Jeden dekret, różne decyzje

Decyzja Komisji w sprawie kamienicy, w której mieszkałam, niczego nie zmieniała, na nikogo nie nałożono kar, nie żądano zwrotu, a dla mnie oznaczała koniec bardzo bolesnej epoki. Niestety, została zaskarżona.

Decyzja w sprawie kamienicy przy ul. J. Dąbrowskiego 18 zapadła na posiedzeniu niejawnym Komisji do spraw nieruchomości warszawskich 17 grudnia 2019 r. Wydawało się, że każdy z zainteresowanych powinien być z niej zadowolony. W związku z nieodwracalnymi skutkami prawnymi wszystkie mieszkania pozostały w rękach dotychczasowych właścicieli. Ani jeden lokal nie wrócił do zasobów miejskich. Na beneficjentów decyzji zwrotowej nie nałożono żadnych kar, nie żądano zwrotu pieniędzy za sprzedane mieszkania, lokale użytkowe, ogródek i garaż, podczas gdy na przykład spółka Invista, która zarządzała kamienicą Orfingerów na Mokotowskiej, ma do zapłacenia 50 mln zł i komornika skarbowego na wszystkich nieruchomościach za bezpodstawne wzbogacenie z tytułu przejęcia dekretowej nieruchomości. Tu oszczędzono nawet zarządcę, który niczym nie zarządzał, tylko udawał na sali sądowej mecenasa, za co w historii Komisji już dwukrotnie był karany wysokimi grzywnami. Miałam nadzieję, że to będzie pierwsza decyzja Komisji, której nikt nie zaskarży, bo nie ma po co.

Dla mnie cofnięcie starej decyzji, na mocy której moje mieszkanie zostało „zwrócone” „spadkobiercom”, a mnie wystawiono na ulicę, jak niepotrzebny, stary grat, miało kolosalne znaczenie. Definitywnie kończyło bardzo tragiczny, wieloletni bój o elementarną sprawiedliwość i prawa człowieka, które utraciłam w procesie reprywatyzacji. Pozwalało uwolnić się od komornika, który od pięciu lat wpisany jest do hipoteki mojej niewiele wartej działki letniskowej, która z konieczności stała mi się domem, jedynym miejscem, w którym mogłabym czuć się u siebie. Mogłabym, gdyby nie fakt, że roszczenia do niej ma mój były sąsiad z Mokotowa, który de facto podszywając się pod „spadkobierców” przejął moje mieszkanie, a teraz pewnie chciałby na weekendy przyjeżdżać do Wilgi. Skoro tak mu łatwo poszło z przejęciem mojego mieszkania, to dlaczego miałby nie przejąć reszty należących do mnie dóbr?

Od początku reprywatyzacji kamienicy na Dąbrowskiego 18 miałam wrażenie jakiejś fantasmagorii. To wszystko wydawało się nierealne. Jacyś spadkobiercy, których nikt nigdy na oczy nie widział, jacyś pełnomocnicy, którzy udawali prawników, ale nie pokazywali pełnomocnictw, a jak wyszło w praniu, wcale nie byli prawnikami, jakiś handel mieszkaniami za pół darmo. A gdzieś w przeszłości ogromny dług w banku i wiedza o tym, że nikt z tej rodziny, która przejęła solidną kamienicę na Mokotowie, nie zainwestował w nią nawet jednej złotówki. Ani po wojnie, kiedy remontowali i w całości ją utrzymywali mieszkańcy, a na koszt gminy doprowadzono centralne ogrzewanie, ani przed wojną, gdy właściciel budował dom za pieniądze Banku Gospodarstwa Krajowego, a gdy zabrakło kasy, sprzedał dwa, jeszcze niewykończone mieszkania, zasiedlił kamienicę lokatorami i zakończył inwestycję. Jego rola ograniczała się wyłącznie do nadzoru budowlanego i kalkulowania ewentualnych zysków.

Pierwsze raty kredytu miały być spłacane dopiero po 10 latach, około 1945 roku. Przez te wszystkie lata kredytobiorca miał obowiązek wybudować dom i zacząć zarabiać na wynajmie mieszkań. To był specjalny program pomocy państwa, dzięki któremu mogło rozwijać się budownictwo mieszkaniowe. Większość warszawskich kamienic, które w ostatnich latach tak hojnie były rozdawane różnym podejrzanym „następcom prawnym” przedwojennych właścicieli, zbudowano dzięki temu właśnie programowi i kredytom, których wartość zapisywano w złotówkach, podając jednocześnie równowartość w złocie. A potem była wojna, większość tych domów zbudowanych za kredyty zamieniła się w kupę gruzu, a kredytów nikt nawet nie zaczął spłacać.

