Luiza i Amelka

W środę odbędzie się kolejna rozprawa sądowa przeciwko czyścicielowi, który wystawił z rodzinnego domu Luizę. Ona była wtedy w zaawansowanej ciąży. Od czterech lat czeka na sprawiedliwe osądzenia bezwzględnego drania.

Blisko dwa tygodnie temu siedzieliśmy przed salą sądową wydziału karnego śródmiejskiego sądu rejonowego. Obok dwóch policjantów w pełnym rynsztunku. Pytam Luizę, czy panowie przypadkiem nie przyszli po nią, bo w jej sprawie można się wszystkiego spodziewać. Luiza wprawdzie występuje w procesie jako pokrzywdzona i oskarżyciel posiłkowy, ale prokurator, który skierował sprawę do sądu, od początku, czyli od czterech lat, ani razu nie pojawił się na sali rozpraw, chociaż odbywały się one w sądach już dwóch instancji. Oskarżony też pojawia się z rzadka. Wtedy też go nie przybył, ale usprawiedliwił się, przysyłając maila.

Pytamy panów policjantów do jakiej sprawy zostali wezwani, ale oni nie wiedzą. Jeden żali się, że w lutym już dziesiąty raz jest wzywany jako świadek, ale nigdy nie wie czego sprawa dotyczy. Zaczynamy ich naprowadzać, że Włochy, że ulica Potrzebna. Nic im to nie mówi. Pytamy czy nie rozpoznają Luizy. Nie, nie rozpoznają. Luiza wtrąca, że też ich nie rozpoznaje. Za drzwiami słychać inną rozprawę, a my czekamy. Jeszcze bitą godzinę. Mieliśmy dużo czasu na wspominki, analizowanie naszych skomplikowanych doświadczeń i wyciąganie wniosków.

– Zarobił na mnie drań 100 tysięcy złotych – mówi Luiza – Taka była różnica między ceną kupna i sprzedaży mieszkania…

Luiza mieszkała w kamienicy na Potrzebnej we Włochach całe życie. To peryferyjna dzielnica Warszawy, która niedawno stała się słynna dzięki burmistrzowi, któremu na oczach agentów CBA przez uchylone okno w służbowej skodzie wpadła paczka, a w niej było 200 tys. zł. Czy poprzedni burmistrze też mieli w zwyczaju jeździć z uchylonymi okami i też im wpadały podejrzane paczki? Niewykluczone, zważywszy na aktywność deweloperów w tej do niedawna spokojnej, zielonej sypiali stolicy.

Kiedy Luiza się urodziła, jej tata posadził przed domem wiśnię i tak sobie razem rosły. Wiśnia szybciej. Późną jesienią przy otwartym oknie owoce same wchodziły do kuchni Luizy na drugim piętrze. Nie musiała wychodzić z domu, żeby najeść się do syta, świeżymi, słodko kwaśnymi, soczystymi owocami. Kochała to mieszkanie i kochała swoją wiśnię. Aż tu nagle okazało się, że dom zmienił właściciela. I zaraz przyszedł facet i wyrwał z korzeniami jej drzewo. Młody biznesmen z Krakowa zreprywatyzował kamienicę i przejął nie tylko mieszkanie Luizy, ale i jej drzewo.

„I jak ten chuj wyrwał mi to drzewo, moją wiśnię… to ja wtedy zrozumiałam, o co ja tutaj walczę – cytował Luizę Filip Springer w książce „13 pięter”. – Że to nie jest walka o mieszkanie komunalne ani o wysokość czynszu. Nie. Oni nas tu kupili. W pierwszej umowie, jaką podpisali, było, że całą kamienicę kupili za czterysta sześćdziesiąt tysięcy złotych. Tę kwotę można podzielić przez liczbę mieszkańców i wyjdzie wartość człowieka w złotówkach…”

Kiedy rozmawiałyśmy z Filipem Springerem podczas konferencji Komitetu Obrony Praw Lokatorów w Związku Metalowców na Długiej, byłyśmy zaledwie na etapie preludium w naszych zmaganiach z kamienicznikami nowej generacji. Ja byłam wprawdzie już po eksmisji na bruk, ale jeszcze przed licytacjami mojego leśnego domku. Luiza nadal mieszkała we Włochach i nawet nie wiedziała, że po raz drugi ją przehandlowano. Bezrobotny biznesmen z Wrocławia okazyjnie, za 100 tys. zł, kupił Luizę wraz z mieszkaniem od biznesmena z Krakowa.

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy mieszkanie było już obwieszone aniołkami, gwiazdkami, gałązkami ostrokrzewu, kolorowymi łańcuchami i bombkami, bo Luiza uwielbia celebrowanie świąt, odwiedził ją obcy facet i zapowiedział, że zostaje, bo to jego mieszkanie. Zrobiła się awantura, na odsiecz rzucili się sąsiedzi. Przyjechała policja, spisała protokół, ale nie wiedziała jak nieproszonego gościa wyprowadzić z mieszkania. Wszak to właściciel! W końcu po wielu godzinach facet dał się przekonać, że Luiza nie wpuści go do swojego łóżka, a drugiego nie ma. Poszedł sobie, ale nie na długo.

