Kuratorzy trupów wygrywają w sądzie

Za ujawnianie prawdy można trafić do więzienia – 13 grudnia orzekł Sąd Okręgowy w Warszawie i uczynił z Jana Śpiewaka, socjologa i aktywisty miejskiego, pospolitym kryminalistą. Potajemnie, bez ujawniania uzasadnienia.

Sądowi coś się ewidentnie pomieszało. Z tych dwojga osób, które w sądzie karnym toczyło spór, na ławie oskarżonych kto inny powinien zasiąść, a działacz społeczny, który ujawnił przekręt reprywatyzacyjny, mógłby występować w charakterze oskarżyciela posiłkowego. Bo na czym polegało przestępstwo Jana Śpiewaka? Na ujawnieniu, że reprywatyzacja kamienicy na warszawskiej Ochocie przy ul. Joteyki 13 była fikcją. Że grupa adwokatów przejęła nieruchomość bezprawnie, bez przeprowadzenia procedury reprywatyzacyjnej. Że na podstawie kuriozalnego rozporządzenia Hanny Gronkiewicz Waltz 1777/2008 (obecnie wycofanego z obiegu prawnego) oddawano nieruchomości w tak zwany zarząd tak zwanym następcom prawnym przedwojennych właścicieli. Wszystko odbywało się z rażącym naruszeniem nie tylko prawa, ale i elementarnej przyzwoitości. W powodu kuriozalnych podwyżek czynszów i wpędzania w spiralę zadłużenia wieloletnich mieszkańców cztery osoby przedwcześnie zmarły, inni stali się inwalidami, niezdolnymi do pracy i pacjentami poradni zdrowia psychicznego. To w ich obronie występował Jan Śpiewak. Przy okazji nadepnął na odcisk pani mecenas Bogumile Górnikowskiej, która jest córką byłego ministra sprawiedliwości, a w tej sprawie występowała jako kurator nieboszczyka tak gorliwie, że przekroczyła zwykły zarząd. Zresztą, co ja będę opowiadała o kamienicy na Joteyki, gdzie mieszkali dziadkowie Janka, a on jako dziecko bywał tam częstym gościem i potrafi opowiadać o reprywatyzacji jak mało kto. Oto głos skazańca, uznanego za winnego w prawomocnym wyroku, wydanym pamiętnego dnia 13 grudnia, Jana Śpiewaka:

„Moi krytycy uważają, że sam sobie zasłużyłem na tak surową karę i uczynienie mnie przestępcą. Wczoraj pojawiło się wiele nieprawdziwych informacji na mój temat. Chciałbym w jednym poście – w jak największym możliwym skrócie – wyjaśnić o co chodziło w aferze z nielegalną reprywatyzacją kamienicy na warszawskiej Ochocie przy ulicy Joteyki 13, przy której brała udział córka ministra Ćwiąkalskiego.

Podsumujmy więc podstawowe fakty:

– Kamienica na Joteyki była wybudowana prawie w całości po wojnie z publicznych środków. Piękna kamienica na Starej Ochocie stanowiła pokaźny majątek. Krakowska kancelaria reprezentowała połowę rzekomych spadkobierców nieruchomości. W Warszawie jednak, żeby zreprywatyzować kamienicę, trzeba było reprezentować wszystkich spadkobierców. Krakowski adwokat mecenas Porwisz potrzebował drugiej połowy, której przedwojennym właścicielem był niejaki Aleksander Piekarski. W tym celu poprosił córkę ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego o pełnienie funkcji kuratora osoby nieznanej z miejsca pobytu. Bogumiła Górnikowska zgodziła się na objęcie tej funkcji. Znała tylko jego imię i nazwisko i stary adres zamieszkania, a nie znała jego daty urodzin. Wynika to z samym zeznań oskarżonej, zeznań Zbigniewa Ćwiąkalskiego i wynajętego później archiwisty, który ustalił, że Piekarski nie żyje w trzy miesiące, co nie udało się pani mecenas wcześniej, przez ponad dwa lata. W świetle orzecznictwa Sądu Najwyższego Bogumiła Górnikowska-Ćwiąkalska nie znała tożsamości Aleksandra Piekarskiego. Jak zeznał archiwista samych Aleksandrów Piekarskich w Warszawie mogło być stu.