Górny Mokotów wojna oszczędziła, ocalała też kamienica, w której później zamieszkałam. Przedwojenny właściciel całe życie przemieszkał w Łodzi, ale podobno zaraz po wojnie przyjeżdżał raz w miesiącu, żeby pobierać czynsze. Złożył w terminie wniosek dekretowy w imieniu swoich nieletnich pasierbów, którzy również mieszkali w Łodzi. Wpisał też do księgi wieczystej prawo dożywocia, z którego nigdy nie skorzystał. Zmarł w 1967 r. w swoim rodzinnym mieście, ale jego pasierbowie nigdy nie przeprowadzili postępowania spadkowego. A jednak odzyskali nieruchomość. Sprzedali co się dało, a nawet więcej, a ich pełnomocnicy wygonili lokatorów komunalnych na bruk. Tylko ze mną musieli przeprowadzić sprawę przez sąd, z innymi poradzili sobie samodzielnie.

A jakby to wyglądało, gdyby reprywatyzacja przebiegała uczciwie, z poszanowaniem nie tylko prawa własności, ale i zasad współżycia społecznego, a także samego dekretu Bieruta, który choć krytykowany i przeklinany, nadal obowiązuje, bo żadna władza przez 75 lat nie odważyła się na jego unieważnienie? Jeżeli dekret Bieruta nadal obowiązuje, to należy stosować się do zasad, które on ustanawiał.

Po pierwsze – nie jest prawdą, że Bierut zabrał wszystkie nieruchomości. Od decyzji nacjonalizacyjnej służyło odwołanie. Większość dawnych właścicieli złożyła je w terminie i wielu przyznano prawo użytkowania swojego terenu, pod warunkiem odbudowy domu własnymi środkami w terminie do 5 lat. Dotyczyło to domów jednorodzinnych i niewielkich kamieniczek, w których było nie więcej niż siedem mieszkań przeznaczonych na wynajem. Przykładem może być Krakowskie Przedmieście 35, zniszczone podczas wojny w 94 procentach. Sąd Grodzki w Warszawie już w styczniu 1946 r. przywrócił przedwojennym właścicielom, pp. Nowakowskim, posiadanie sterty gruzów między Krakowskim Przedmieściem 35 a ulicą Kozią. To była mała kamieniczka, składająca się jedynie z sześciu mieszkań i jednego lokalu użytkowego. Jeszcze przed decyzją nacjonalizacyjną właściciele przedstawili władzom Warszawy projekt odbudowy domu i uzyskali zgodę na prace budowlane. Wydział Inspekcji Budowlanej wyznaczył im terminy zakończenia inwestycji. Do 31 grudnia 1949 r. budynek miał stanąć w stanie surowym, a do 31 grudnia 1950 r. miał być gotowy do zasiedlenia. W sierpniu 1950 r. dokonano inspekcji placu budowy i stwierdzono, że właściciele wznieśli jedynie kawałek muru od strony ul. Koziej, co stanowiło jedynie 8 proc. tego, do czego się zobowiązali. Natychmiast cofnięto przyznane wcześniej prawo odbudowy, a gdy przyszła pora rozpatrzenia wniosku o czasowe użytkowanie gruntu, oczywiste było, że otrzymali odmowę i nie pomogły żadne odwołania od tych decyzji. Ostatecznie w 1953 r. kamienicę odbudowało Zjednoczenie Budownictwa Miejskiego ze środków Skarbu Państwa.

Kiedy Marek Mossakowski w 2000 r. wystąpił w imieniu spadkobierców pp. Nowakowskich do prezesa Urzędu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast, błyskawicznie uzyskał unieważnienie decyzji z 1951 r., jako wydaną z „rażącym naruszeniem prawa”. Potem tę decyzję przyklepało Samorządowe Kolegium Odwoławcze, a Ratusz nie miał już żadnych wątpliwości, że należy oddać kamieniczkę na Trakcie Królewskim.

