Koszmarek na Senatorskiej

Na ostatnim posiedzeniu Komisji weryfikacyjnej uchylono decyzje w sprawie działki u zbiegu ulic Miodowej, Senatorskiej i Podwala, którą razem z kawałkiem trasy W-Z przejął Maciej M., by zeszpecić zabytkową Starówkę.

W tej sprawie nie tylko Maciej M. i jego synek, Maksymilian, poszli po bandzie, nie tylko Ratusz w sposób skandaliczny przeprowadził proces reprywatyzacyjny, ale i Komisja, która wnikliwie zbadała stan prawny nieruchomości przed wojną i po niej, prześledziła linie dziedziczenia oraz całe orzecznictwo w tej sprawie, też dała niezłego czadu, uznając, że zaszły nieodwracalne skutki prawne. Stwierdzono, że spółka Senatorska Investment, której prezesem jest Maksymilian M., kupując od jego tatusia nieruchomość, nie mogła działać w złej wierze, bo nie miała wiedzy na temat błędów i nieprawidłowości podczas przejmowania gruntu.

Koszmarny biurowiec na Placu Zamkowym wzbudzał kontrowersje jeszcze zanim go wybudowano. Przeciwko inwestycji protestowali nie tylko aktywiści miejscy, którzy nawet zorganizowali mszę żałobną dla Starówki. Głos zabrało też UNESCO i niewiele brakowało, żeby odbudowana po zniszczeniach wojennych z pietyzmem i podziwiana przez cały świat nasza Starówka została wykreślona z Listy Światowego Dziedzictwa, gdzie znalazła się w doborowym towarzystwie w 1980 r. Jakiekolwiek zmiany w obrębie zabudowy uznanej za światowe dziedzictwo muszą być obowiązkowo konsultowane. Maksymilian M., prezes zarządu spółki Senatorska Investment, opowiadał wprawdzie, że konsultował plany architektoniczne wśród historycznej zabudowy, jednak ani w Paryżu, gdzie mieści się siedziba UNESCO, ani w Pałacu Kultury i Nauki, gdzie znajduje się warszawski oddział tej zacnej organizacji międzynarodowej, nikt nie słyszał o konsultacjach. Jeśli były konsultacje, to tylko z warszawskim Ratuszem.

W tym przypadku nawet nie były potrzebne żadne paczki, które niechcący wpadają przez otwarte okna służbowych samochodów urzędników decydujących o warunkach zabudowy. Tzw. wuzetkę wydawała mama architekta, projektującego gmaszysko, a mama synkowi przecież nie może odmówić.

Działka, na której stanął ekskluzywny biurowiec Heritage (czyli po polsku dziedzictwo, pewnie dlatego, że z ojca przeszło na syna) stanął na kilku scalonych działkach, które miały przed wojną wielu właścicieli. Większość z nich wojny nie przeżyła, a spadkobiercy rozpierzchli się po świecie. W kwietniu 1948 roku na wniosek jednej ze współwłaścicielek Sąd Grodzki w Warszawie uznał za zmarłych pięć osób, które figurowały w przedwojennej księdze wieczystej w Dziale Własność, wpisując jako datę ich zgonu 8 maja 1946 r. W Polsce obowiązywał jeszcze Kodeks Napoleona, który dawał spadkobiercom 30 lat na przejęcie spadków. Przez 60 lat nikt się nie zgłosił, toteż ich udziały w nieruchomościach powinny zostać uznane za spadki wakujące i zgodnie z prawem przejść na Skarb Państwa. Tak się jednak nie stało, bo kto myślał o wpisach do ksiąg wieczystych w latach 60. i 70.? Wtedy wszystko było państwowe i nikomu nie przychodziło do głowy, że to się może zmienić.

Pomyślał o niezagospodarowanym placu w sercu Polski Maciej M. Odnalazł spadkobierców, już pewnie trzecie pokolenie, w Anglii oraz Francji i za nich przeprowadził niezwykle skomplikowane postępowania spadkowe. Akurat z Wielką Brytanią i Francją Polska miała podpisane umowy indemnizacyjne. Komisja pewnie sprawdzała czy były wypłacane odszkodowania za te nieruchomości. Prawdopodobnie nie, bo nikt też specjalnie się nie interesował kupą gruzu, którą należało uprzątnąć. Owszem, wniosek dekretowy był złożony i opłacony, ale według ustaleń Komisji nie było wtedy w Polsce nikogo, kto mógłby zaświadczyć, że po wojnie posiadał nieruchomość, a w dokumentacji też nie ma śladu, że ktokolwiek z tych, którzy przeżyli, przebywał w tym czasie w Polsce.

