienicy na rzecz spadkobierców Kępskiego i Szczechowicza. Prawdopodobnie Lecha Kaczyńskiego, bo on był prezydentem, gdy kamienicę oddawano, a od początku reprywatyzacji pod ostatecznymi decyzjami zwrotowymi zawsze podpisywali się prezydenci miasta. Kamienicę, w której mieszkałam na Mokotowie oddano „spadkobiercom” w 2004 r, kiedy przez kilka miesięcy prezydentem był Wojciech Kozak i jego podpis widnieje pod decyzją. Dopiero Hanna Gronkiewicz Waltz zmieniła zasady i pod dokumentami podpisywał się urzędnik BGN i to nawet nie szef, Marcin Bajko, który nie dysponował upoważnieniem pani prezydent (!), ale jego zastępca, Jakub Rudnicki, dziś główny oskarżony w aferze reprywatyzacyjnej.

Czy Hanna Gronkiewicz Waltz znała historię kamienicy, z reprywatyzacji której jej najbliżsi, mąż i córka, wzbogacili się o 5,5 mln zł? Córka zresztą niezgodnie z obowiązującym prawem spadkowym, o czym pani profesor prawa powinna wiedzieć, bowiem prawo do spadku po Kępskim i jego żonie miał tylko Andrzej Waltz, zaś jego córka mogłaby wejść w prawa dopiero po jego śmierci. Mniejsza zresztą ze spadkami. Wcale by mnie nie zdziwiło, gdyby się okazało, że pani prezydent naprawdę nic nie wiedziała. Dowodem na to mogą być zeznania Marcina Bajko przed Komisją, gdy mówił, że wielokrotnie prosiła go o pełną dokumentację tylko tej kamienicy, a wiadomo przecież, że nigdy jej nie dostarczył. Ciekawie zabrzmiało też zeznanie Andrzeja Waltza, który w pewnym momencie naciskany przez członków Komisji przyznał, że musiał zostać oszukany, a potem zwrócił w terminie wszystkie pieniądze, jakie uzyskał ze sprzedaży kamienicy spółce Feniks.

Moja teoria spiskowa dziejów zakłada, choć to nie jest pewnik, że rodzina jednej z najbardziej wpływowych postaci Platformy celowo została wmanewrowana w trefną nieruchomość, żeby mieć kontrolę nad poczynaniami Gronkiewicz na polu reprywatyzacji. Nie wykluczam, że przy wielu decyzjach po prostu ją szantażowano. Brzmi to trochę jak obrona skompromitowanej byłej prezydent, ale mnie chodzi przede wszystkim o zrozumienie mechanizmu tego skomplikowanego układu, który jednym dawał kamienice, cenne działki i miliony chorych odszkodowań, a innych bezlitośnie wpędzał w bezdomność i nasyłał na nich komorników, gotowych ściągnąć z biedaka bez dachu nad głową ostatnie skarpetki. Ktoś te teczki z dokumentami usunął. Możemy się nawet domyślać kto, bo mógł to zrobić tylko ktoś na wysokim stanowisku w ministerstwie sprawiedliwości, ale prokuratura, do której natychmiast zgłoszono kradzież dokumentów, widocznie nie znalazła jeszcze dowodów. Ktoś panią profesor prawa namówił na wydanie precedensowego rozporządzenia 1777/08, które było niezgodne z prawem, ale przyspieszyło zwroty nieruchomości. Ktoś nią kierował, kiedy scedowała podpisywanie dokumentów na urzędników. Gdyby Hanna Gronkiewicz Waltz miała odrobinę honoru, mogłaby wiele spraw wyjaśnić, ale jest tchórzem i jedyne, co miała na swoją obronę, to przytaczane przez nią ciągle argumenty, że Noakowskiego oddał Lech Kaczyński, Nabielaka – Mirosław Kochalski, a Rudnickiego zatrudnił Kaczyński. Niby profesor, a ma ludzi za głupków, co jest równoznaczne z głęboką pogardą dla wyborców. Ale w kręgu jej znajomych to chyba norma.