Mossakowski w „swojej posiadłości” podniósł czynsze do 100 zł za metr, odciął najpierw centralne ogrzewanie, potem wodę i gaz, a na koniec odłączył cały budynek od energii elektrycznej. Udało mu się wygonić wszystkich. Dopiero Komisja weryfikacyjna zbadała historię nieruchomości i unieważniła decyzję reprywatyzacyjną. Mossakowski zaskarżył do sądu postanowienie Komisji. O ile w sprawie Nabielaka i Otwockiej Wojewódzki Sąd Administracyjny uwzględnił argumentację kamienicznika-hurtownika i uznał, że mimo wszystko należały mu się te nieruchomości, to przy Krakowskim Przedmieściu przyznał jednak rację Komisji. Zgodnie bowiem z dekretem Bieruta ówczesne władze nie miały wyjścia, musiały przejąć odbudowę, bo w przeciwnym razie do dzisiaj naprzeciwko pomnika Mickiewicza mogłaby straszyć sterta gruzu.

Czy prezes Urzędu Mieszkalnictwa, który bezrefleksyjnie unieważnił powojenną decyzję nacjonalizacyjną, poniósł jakiekolwiek konsekwencje swojego błędu? Według moich ustaleń ma się dobrze jako wiceprezydent dużego miasta wojewódzkiego. Czy ma świadomość piekła, jakie urządził tym sześciu rodzinom, które były terroryzowane, a potem wyrzucone ze swoich domów rodzinnych? W przypadku kamienicy na Dąbrowskiego, w której mieszkałam tylko ćwierć wieku, decyzję nacjonalizacyjną unieważnił podsekretarz stanu w ministerstwie spraw wewnętrznych i administracji. Po karierze w rządzie wylądował bodaj w samorządzie w Słupsku, gdzie CBA przyłapało go na ustawkach przy przetargach. Ilu jeszcze jest takich decydentów współpracujących z Mossakowskim i jego kolegami? Czy nękają ich jakieś wyrzuty sumienia?

Po drugie – dekret Bieruta musiał liczyć się z potrzebami społecznymi, bo takie były wymogi chwili. Kamienica na Dąbrowskiego nie mogła zostać zwrócona przedwojennym właścicielom ponieważ zgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego była przeznaczona na budownictwo mieszkaniowe wielorodzinne, a to oznaczało, że potrzeby mieszkaniowe warszawiaków są ważniejsze od interesów zadłużonych kamieniczników. Dziś uznalibyśmy taką postawę władz jako wzięcie pod uwagę ważnych czynników społecznych. Niestety, ani producenci decyzji zwrotowych w stołecznym Biurze Gospodarowania Nieruchomościami, ani nawet Komisja weryfikacyjna nie posługują się tym argumentem.

Po trzecie – wmówiono nam, że w Polsce obowiązuje zasada nominalizmu pieniężnego. To ona rzekomo nie pozwalała bankom przewalutować kredytów zaciągniętych we frankach szwajcarskich. Według niej też uznano, że nie ma żadnych długów wpisywanych przed wojną w księgach hipotecznych. Bo co to jest dzisiaj 36 tysięcy przedwojennych złotych? Tym bardziej, że zgodnie z zasadą nominalizmu dług przeszedł dewaluację w 1950 roku gdy ze 100 zł zrobiły się 3 zł, a potem przeżył denominację, czyli wykreślenie czterech cyfr. Z długu zostały więc grosze. Tymczasem obok kwoty w złotówkach w momencie zawarcia umowy z bankiem wpisano także równowartość: „to jest sześć sztabek złota” – wykaligrafowano wyblakłym już atramentem. Jedna sztabka złota używanego w obrocie bankowym waży 12,5 kg. Jej cena ustalana jest codziennie na giełdzie londyńskiej, ale średnio kosztuje około 1 600 000 zł. 9 milionów 600 tysięcy, nie licząc odsetek od 1935 roku, to była nominalna wartość długu zaciągniętego na budowę kamienicy u zbiegu ulic Szustra (dziś Dąbrowskiego) i Bałuckiego i co najmniej tyle powinno wrócić do banku, by spadkobiercy przedwojennych dłużników mogli stać się właścicielami. Kiedy dzisiaj człowiek kupuje kawalerkę, wpłaca wkład własny, ale na resztę musi wziąć kredyt w banku, to póki nie spłaci wszystkich rat, odsetek, prowizji, ubezpieczeń i wszystkiego, co sobie bank zażyczy, to właścicielem jego kawalerki jest kredytodawca. Jeśli okaże się, że dłużnik jest niesolidny, bank ma prawo wystawić jego mieszkanie na licytację. Tu nikt nie zwrócił nawet złotówki, ale po latach znaleźli się wielcy właściciele.

Po czwarte – polskie prawo przewiduje przejęcie nieruchomości poprzez zasiedzenie. Przepisy mówią, że władając w dobrej wierze daną nieruchomością nieprzerwanie przez 20 lat nabywa się prawa właściciela. Nawet gdyby uznać, że przejęte dekretem Bieruta kamienice zostały znacjonalizowane ze złą wiarą, to i tak po 30 latach powinny przejść na własność państwa. Tak się jednak nie stało. Nagle, w 1990 r., nieruchomości należące do Skarbu Państwa przeszły na rzecz gmin i w ten sposób został przerwany bieg zasiedzenia, co pozwoliło różnym Mossakowskim i Nowaczykom występować w imieniu prawdziwych czy wymyślonych spadkobierców przedwojennych właścicieli o odszkodowania albo zwrot całej nieruchomości, bez oglądania się na przeszłość.

To jeszcze nie jest wszystko, niezbędne do uczciwego rozliczenia reprywatyzacji. Przez 59 lat zarządzaniem kamienicą przy ulicy Dąbrowskiego zajmowała się Administracja Domów Komunalnych. To ona dwukrotnie remontowała nam dach, regularnie przeprowadzała przeglądy kominów, bo do 1965 r. nie dotarł do tego domu wynalazek kuchni gazowych i jak za króla Ćwieczka stawiano garnki na fajerkach, pod którymi buzował węgiel. Węglem też były opalane pokoje, póki starych, kaflowych pieców nie zastąpiono kaloryferami. Nikt nie zażądał od spadkobierców złotówki zwrotu kosztów modernizacji, czy jakiejkolwiek partycypacji w kosztach utrzymania nieruchomości przez ponad pół wieku!

Obserwując nieskuteczność działań Komisji weryfikacyjnej, śledząc procesy przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym, nie widzę woli uczciwego rozliczenia grabieży, która odbywała się na oczach warszawiaków w majestacie tak zwanego prawa. Reprywatyzacja wcale się nie zakończyła. Rafał Trzaskowski i Paweł Rabiej przed wybuchem pandemii grozili, że znowu będą musieli oddawać kamienice. I nie pomagają ujawnione afery, nieboszczyki, wstający z grobów i składający wnioski dekretowe, kuratorzy z Karaibów. Główni bohaterowie skandali lansują się teraz na ofiary spisku i nadal twierdzą, że te wszystkie ukradzione domy i place po prostu im się należały.

Decyzja Komisji weryfikacyjnej w sprawie Dąbrowskiego 18 była okazją do zamknięcia raz na zawsze tego rozdziału, którego beneficjenci decyzji zwrotowej powinni się wstydzić. Nie zainwestowali złotówki w nieruchomość, zarobili na niej pewnie kilka milionów. Nikt im niczego nie nakazał zwracać, czy płacić kar za wygonienie trzech rodzin na ulicę, a historia znowu się powtarza. W imieniu wdowy i córek chwilowego właściciela kamienicy decyzję zaskarżył radca prawny, hrabia, z którym często widuję się na salach sądowych, gdzie ja jestem tylko publicznością, a on występuje jako jeden z wielu obrońców księcia mecenasa Huberta Massalskiego. Jego apelacja trafiła już do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. Przede mną długie jeszcze oczekiwanie na ostateczne rozstrzygnięcie, od którego będzie zależało czy uda mi się unieważnić wyrok w sprawie odszkodowania, jaki wisi nade mną, a mój sztuczny dług codziennie rośnie, czy po raz kolejny będę eksmitowana z mojego własnego domku w lesie. Na razie egzekucja jest zawieszona, bo sprawa decyzji Komisji jest w toku. Myślę, że hrabia, obrońca księcia, ma mimo wszystko nadzieję, że wygra i apelację, i potem kasację, żeby dobrze zrobić przyjacielowi księcia, którego miałam nieszczęście mieć za swojego sąsiada na Dąbrowskiego. A co będzie, gdy się okaże, że pandemia na tyle zmieni myślenie ludzi, że zmusi rządy do wprowadzenia zasad uczciwości w życiu społecznym? Bo jak powinno być uczciwie podczas reprywatyzacji, przedstawiłam powyżej. I nie chciałabym być w skórze tych wszystkich beneficjentów, którzy wciąż mają apetyt na więcej, a „uczciwość” to dla nich tylko puste słowo.