To było pierwsze z najść. Grudzień 2015 r. Potem jeszcze wiele razy nachodził Luizę, a sąsiedzi, którzy znali ją od dziecka spieszyli z odsieczą. Na ich oczach jaśnie pan właściciel jak pyrgnął Luizą, która była wtedy w zaawansowanej ciąży, to wylądowała na lodówce. Mówili o tym w sądzie. Pani sędzia miała pełne spektrum działań pospolitego czyściciela. Wiedziała, że kiedyś wrócił z hydraulikiem, żeby zakręcić wodę w swoim mieszkaniu. Skoro nie mieszkał, nie była mu potrzebna. Luiza z wielkim, ciążowym brzuchem taszczyła w baniakach oligocenkę, a pranie robiła u sąsiadów, ale nie poddawała się. Toteż przy następnej wizycie pan właściciel przyprowadził ślusarza, któremu nakazał wymontować zamki i wstawić nowe. Luiza po powrocie z pracy nie weszła już do domu. Znowu policja (chyba ci dwaj, którzy siedzieli obok nas na sądowym korytarzu, czekając na rozprawę), znowu argumenty, że „właściciel wszystko może”. Za zamkniętymi drzwiami został cały dorobek życia, w tym świeżo zakupiona wyprawka dla noworodka.

Nerwy bez przerwy. I bezsilność wobec przemocy i wobec bezprawia, które właśnie ją dotknęły. I strach, bo gdzie mają się podziać, ona i dziecko? I rzyganie. To nerwy sprawiły, że od połowy ciąży każdy posiłek lądował w sedesie. Do tego doszły kolejne komplikacje – miesiąc przed terminem porodu zaczęły odchodzić wody płodowe. Luiza leżała na patologii ciąży, szprycowana lekami, żeby dotrwać do szczęśliwego rozwiązania, bo porody w ósmym miesiącu ciąży są najgroźniejsze. A i tak Melka ważyła ledwie 2400 g w momencie narodzin. Jakby była wcześniakiem. To cud, że obie przeżyły.

Sprawa karna przeciwko czyścicielowi, który bezprawnie pozbawił dachu nad głową ciężarną kobietę oraz doprowadził do sytuacji zagrożenia życia dziecka i matki trafiła do sądu, gdy Luiza z Amelką opuszczały szpital. Znalazły schronienie u rodziny na pomorskiej wsi, 500 km od domu. Po pół roku jednak, kiedy mamie skończył się urlop macierzyński, musiały wrócić do stolicy, bo żeby utrzymać siebie i dziecko, Luiza musiała wrócić do pracy. Koczowały to tu, to tam, a w międzyczasie ich prześladowca pisał do sądu: „Wnoszę o przymusowe badanie psychiatryczne Luizy (…), gdyż tylko kobieta nienormalna może zaciążyć się nie mając pracy, męża i dachu nad głową… Wnoszę też o odebranie jej praw rodzicielskich i umieszczenie córki w domu dziecka…” Jednym słowem zaciążyła się złośliwie, żeby pokrzyżować mu plany biznesowe i za to powinna zostać ukarana.

Sprawa ciągnie się już czwarty rok. W pierwszym wyroku bezwzględny czyściciel został skazany na karę… 1500 zł grzywny. Podczas apelacji stwierdzono jednak, że sprawa nie została prawidłowo rozpoznana i nakazano wznowienie postępowania w pierwszej instancji i uzupełnienie materiału dowodowego. W ramach tego uzupełnienia przesłuchiwani są policjanci, którzy cztery lata temu przyjeżdżali na interwencje do Luizy, a dziś nic nie pamiętają. Oczywiście, że nie mogą pamiętać. Przez ostatnie cztery lata musieli mieć kilka tysięcy różnych interwencji, a te niczym szczególnym się nie wyróżniały od innych. Gdyby pamiętali i obrazowo przedstawiali całe zajście, to by oznaczało, że są w zmowie z jedną ze stron.

Jutro w Sądzie Rejonowym dla Warszawy Śródmieścia kolejna rozprawa. Na poprzednią nie dotarł jeszcze jeden wzywany policjant, który zapewne też nie będzie nic pamiętał, ale pani sędzia wykaże się skrupulatnością. Czy utrzyma swój wyrok sprzed roku? Wiele wskazuje na to, że niestety, tak. Czyściciele kamienic nadal czują się bezkarni, a sądy w dalszym ciągu nie widzą jak groźne są czyny, które zostały udowodnione w sprawie Luizy.

Sala 105, wejście od Marszałkowskiej. Godzina 10. Solidarność naszą bronią. Bądźmy solidarni z Luizą.