Kto nas tak urządził?

Po artykule o mafii z Ratusza spotkałam się z zarzutem, że błędnie przedstawiam sytuację lokatorów w sądach w związku z przyznanymi odszkodowaniami, bo winna jest Komisja, a nie Ratusz. Ciekawe!

Teoretycznie miało to wyglądać tak:

1. Komisja bada proces reprywatyzacyjny danej kamienicy i wydaje decyzję. Jeśli stwierdzi nieprawidłowości przy zwrocie nieruchomości, a stwierdza je zawsze, unieważnia wcześniejszą decyzję prezydenta m. st. Warszawy.

2. Od momentu ogłoszenia nowej decyzji byli lokatorzy oraz ci, którym udało się przeżyć w swoich domach, mają 30 dni za złożenie wniosków o odszkodowania np. za nadpłacone czynsze, egzekucje komornicze, opłaty sądowe, koszty adwokatów itd. itp., wszystko potwierdzone fakturami i wyciągami bankowymi. Oprócz tego mogą wnioskować o zadośćuczynienia z tytułu zniszczenia mienia podczas uciążliwych remontów, utraty mieszkania, meldunku, choroby wynikłej z wieloletniego stresu. Swoje wnioski składają do Komisji w Aleje Ujazdowskie.

3. Komisja sprawdza zasadność żądań, zazwyczaj tnie bezlitośnie koszty zadośćuczynień i po jednym z posiedzeń niejawnych ogłasza, że w sprawie mieszkańców konkretnej kamienicy wydano decyzje odszkodowawcze. Osoby, którym przyznano świadczenia informowane są za pośrednictwem Poczty Polskiej o przyznaniu odszkodowania z podaniem kwoty, która zdaniem Komisji przysługuje za doznane krzywdy z powodu błędnej decyzji reprywatyzacyjnej i wydania kamienicy niewłaściwym osobom.

4. Decyzja odszkodowawcza wędruje do Ratusza, który ma obowiązek wypłacić pieniądze. Zgodnie z ustawą o Komisji miało być utworzone specjalne konto, na którym powinno znajdować się obecnie ponad 13 mln zł, które wyegzekwowano od nieuczciwych beneficjentów reprywatyzacji (nałożone kary to ok. 95 mln, ale tylko tyle udało się dotychczas ściągnąć). To miały być pieniądze przeznaczone wyłącznie na odszkodowania dla ofiar czyścicieli kamienic. Nikt nie bada co się z tymi pieniędzmi stało. 15 kwietnia tego roku demonstrowaliśmy przed Ratuszem w sprawie odszkodowań i złożyliśmy petycję, w której domagaliśmy się m. in. transparentnych, trójstronnych rozmów o odszkodowaniach z udziałem przedstawicieli Ratusza, Komisji Weryfikacyjnej i działaczy lokatorskich, a także rozliczenia pieniędzy, które miały być przeznaczone na ten cel. Do dzisiaj nie mamy odpowiedzi. To chyba jasny sygnał, że tych pieniędzy po prostu już nie ma.

W praktyce więc wygląda to tak:

Ratusz zamiast wypłacić odszkodowanie, zaskarża decyzję Komisji do sądu. I choć Komisja wydaje decyzję administracyjną, którą powinno się zaskarżać w sądzie administracyjnym, analogicznie, jak zaskarżane są wszystkie inne decyzje, w tym przypadku skarga składana jest do sądu cywilnego. Jak tłumaczyła mi sędzia po rozprawie pani Teresy z Marszałkowskiej, Komisja w procesie cywilnym nie może być stroną, bo ma w niej status prokuratora. De facto Ratusz nie tyle zaskarża w tym przypadku decyzję, ile oskarża lokatorów o próbę wyłudzenia odszkodowania. Robi to tak sprytnie, że nie pozywa lokatorów, tylko domaga się od sądu ustalenia czy zasadne jest odszkodowanie. W ten sposób wniosek przekształca się w pozew, a wnioskodawca staje się powodem w sprawie, zaś Ratusz, który domaga się sądowego rozstrzygnięcia konfliktu interesów, występuje w roli biednego pozwanego.

To wszystko jest chore! Ratusz udaje, że broni budżetu miasta, czyli pieniędzy podatników, mimo że odszkodowania miały być wypłacane z odrębnej puli. Komisja udaje, że broni interesów lokatorów, występuje o zwolnienie z kosztów procesowych (właśnie dlatego Ratusz zrobił z wnioskodawcy powoda, żeby go znowu narazić na koszty, bo za pozew płaci powód) oraz o ustanowienie pełnomocnika z urzędu. Przysyła na rozprawy ekspertów z Departamentu Administracyjnego, który obsługuje Komisję, Ratusz wnioskuje o wyłączenie ich z procesu, sąd częściowo ich wyłącza, a pozostała część zachowuje bierną postawę. I tak lokatorzy, którzy latami ciągani byli po sądach, znowu są pod pręgierzem i muszą udowadniać, że nie są wielbłądami.