Ratusz wydając decyzję o zwrocie działki pod biurowiec nie sprawdził, czy przypadkiem ten teren nie powinien należeć do Skarbu Państwa jako mienie spadkowe wakujące. Nie sprawdził czy prawidłowa była linia dziedziczenia. Nie mówiąc już o przesłance posiadania, której z zasady nie sprawdzał. Nie wzbudził zdziwienia akt notarialny, według którego Maciej M. działając jako pełnomocnik spadkobierców (bez dołączenia pełnomocnictw) sprzedaje działki Maciejowi M., czyli sobie. Nie dość tego. W bonusie Maciej M. otrzymał kawałek Trasy W-Z, która przebiega pod biurowcem. I dziwnym trafem hipoteczni właściciele mieszkań, którzy od Miasta kupili swoje mieszkania po drugiej stronie ulicy Senatorskiej, nie dostali ani kawałka krajowej szosy, a przecież powinno się im też należeć. Zresztą fakt sprzedaży mieszkań nad Trasą był użyty przez Ratusz jako wyjaśnienie konieczności oddania działki handlarzowi roszczeniami.

W tym miejscu przypomnę może budowę tunelu W-Z. On nie był drążony, jak tunele w Alpach. Zdecydowano się na budowę odkrywkową. Cały teren Placu Zamkowego był morzem ruin, które należało uprzątnąć. Wraz z gruzem wywieziono całą ziemię i powstała gigantyczna dziura, w której rozpoczęto budowę drogi krajowej łączącej wschód z zachodem. Nad nią powstała solidna konstrukcja żelbetonowa, na którą nałożono wielkie betonowe bloki i z powrotem nawieziono ziemię. Dopiero wtedy można było przystąpić do odbudowy kawałka Krakowskiego Przedmieścia i Senatorskiej na odcinku od Miodowej do Podwala, na co składał się cały naród, odbudowując swoją stolicę. Ratusz twierdzi, że nie oddawał następcom prawnym przedwojennych właścicieli budynków, lecz tylko grunt. A ja się pytam: jaki grunt? W momencie nacjonalizacji w tym miejscu nie było żadnego gruntu. Beneficjenci decyzji Ratusza mogliby dostać jedynie dziurę w ziemi. Najlepiej wyeksploatowane kamieniołomy.

Fakt, że Ratusz działał wspólnie i w porozumieniu z mafią reprywatyzacyjną, to wiemy nie od wczoraj. To przecież jedna zorganizowana grupa przestępcza. Ale żeby Komisja szła tym samym torem, by tylko ochronić interesy rodziny M.? Uzasadnienie, że w sprawie koszmarnego biurowca zaszły nieodwracalne skutki prawne jest tak samo pokrętne, jak wyjaśnienie Ratusza o konieczności oddania Maciejowi M. kawałka Trasy W-Z. Fakt, że koszmarna bryła stoi i zaburza harmonijną zabudowę Starówki nie oznacza, że musi tam stać do końca świata i jeszcze dzień dłużej. A jeśli już stoi, można ją przejąć na cele społeczne, skoro w procesie reprywatyzacji wszystko było zwykłym oszustwem. Bo co to są nieodwracalne skutki prawne? Posłużę się tu argumentacją pewnej dziennikarki TOK FM, która swego czasu, przy innej reprywatyzacji, wyjaśniała kiedy zachodzą nieodwracalne skutki: kiedy ktoś ukradnie krowę, zrobi z niej befsztyki i je zeżre, wtedy nie ulega wątpliwości, że skutki będą nieodwracalne. W tym przypadku święte krowy nadal się pasą i jak widać, nikt nie zamierza im w tym przeszkadzać.

Tu podaję link do artykułu z czasów, gdy trwała walka z biurowcem panów M.

https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/1,54420,14861939,Wykresla_Starowke_z_listy_UNESCO__Spor_o_biurowiec.html