Lokator w hipotece

Ciągle słyszeliśmy, że nie jesteśmy stroną w sprawie, że nie mamy interesu prawnego. Kiedy zapadała decyzja o zwrocie kamienicy, była ona ściśle tajna, łamana przez poufne, dostępna tylko dla beneficjentów decyzji i współwłaścicieli, czyli tych, którym udało się za psi grosz kupić roszczenia lub wykupić swoje mieszkania. Lokator komunalny, którego przyszły los zależał od tej decyzji nie był stroną w sprawie i nie miał prawa wglądu do dokumentu. Podobnie było ze starymi hipotekami, archiwami i dokumentacją gromadzoną w urzędach, gdzie odmawiano nam dostępu do akt. Stroną stawaliśmy się dopiero w sądzie, kiedy trzeba było oszustom płacić haracze. Nawet przed Komisją Patryka Jakiego, która tak się pochyla nad losem zmaltretowanych lokatorów, nie przyznano nam statusu strony.

Oszuści, którzy za 300 zł kupowali roszczenia do kamienic wartych miliony przysyłają do Komisji swoich pełnomocników, a ci fotografują strona po stronie wszystko, co Komisja zgromadziła w sprawie. Ich ofiary nie są nawet pokrzywdzeni, bo wtedy mieliby jednak status strony i możliwość wglądu do dokumentów.

Nasze umowy najmu były dożywotnie. Mało tego – bardzo długo były dziedziczne. Po śmierci rodziców pełnoletnie dzieci mieszkające, albo tylko zameldowane w takim lokalu, niemal automatycznie wstępowały w najem w miejsce głównego najemcy, czyli zmarłego rodzica. Wystarczyło wypełnić w urzędzie kilka druków i można było spokojnie mieszkać. Czysta formalność. Dopiero amok reprywatyzacyjny sprawił, że ludzi, którzy urodzili się w tych domach i spędzili w nich po kilkadziesiąt lat pogoniono do sądów, by one rozstrzygały, czy umowa najmu należy im się, czy nie. Najpierw co do zasady orzekano, że się należy, a z biegiem lat coraz częściej sądy uznawały, że jednak nie, że mieszkanie bardziej należy się Markowi M. czy Marzenie K.

Dożywotnej umowy najmu lokalu nie należy mylić z dożywociem wpisywanym do ksiąg wieczystych. Dożywocie to forma zabezpieczenia interesów pierwotnego właściciela, który notarialnym aktem darowizny przekazuje komuś swoją nieruchomość w zamian za opiekę i możliwość mieszkania w niej do końca swych dni. Lokatorzy nigdy nie byli właścicielami swoich mieszkań, ale też mieli gwarantowane prawo dożywotniego mieszkania pod warunkiem regularnego uiszczania czynszu i przestrzegania podstawowych norm współżycia społecznego. Mieliśmy prawo czuć się w tych mieszkaniach jak we własnych domach. I to się skończyło wraz z początkiem reprywatyzacji. Odebrano nam poczucie bezpieczeństwa i skazano na ciągły niepokój o dach nad głową, a naszych umów nie wpisano do hipotek.

Mimo że 15 września 2010 r. byłam eksmitowana i od tej pory nie mieszkam już w Warszawie, uważam, że moja umowa najmu, jaką w 1989 r. zawarłam z gminą Warszawa Mokotów na mocy prawomocnego wyroku sądowego nadal jest ważna, tyle że Miasto się z niej nie wywiązuje. Nigdy nie rozwiązałam tej umowy, a Miasto też nie znalazło podstawy prawnej, by ją wypowiedzieć. Powoływanie się na art. 678 kc było nieporozumieniem, co w 2009 r. próbował przed sądami dwóch instancji udowodnić Oskar Hejka, a czego wreszcie dowiodła Komisja Patryka Jakiego. Moja umowa nadal obowiązuje i nie odstąpię od tego stanowiska! Do art. 678 jeszcze wrócę, bo on wymaga szerszego omówienia.