– Porwisz złożył odpowiedni wnioski do sądu w Radomiu, który dwukrotnie odmówił ustalenia kurateli zważywszy na to, że pełnomocnicy nie wiedzieli kim tak naprawdę był Aleksander Piekarski. Porwisz złożył odwołania i udało mu się taką kuratelę uzyskać. Oznaczało to, że Sąd w Radomiu złamał przepisy ustanawiając kuratelę dla nieznanego z tożsamości Aleksandra Piekarskiego. Pomimo tego zakres tej kurateli był jasno określony przez sąd. Górnikowska-Ćwiąkalska mogła uczestniczyć jedynie w postepowaniu o unieważnienie decyzji nacjonalizacyjnej wydanej w PRL-u. Następnie dwa lata później sąd w Radomiu ustalił drugą kuratelę dla wydania decyzji o użytkowaniu wieczystym – czyli tak zwanej decyzji reprywatyzacyjnej, którą wydawał warszawski ratusz. Zakres kurateli też był jasny – ma prawo reprezentować Piekarskiego w wydaniu decyzji administracyjnej jaką jest wydanie decyzji o użytkowaniu wieczystym.

– Na mocy specjalnego zarządzenia Hanny Gronkiewicz-Waltz kamienica bez wydania decyzji reprywatyzacyjnej i bez aktu notarialnego (!) została przekazana w ręce pełnomocników rzekomych spadkobierców. Dzieje się tak jedynie na podstawie protokołu przejęcia nieruchomości, który podpisała córka ministra Ćwiąkalskiego (poprzez pełnomocnika). Zaczęli oni czyścić nieruchomość poprzez podwyżki czynszów. Dostali też idące w miliony złotych odszkodowania za mieszkania, które wykupili lokatorzy. Tymczasem decyzja reprywatyzacyjna nigdy nie została wydana.

– W 2010 roku pod naciskiem lokatorów mecenas Porwisz wynajął archiwistę, który ustalił, że Aleksander Piekarski od pół wieku nie żyje. Zajęło mu to raptem trzy miesiące. Ćwiąkalska mimo tej wiedzy dalej pełni funkcję kuratora i uczestniczy poprzez pełnomocnika w zebraniach wspólnoty mieszkaniowej. Dopiero rok po wynajęciu archiwisty mecenas Porwisz, a nie sama Ćwiąkalska, złożył do sądu wniosek o zniesienie kurateli.

– Wreszcie w 2017 roku kończy się gehenna lokatorów. W tym czasie doszło do 4 przedwczesnych zgonów, postępowań komorniczych i spirali długów wsrod lokatorow. Naczelny Sąd Administracyjny unieważnił pierwotną decyzję o unieważnieniu decyzji nacjonalizacyjnej i tym samym odebrał jakiekolwiek prawne podstawy tej robionej na lipę reprywatyzacji. Kamienica od tego czasu wróciła do zasobu miasta. Miałem w tym swój mały udział.

Reasumując:

Pani mecenas zgodziła się na objęcie funkcji kuratora mimo, że znała wówczas tylko imię, nazwisko i ostatni adres zamieszkania Piekarskiego, a zatem – co przyznano wielokrotnie w akcie oskarżenia, zeznaniach świadków oraz udzielanych wywiadach – nie znała jego tożsamości. Jako profesjonalista miała jednak obowiązek wiedzieć, że kuratora absentis nie można powoływać dla osób niezidentyfikowanych (wynikało i wynika to jasno z przepisów, orzecznictwa Sądu Najwyższego i poglądów nauki prawa) i po prostu odmówić. W polskim systemie prawa nie ma bowiem instytucji kuratora dla osób nie znanych co do tożsamości.

Nie zrobiła tego jednak, a Sąd Okręgowy w Radomiu, wbrew stanowiskom innych sądów, mógł ją dzięki temu ustanowić kuratorem nieżyjącego już wówczas (od kilku dekad!) spadkobiercy. Co istotne, udzielona jej w ten sposób kuratela była jednak dość wąska i obejmowała uprawnienie tylko i wyłącznie do działania w toku postępowań administracyjnych dotyczących Joteyki 13. Treść postanowienia o udzieleniu kurateli jest bowiem dla kuratora wiążąca. Kurator ustanowiony dla określonego postępowania administracyjnego (a więc na podstawie art. 184 KRiO w związku z art. 34 KPA), nie może zatem działać poza jego zakresem i dokonywać czynności innych niż procesowe (dokładnie zresztą tak, jak ktoś kto dostał pełnomocnictwo do występowania przed sądem nie może na jego podstawie kupić samochodu).

Tymczasem córka ministra Ćwiąkalskiego, działając poza zakresem i bez jakiegokolwiek umocowania w przyznanej kurateli, za pośrednictwem swoich pełnomocników (mecenasa Porwisza lub pracowników jego kancelarii): przejęła nieruchomość od miasta, występowała na zebraniach mieszkańców budynku i doprowadziła do podwyższenia czynszów. To wszystko mimo nakazu szczególnej staranności wynikających zwłaszcza z zasad wykonywania zawodu adwokata. Ćwiąkalska po zdobyciu informacji, że Piekarski nie żyje dalej pełniła funkcję kuratora i dopiero drugi z pełnomocników rzekomych spadkobierców po roku od odkryciu tego faktu wniósł wniosek o zniesienie kurateli.”