Morderstwo z kradzieżą w tle

Artykuł mocno skrócony ukazał się w tygodniku „Przegląd” w marcu 2012 r. To jest jego pełna wersja.

Woda i ogień

Wysoki i Niezawisły Sąd, zobowiązany do wnikliwego zbadania każdej sprawy, potrzebował ośmiu posiedzeń i ponad dwóch lat, by stwierdzić, że Jolancie Brzeskiej należy się wprawdzie zwrot 1200 zł z 1445 i 11 gr, jakie nadpłaciła w formie zaliczek na poczet opłat za zużyte media w 2006 roku, ale figę zobaczy. W majestacie prawa sąd zmusił ją dodatkowo do zwrotu kosztów instancji odwoławczej na rzecz złodzieja, który przywłaszczył sobie równowartość jej miesięcznej emerytury.

Po sześćdziesięciu latach mieszkania w tym samym domu w pewne sobotnie popołudnie 2006 roku, podczas rodzinnego obiadu do mieszkania państwa Brzeskich targnął tłum obcych ludzi. Radośnie oświadczyli, że właśnie odzyskali nieruchomość. Brzescy kończyli jeść zupę. Gościnna zazwyczaj Jola, nie podzieliła się z nimi miską strawy. Nie zaproponowała nawet herbaty. Jakby przeczuwała kłopoty. Oszołomiona, patrzyła jak obcy myszkują po jej kątach i bawią się we wspominki z dzieciństwa. Nikt z nich nie zbliżał się jeszcze do emerytury, więc nie mogli mieć wspomnień z tego mieszkania. Tylko jeden, brzuchaty, nic nie wspominał. Rozparty w fotelu w salonie, wgapiał się łakomie w talerze z zupą.

Potem spotykali się w sądzie. Gdzieś znikł tłum spadkobierców, a jako jedyny właściciel mieszkania Brzeskich ostał się ten brzuchaty z wiecznie głodnym spojrzeniem. Jak wynikało z akt sprawy, Marek Mossakowski. Wytoczył im proces o eksmisję oraz o bezumowne zajmowanie lokalu i udowodnił, że przez 60 lat Jola okupowała jego mieszkanie bezprawnie. Dalibóg, w wieku czterech lat, kiedy wprowadzała się do tego domu z rodzicami i dziadkami, nie miała mocy decyzyjnej w sprawie miejsca zamieszkania. A Mossakowski nie mógł być właścicielem, bo nie było go jeszcze na świecie. Sprawa o eksmisję do dziś nie znalazła finału. W czerwcu była kolejna rozprawa. Już bez Joli. We wrześniu nastąpi ciąg dalszy.

Pod koniec 2007 roku Brzescy byłi zmuszeni złożyć w sądzie pozew o zwrot nadpłaty za media, bo po raz pierwszy nie otrzymali żadnego rozliczenia. W mieszkaniu mieli zamontowane liczniki poboru wody. Z obliczeń wynikało, że między zaliczkami, jakie wnieśli tytułem opłat dla zakładu wodociągów, a kosztem faktycznego zużycia powstała różnica ponad 1200 zł. Nowy właściciel, mimo obowiązku przedstawienia im rozliczeń do 30 kwietnia, milczał w tej sprawie. Ustanowiony przez niego zarządca, Hubert Massalski, też nie zabrał głosu. W maju Brzescy wystosowali pismo, w którym domagali się rozliczenia. Nie mieli wprawdzie pojęcia gdzie szukać pana właściciela, ale w pismach, jakie otrzymywali od zarządcy w sprawie opuszczenia lokalu i opłat za zajmowanie go bezumowne był adres: skrytka pocztowa nr 61. Wysłali jeden list polecony, drugi, wreszcie trzeci z groźbą skierowania sprawy na drogę sądową. Zero reakcji.

Pozew Brzeskich wpłynął do sądu 16 października 2007 r. Rozprawa została wyznaczona na 3 stycznia 2008. W międzyczasie jednak nastąpiła komplikacja. Podczas próby wtargnięcia nocą bandy podpitych młodych ludzi z diaksą (to taka piła tnąca metal) do mieszkania Brzeskich, wyszło na jaw, że mają lokatora. Bez ich wiedzy wmeldował im się Marek Mossakowski. Policja przybyła z interwencją, widząc przerażenie dwojga starszych ludzi, tłumaczyła im jak dzieciom, że osoba zameldowana ma prawo wejść do mieszkania wraz ze swoimi znajomymi. NO, NIE! – Jola, która od pamiętnego obiadu w asyście spadkobierców pilnie studiowała kodeksy, cywilne i karne, z głowy rzucała artykułami.

Prokuratura Rejonowa Warszawa Mokotów do dzisiaj nie ustaliła kogo należało ukarać za nocną awanturę i postawienie na nogi całej kamienicy. Marek Mossakowski został administracyjnie wymeldowany, ale nikt się nie pofatygował, by ustalić w jaki sposób w ogóle mógł się zameldować.

Kazimierz Brzeski ciężko odchorował całą tę sytuację. Po nocnym spotkaniu z Mossakowskim uzbrojonym w diaksę chudł z dnia na dzień i niknął w oczach. W grudniu 2007 r. pogotowie zabrało go do szpitala. Po tygodniu już nie żył.

Na styczniową rozprawę państwo Brzescy nie stawili się. W lutym trzeba było sprawę odroczyć do zakończenia postępowania spadkowego, które w imieniu wdowy i osieroconej córki przeprowadzał Marek Mossakowski. Sąd wyznaczył kolejny termin na listopad.

Tym razem brak było Mossakowskiego. Sędzia przyjął tylko stanowisko Joli i postanowił ogłosić wyrok 17 grudnia. Nie ogłosił jednak, bo adwokat pozwanego, podający się za mecenasa książę Hubert Massalski udowodnił, że nieobecność strony na rozprawie była wynikiem błędu sekretariatu, który nie wpisał na wezwaniu numeru sali, wskutek czego pobłądzili w wąskich korytarzach. Sąd otworzył więc zamknięty przewód i zobowiązał Brzeską do udokumentowania roszczenia.

Przed następną rozprawą, na którą Jola przygotowała teczkę rachunków, listonosz przyniósł przekaz pocztowy. Marek Mossakowski przesłał jej 636,93 zł tytułem zwrotu nadpłat wraz odsetkami, jak zaznaczył. Ona jednak nie przyjęła daru. Sędzia był zszokowany.
– Dlaczego pani odmówiła przyjęcia przekazu? – zapytał z naganą w głosie.
– Ponieważ kwota nie była zgodna z moim roszczeniem – odpowiedziała spokojnie Jola i usiadła.

Miesiąc później sytuacja powtórzyła się. Między rozprawami przyszedł kolejny przekaz na tę samą kwotę, który znów został odesłany. Książę mecenas na początku rozprawy długo rozwodził się o aspołecznej postawie powódki i braku możliwości ugody. Wysoki Sąd był wyraźnie poirytowany. Toż to pół emerytury Brzeskiej, a ona śmie kaprysić.
– Jak się panu wydaje – zwrócił się sędzia do mecenasa Massalskiego – Skąd się biorą tak duże nadpłaty pani Brzeskiej?
– Nie wiem – odpowiedział arystokrata. – Może ta pani się nie myje.
Zażenowany sędzia spuścił oczy i nerwowo zaczął przerzucać kartki w aktach. Wreszcie odważył się zadać to samo pytanie Joli. Robiła wrażenie nieporuszonej, tylko rumieniec na policzkach zdradzał stan jej ducha.
– Bo się nie myję – odpowiedziała, trzymając dumnie uniesioną głowę.
– Ja panią zaraz usunę z sali! Pani bezczelność i aroganckie zachowanie znane są w całym tym budynku. Nie pozwolę…

Sędzia długo zrzucał na Brzeską swoje frustracje. Na koniec zażądał, by udokumentowała, jakie faktycznie były należności za media.
Ba. Całą dokumentację miał w rękach duet Mass-Moss. Sąd miał prawo zażądać od nich rozliczeń, ale dla niej były niedostępne. Przepisy mówią, że administrator budynku może udostępnić tajne dane o wodzie i ściekach tylko prawowitemu właścicielowi lokalu.

Dorota Chróścikowska, zarządca budynku częściowo przejętego przez Mossakowskiego, wiedząc, że ten pan przez trzy lata nie odprowadził ani jednej złotówki z czynszów pobieranych od lokatorów za wodę czy wywóz śmieci, podjęła ryzyko popełnienia przestępstwa. Wydrukowała rozliczenie 2006 roku mediów w mieszkaniu Brzeskich i wręczyła je Joli. Rzeczywista kwota wynosiła 1445,11 zł. Książę oskarżył ją potem w Ministerstwie Infrastruktury o brak kompetencji zawodowych.

Na kolejnej rozprawie Jola przedstawiła dokument. Sędzia był w szoku.
– Ja nie mogę zasądzić kwoty, jaka się pani należy, bo w pozwie podała pani inną – sędzia chciał chyba uprzedzić awanturę, pamiętając nieugiętą postawę Joli, gdy Mossakowski wysyłał przekazy pieniężne.
– Wszystko jest w porządku – uspokajała Jola. – Nie miałam dostępu do rozliczeń, więc podałam kwotę szacunkową i ona jest obowiązująca, a mnie w całości satysfakcjonuje.
Sędzia nagle stał się życzliwy i usilnie starał się znaleźć zgodny z prawem sposób, by powódka odzyskała całą nadpłatę wraz z odsetkami. Bardzo ubolewał, że jest to niemożliwe.
Jola była w euforii. Wszystkim wokół cytowała fragment uzasadnienia wyroku: „twierdzenia pozwanego nie odpowiadają prawdzie i nie zasługują na uwzględnienie.”

Mina jej zrzedła, gdy przyszło zawiadomienie z Sądu Okręgowego, że Mossakowski złożył apelację. Na rozprawie w trzecim już listopadzie, licząc od złożenia pozwu, arystokratyczny adwokat oświadczył, że w marcu 2009 r. Marek Mossakowski zbył udziały w nieruchomości, o czym Brzeska ma wiedzę od miesiąca. Wobec braku przedmiotu sporu, pozew został skierowany do niewłaściwej osoby.

Trzyosobowy skład sędziowski musiał pobierać nauki razem z księciem mecenasem. Nie miał wątpliwości, że siedzący na sali Marek Mossakowski, reprezentujący interesy nowej właścicielki, Barbary Zdrenki, prywatnie swojej mamusi, nie posiada nie tylko mieszkania Brzeskich, ale i biernej legitymacji procesowej, więc nie może oddać pieniędzy. Wyrok Sądu Rejonowego został zmieniony, a powództwo Brzeskich oddalone. Ponieważ jednak biedak się wykosztował na apelację, nakazano naprawić wyrządzoną mu krzywdę.

– Jolka! Zasuwaj z tym do Strasburga! Jak ty tego nie zrobisz, to my, kurwa, z pielgrzymką pójdziemy tam piechotą – nawoływały staruszki, ofiary reprywatyzacji, które były w podobnych sporach sądowych.
– Wara od mojego wyroku! – Jolanta Brzeska przybierała czasem władczy ton. – Ja wiem kto mnie okradł i nie życzę sobie, by wypłacano mi odszkodowanie z pieniędzy podatników. Problemu wody i ścieków nie postawię na arenie międzynarodowej. Jeśli złodziej nie może oddać, trudno, pogodzę się ze stratą.

Nie mogła się jednak pogodzić. Napisała pisma do Prezesa Sądu Okręgowego i do Krajowej Rady Sądownictwa, w których udowodniła, że wyrok pozostaje w sprzeczności z co najmniej czterema artykułami kodeksu postępowania cywilnego. Nikt się tym nie przejął. Napisano jej tylko, że wyroki sądu okręgowego, uprawomacniają się w momencie ogłoszenia. Nie ma co z nimi dyskutować. Tak samo jak z boskimi.

Napisała też do Krzysztofa Kwiatkowskiego, ministra Sprawiedliwości: „Szanowny Panie Ministrze! Gdybym ukradła dzisiaj Pana samochód, jutro go sprzedała, a pojutrze stanęła przed sądem, gdzie Pan by niezbicie udowodnił, że z mojego powodu poniósł określone straty materialne, czy sąd mógłby mnie uniewinnić z powodu braku przedmiotu sporu?”

Odpowiedź przyszła krótka i grzeczna. Urzędnik poinformował Jolantę Brzeską, że Ministerstwo Sprawiedliwości nie ma takich uprawnień, by ingerować w prawomocne wyroki niezawisłych sądów.

Ewa Andruszkiewicz

PS. Od wielu lat środowiska prawnicze bezskutecznie domagają się audiowizualnej rejestracji przebiegu procesów cywilnych. Niezawiśli sędziowie znajdują tysiące przeszkód natury formalnoprawnej, by do tego nie dopuścić. Na wszystkich rozprawach Jolanty Brzeskiej za monitoring robili jej przyjaciele. Każdy grymas i każde słowo niegodne sędziowskiej togi zostały zarejestrowane.

Ramka
1 marca 2011 r., dwa miesiące przed terminem kolejnego rozliczenia opłat za media, których i tak by nie rozliczono, Jolanta Brzeska została zamordowana. Oblano ją olejem napędowym i spalono w polu pod Warszawą. Dochodzenie w sprawie jej śmierci prowadzone jest z taką samą skrupulatnością, jak proces o zwrot nadpłaty za media. Pięć miesięcy po zbrodni jej zwęglone ciało nabiera mocy urzędowej w lodówce zakładu medycyny sądowej. Prokuratura Rejonowa Warszawa Mokotów obiecała przyjrzeć się wszystkim procesom sądowym, jakie toczyły się w sprawie mieszkania na Nabielaka 9. Dotychczas nie zauważono związku między jej tragiczną śmiercią a manipulacjami, jakim była w majestacie prawa poddawana za życia. Sędzia Sądu Okręgowego Zbigniew P., autorytet w sprawach cywilnych, współautor wyroku, przyznającego Markowi Mossakowskiemu prawo do kradzieży, a jednocześnie skazującego osobę okradzioną na pokrycie kosztów procesowych, może spać spokojnie. Wprawdzie nie wolno mu było orzekać w tym procesie, jako że wcześniej popełnił ekspertyzę w tej sprawie na zlecenie Ministerstwa Sprawiedliwości, ale udowodnił przecież, że Brzeska się czepia i nie ma racji. Już nie będzie. Ani się czepiać, ani dochodzić swych racji, czy praw. Francois Chateaubriand słusznie zauważył, że zraniona godność ludzka zawsze kryje w sobie zarodek śmierci. Godność Jolanty Brzeskiej była raniona i gwałcona wielokrotnie. Wciąż bez odpowiedzi pozostaje jednak pytanie: kim są rodzice tego zarodka?