Oddając nasze domy podejrzanym „następcom prawnym” Miasto całkowicie umyło ręce, wręcz dało przyzwolenie różnym Markom M., Mirosławom B., czy Robertom N. do stosowania bandyckich metod przy opróżnianiu budynków z niepotrzebnych sprzętów. Tak. Potraktowano nas przedmiotowo. Kiedyś porównałam siebie do starej, zużytej kuchenki gazowej, którą wystawiało się do utylizacji na ulicę, obok kontenerów na śmiecie. Dziś chyba tak już nie wolno. Tzn. kuchenek nie wolno wystawiać obok śmietników i grożą za to kary administracyjne, ale ludzi w dalszym ciągu można bezkarnie wystawić na ulicę, z czym zetknęłam się ostatnio na Francuskiej 45 i Poznańskiej 12. Obie dzikie eksmisje odbyły się bez komorników, bez wyroków sądowych. Lokatora z Francuskiej pogotowie zabrało do szpitala spod drzwi, za którymi się urodził, lecz nowy „właściciel” go nie wpuścił do domu. Zmienił zamki w drzwiach, a on nie mając gdzie się podziać koczował kilka miesięcy na klatce schodowej, brudny, głodny, wyziębiony. Zmarł w szpitalu na Grenadierów. Chyba nie miał jeszcze 40 lat.

Zastanawiam się, czy tak łatwo byłoby wyrzucać ludzi z mieszkań, gdyby bezterminowe umowy najmu, podobnie jak dożywocia, były wpisywane do ksiąg wieczystych. W końcu to niezły ból głowy taki lokator, którego przejęło się jako żywy inwentarz.

Byłoby uczciwie, gdyby urzędnicy przed wydaniem nieruchomości beneficjentom decyzji reprywatyzacyjnej dopełnili tej formalności – wyjaśnia mi radca prawny Adam Kuczyński, nasz doradca w Warszawskim Stowarzyszeniu Lokatorów im. Jolanty Brzeskiej.

A mieli taki obowiązek? – pytam.

Moralny, jak najbardziej. Prawnego, niestety nie. Ale to ważny zapis przy dalszym obrocie takimi nieruchomościami. Nikt nie mógłby powiedzieć, że kupił mieszkanie na wolnym rynku i nie wiedział, że mieszkają w nim jacyś ludzie.

Mieszkania niegdyś komunalne, które przeszły w prywatne ręce, nie służą dzisiaj do mieszkania, tylko do spekulacji; są wielokrotnie sprzedawane, czasem uczciwie, a częściej tylko po to, żeby zaszły nieodwracalne skutki prawne. Ale czy tylko urzędnicy mogą dokonać takiego wpisu? Okazuje się, że nie. Wiele lat temu w Krakowie walczące o swoje mieszkania Małgorzata Witkowska oraz Danuta Michalewska Karchut (architekt, która zmarła na reprywatyzację) same wpisały swoje umowy do hipotek, a potem pomogły jeszcze kilku innym osobom wypełniać wnioski. Nie było większych problemów w sądzie wieczystoksięgowym. I chociaż nie wszystkim udało się zostać w swoich mieszkaniach, to zapis w księdze wieczystej pozostał.

Kiedy dwa tygodnie temu Barbara Jankowska dowiedziała się, że rok temu została sprzedana na licytacji komorniczej, zadzwoniła do Gosi Witkowskiej z pytaniami, co robić dalej. Pierwszy pomysł, jaki miała Gosia, to wpis do hipoteki. Nawet jeśli z litery prawa taki wpis w niczym Basi nie pomoże, to z pewnością wprowadzi niepokój u nowego właściciela. Basi kolejni „właściciele” nie szczędzą jej emocji (przeczytaj tekst „Metoda na wnuczka, metoda na obligacje” w zakładce Artykuły). Wypełniła więc wniosek i zawiozła w Al. Solidarności. Został przyjęty po dokonaniu opłaty 60 zł bez żadnego problemu. Teraz ma czekać do pięciu miesięcy na stanowisko sądu.

Uważam, że wszyscy, którym udało się przetrwać w zreprywatyzowanych kamienicach powinni zrobić to samo. Na wszelki wypadek. Żeby tak zwani właściciele nie mieli tak łatwo, żeby zaznaczyć, że jesteśmy, żyjemy i nie utraciliśmy praw obywatelskich, że chociaż w rozumieniu naszego dziwacznego prawa „nie mamy interesu prawnego” i „nie jesteśmy stroną” to trzeba się z nami liczyć.

Druki z wnioskiem można pobrać z internetu:

https://bip.ms.gov.pl/Data/Files/_public/bip/kw/formularze/1/kw-wpis.pdf

To tylko 3 strony w pdf, które należy wypełnić, dodać jako załącznik swoją umowę najmu, w kasie sądowej w Al. Solidarności zapłacić 60 zł i złożyć w okienku kwitek wraz z wnioskiem i umową, a potem czekać. Bardzo jestem ciekawa jak sąd je rozpatrzy. Dobrze by było, żeby tych wniosków było kilkaset, kilka tysięcy, tyle, ile mieszkań zreprywatyzowano. Takie pospolite ruszenie daje efekty.