Komisja w starciu z mafią reprywatyzacyjną jest jak bezradne dziecko. To widać, kiedy się patrzy na skuteczność działań Komisji w zdewastowanych pustostanach na Poznańskiej i Nowogrodzkiej, których miasto nie chce przejąć, widać po samowoli rodziny Wierzbickich, która pokazuje fucka Komisji i dalej bezkarnie napada na mieszkańców Lutosławskiego, a na dodatek Wojewódzki Sąd Administracyjny jeszcze potwierdza ich święte prawo własności. Jak wyjaśniał mi niedawno kolega, władza nie jest tam gdzie rząd, premier, prezydent, sejm i senat, bo rządzą ci, którzy mają kasę. Smutne to, ale chyba prawdziwe, sądząc choćby po orzecznictwie WSA. Czy jest zatem sens narażać się na wściekłe ataki pełnomocników miasta, którzy włażą z buciorami w prywatne życie lokatorów? Otóż JEST!

Godna podziwu jest stoicka postawa mieszkanek Marszałkowskiej 43, które jako pierwsze wpadły w tryby maszyny sądowniczej. Wiele osób na wiadomość, że sprawa odszkodowań ma trafić do sądu, wycofało swoje wnioski. Nie chcą się tłumaczyć, wyjaśniać, spotykać z panią Smolagą czy innymi beneficjentami decyzji Ratusza, którzy udowadniają teraz, że mają interes prawny i bezczelnie wpychają się jako uczestnicy tych procesów. Uważam, że walczyć trzeba do końca, choć rozumiem postawę tych, którzy mają dość. Dla osób, które mimo wszystkich przeciwności decydują się na proces sądowy mam dwie propozycje:

Po pierwsze – z każdej kolejnej rozprawy powinniśmy robić wydarzenie. Oczywiście za zgodą osoby, której sprawa dotyczy. Na ostatniej, u pani Teresy, na ławkach dla publiczności była tylko trójka lokatorów i dwóch młodych, niezidentyfikowanych mężczyzn, być może aplikantów lub znajomych pani Smolagi. Powinniśmy przychodzić na te rozprawy gromadnie! To nie jest tylko sprawa pani Teresy; ona dotyczy nas wszystkich zreprywatyzowanych przez Ratusz, który teraz udaje, że nic się nie stało. Nie zostawiajmy sam na sam pionierów walki o minimalną sprawiedliwość za zamkniętymi drzwiami sądu, z wrogami i sędzią, która zezwala na upokarzanie „powodów”. Niech przeciwnicy czują nasz oddech na plecach, a sąd przyjmie do wiadomości, że pilnujemy. Kto może, niech przychodzi na rozprawy. Niech media też nam towarzyszą, a sami również dzielmy się swoimi spostrzeżeniami choćby na facebooku.

Po drugie – zgłaszajcie swoje sprawy sądowe do Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów im. Jolanty Brzeskiej lub bezpośrednio do mnie. Chętnie przystąpimy do rozprawy ze swoją opinią. Niezrozumiałe jest dlaczego ani pełnomocnik powódki, ani Departament Administracyjny, nikt nie podniósł problemu art. 678 kodeksu cywilnego. Pani Katarzyna Smolaga nigdy nie była stroną umowy najmu z żadnym lokatorem Marszałkowskiej 43. Nie miała żadnego prawa, by podnosić czynsze lub wypowiadać umowy, których nie była stroną. A podnosiła i wypowiadała, bo Ratusz wprowadził wszystkich w błąd, twierdząc, że zbył nieruchomość. Było już kilka wyroków Naczelnego Sądu Administracyjnego w tej sprawie, a ostatni zapadł 4 kwietnia tego roku (sygn. akt II FSK 1420/17). Art. 678 kc ma zastosowanie tylko w przypadku zbycia nieruchomości. Wtedy umowy najmu przechodzą ze zbywcy na nabywcę. Podczas reprywatyzacji nie było czynności zbycia, więc nic nie przeszło, a pani Smolaga przejęła kamienicę z dobrodziejstwem inwentarza, który miała obowiązek szanować. To powinno wyraźnie zabrzmieć na salach sądowych podczas rozpraw o odszkodowania. WSL ma w tej materii doświadczenie i uczestniczy w kilku procesach o eksmisje. Chętnie służymy pomocą.

Art. 678. KC Zbycie przedmiotu najmu § 1. W razie zbycia rzeczy najętej w czasie trwania najmu nabywca wstępuje w stosunek najmu na miejsce zbywcy; może jednak wypowiedzieć najem z zachowaniem ustawowych terminów wypowiedzenia.Kodeks Cywilny
Na temat art. 678 kc napisałam dwa teksty. Tu są do nich linki: