Księcia Ziemowita

To w tej kamienicy zamęczyli naszą Izę. Niedawno Kuba zamieścił piękne Jej zdjęcie. Taki kolorowy ptak na ubiegłorocznym pikniku lokatorskim. Nie ma już Izy. Teraz na Zimowita 4 wykańczają Grażynę.

W piątek przeżyliśmy deja vie. Wielki pan właściciel mieszkania (apartament o powierzchni 12 metrów) na Księcia Ziemowita 4 zmienił zamek w mieszkaniu wynajmowanym dla pani Grażyny. Piątek. Przed weekendem. W czwartek cały dzień nękał ją telefonami i smsami. Po południu pani Grażyna wylądowała na ostrym dyżurze w szpitalu. Ciśnienie – 290/170. W sercu szmery. Natychmiast dostała nitroglicerynę na uspokojenie akcji serca. Zbili jej to obłędne ciśnienie, wzięła leki przeciwpadaczkowe, nie zgodziła się na pozostanie w szpitalu. Bała się, że pod nieobecność wyrzucą ją z mieszkania. Zgodnie z informacją na piśmie, którą otrzymał nasz adwokat od pełnomocniczki firmy Wilczyński Invest, mieszkanie zostało wynajęte dla pani Grażyny na czas nieokreślony. Tylko zapomniano za nie zapłacić. Pan właściciel twierdzi, że wpłacono mu 1600 zł, podobno zapłacono 2 tysiące, ale pan nie wydał pokwitowania. Prawdopodobnie dochodów z wynajmu mieszkań nie zgłasza do urzędu skarbowego. Normalka w pewnych kręgach.

Przez miesiąc, który pani Grażyna spędziła na Księcia Ziemowita właściciel mieszkania nie ujawnił się. Nie wiadomo było w jaki sposób rozliczać media, komu zgłaszać, że w mikroskopijnej łazience cuchnie szambem, a po klatce schodowej stadami spacerują prusaki. Pełnomocniczka rzekomo działająca w imieniu spółki Wilczyńskich, ulotniła się. Pani Grażyna siedziała w klitce zwanej szumnie mieszkaniem, jak na bombie zegarowej, czekając na wybuch.

Wybuchło w czwartek. Rozmawiałam wielokrotnie z właścicielem apartamentu, prosiłam, żeby nie nękał pani Grażyny, jeśli potrzebuje jakichś informacji, niech dzwoni do mnie. On mi cały czas pieprzył, że kobieta zajmuje lokal bez jakiegokolwiek tytułu prawnego. To fakt, przyznawałam mu rację i tłumaczyłam jak człowiekowi, że padła ofiarą oszustwa, a on przy okazji też jest ofiarą. Zdarza się we współczesnym świecie. Wprawdzie pani Grażyna nie ma tytułu prawnego, ale jest w posiadaniu i w mieszkaniu są jej rzeczy, więc niech nie próbuje pozaprawnych metod. Anka Tatarska zaproponowała zrzutkę, żeby zapłacić za październik i zyskać czas na dalsze ruchy. I pewnie bez problemu uzyskalibyśmy tę kwotę. Poprosiłam pana właściciela ekskluzywnej komórki o czas do środy, tłumaczyłam, że spotykamy się w sądzie z deweloperem, który jest odpowiedzialny za to, że pani Grażyna nie ma gdzie mieszkać.

Wracając ze szpitala pani Grażyna wykupiła leki, jakie jej zapisano. Zostawiła w aptece 800 zł. Zaordynowane w szpitalu medykamenty zaczęły działać, nerwy odpuściły i poczuła się śmiertelnie zmęczona. Poszła wcześnie spać. Rano musiała iść do pracy. Dalej źle się czuła. Kazano jej wcześniej iść do domu, żeby wypoczęła. Wracając z pracy marzyła o prysznicu i ciepłym łóżku. Miała w planie przede wszystkim porządnie się wyspać przez weekend. Pan właściciel już nie dzwonił. Do mnie zresztą też nie.

Nie wiedziałam, że rozmawiając z właścicielem, a potem z jego adwokatem z Bełchatowa i traktując ich jak ludzi, z którymi można dojść do porozumienia, mam do czynienia nie tyle z przedstawicielami homo sapiens, ile z pospolitymi kanaliami. W tym czasie, gdy pani Grażyna była w pracy, ktoś wszedł do domu i wymienił górny zamek. Sytuacja identyczna, jak ta sprzed roku, gdy nie wpuszczono jej do własnego domu. Stała wtedy zmarznięta na ulicy Łochowskiej, bo inny jaśnie pan, który nawet nie jest właścicielem ani jej mieszkania, ani kamienicy (mamy to w wyroku sądowym z maja br) udawał katastrofę budowlaną. Nie pomogła nam ani wzywana policja, ani pogotowie, a pani Grażyna, cierpiąca od 20 lat na powypadkową epilepsję została bez żadnej pomocy instytucjonalnej. Dokumenty, pieniądze, leki i wszystkie rzeczy osobiste zostały w mieszkaniu, do którego do dzisiaj nie miała możliwości wejść. Zresztą mieszkania już nie ma, bo deweloper je zlikwidował. W sądzie toczy się mnóstwo procesów, w tym sprawa o zabór mienia, a także spadkowa, która może się zakończyć tym, że to pani Grażyna uzyska prawo własności całej kamienicy. To bardzo skomplikowana historia, do rozstrzygnięcia wyłącznie na drodze sądowej. Póki co, dzięki kolegom dewelopera z Łochowskiej, kobieta jest dziś bezdomna.

Przedwojenny dom na Księcia Ziemowita został zreprywatyzowany w 2015 r., ale czyszczenie go z żywego inwentarza odbywało się dużo wcześniej. To są takie same metody, jak te stosowane przez duet Mossakowski-Massalski. Znajdują spadkobierców, często lewych, ustanawiają kuratorów i nim jeszcze zapadną decyzje administracyjne włażą z buciorami ludziom do domów z tekstem „wynocha z mojego domu”. Potem u zaprzyjaźnionego notariusza kupują od spadkobierców kamieniczkę za grosze, robią nieodwracalne skutki prawne i są panami całą gębą. Nie pamiętam, kiedy Iza zgłosiła się do Kuby o pomoc. Ona tam mieszkała od urodzenia. Kiedy do kamienicy weszła firma deweloperska Paradox, jej życie zamieniło się w horror. Zamęczyli ją. Ostatni raz widziałyśmy się w zeszłym roku podczas pikniku lokatorskiego na Jazdowie. Już była bardzo chora, ale jeszcze nadrabiała miną. Pochowaliśmy ją w tym roku latem. „Pomagała” jej ta sama osoba, która w sprawie pani Grażyny występuje jako pełnomocniczka dewelopera z Łochowskiej. Przypadek? W reprywatyzacji nie ma przypadków. Gdyby nie szantaż, do którego uciekł się Kuba, Iza umierałaby na ulicy.

Jeszcze nie wiem jakie są powiązania między Łochowską, Ziemowita i dupkiem, który wynajmuje klitki w tandetnie zrewitalizowanej kamienicy. Panowie korzystają do ogłoszeń o swoich inwestycjach z jednej domeny, na której reklamują do wynajęcia i sprzedaży wyłącznie własne „apartamenty”. Pewnie z oszczędności. No i jest osoba pełnomocniczki, która łaziła najpierw za Izą, a od roku za panią Grażyną, doprowadzając obie kobiety do bezdomności i ruiny zdrowotnej Przed nami huk pracy. Ale na pierwszy rzut idą na taśmę prawa własności i prawa pani Grażyny. Nie jest prawdą, co często próbuje nam wmówić policja, że istnieje jakieś święte prawo własności, a właściciel wszystko może. Właściciel bez zgody najemcy, nawet takiego, któremu skończyła się umowa najmu (w tym przypadku rozwiązano umowę pod koniec września, bez wiedzy pani Grażyny) nie ma prawa pod nieobecność użytkownika włazić mu do mieszkania. Nie ma prawa go eksmitować bez komornika, który może działać wyłącznie na podstawie prawomocnego wyroku sądowego, opatrzonego klauzulą wykonalności. Może też na drodze ugody doprowadzić do odzyskania mieszkania, o czym próbowałam go przekonać podczas rozmów w czwartek. Wszelkie inne sposoby pozbycia się niechcianego lokatora są bezprawne. To, co stało się na Ziemowita, to:

  1. Naruszenie miru domowego. Art. 193 k.k.
  2. Zabór mienia, przywłaszczenie. Art. 284 k.k.
  3. Narażenie na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Art. 160 k.k.

Nie ma możliwości wymiany zamka w drzwiach, nie otwierając drzwi i nie wchodząc do środka. Niespodziewane odcięcie osoby chorej, o czym właściciel miał wiedzę, bo go sama informowałam, od lekarstw ratujących życie to skurwysyństwo, przewidziane w kodeksie karnym. Za naruszenie każdego z trzech wymienionych artykułów kodeksu karnego grozi więzienie. Mamy dowody na to, że doszło do ich złamania. Jest protokół policyjny, jest dokumentacja ze szpitala i z pogotowia na Hożej, są świadkowie. Ale to nie koniec sprawy. Prześledzimy całą reprywatyzację Księcia Ziemowita i zgłosimy gdzie trzeba każdą nieprawidłowość.

Od września ubiegłego roku jestem w stałym kontakcie z panią Grażyną i nie mam wątpliwości, że wszystkie te wynajmowane mieszkania, kretyńskie wymogi w wydziale lokalowym, straszenia, nękania, wywoływanie konfliktów między nią a jej dziećmi mają na celu wyeliminowanie jej z procesu spadkowego. Po to dwukrotnie o tej samej porze roku wystawia się ją na ulicę, uniemożliwia dostęp do leków, dokumentów i własnych pieniędzy. Do listy panów życia i śmierci dołączył jeszcze jeden. Właściciel firmy murarskiej i mieszkań w zreprywatyzowanej i wyczyszczonej do cna kamienicy na warszawskim Targówku.