Na własnej skórze

Artykuł mocno skrócony ukazał się w tygodniku „Angora” w marcu 2011 r. To jet jego pełna wersja.

Eksmisja

W majestacie prawa wygnali na ulicę razem ze starym, kalekim psem. A przecież ustawa o ochronie zwierząt zabrania takiego traktowania psów.

Eksmisja miała się odbyć pokojowo. Mieszkanie zobowiązałam się opróżnić sama, a klucze w wyznaczonym terminie oddać zgodnie z wyrokiem sądowym jednemu ze współwłaścicieli mieszkania, Jerzemu S. lub jego bratu, Andrzejowi, mieszkającemu w Kanadzie. Dwa tygodnie wcześniej Krzysztof Łuczyszyn, komornik przy Sądzie Rejonowym dla Warszawy Mokotowa, siedząc w mojej kuchni, która już nie jest moją kuchnią, przy moim stole, który teraz gnije w wynajętej stodole, zapewniał, że wszystko odbędzie się zgodnie z prawem. Zapisał nawet w protokole, na którym oboje złożyliśmy autografy, że właściciel odbierze lokal osobiście.

W wyznaczonym dniu o godzinie 10 rano przyszedł komornik. Od razu ze ślusarzem. Zamiast któregoś z panów Sułowskich stawili się: uiszęóry rok wcześniej z należącej do miasta kamienicy przy Krakowskim Przedmieściu wyrzucił Warszawską Informację Turystyczną. Ten sam, który wspólnie ze znanym kamienicznikiem Markiem M., przedstawiającym się też jako mecenas, ale sztuki, wyburzył ściany nośne w piwnicach i na parterach w dwóch warszawskich kamienicach, na Otwockiej 10 i Hożej 25, co spowodowało zawalenie się dachów w obu zamieszkałych budynkach. Dowodzenie akcją wyrzucania mnie na bruk przejął książę udzielny, nazywany tak z racji posiadania udziałów w wielu warszawskich kamienicach, które podobno zawsze należały do jego arystokratycznych przodków.

Podczas słownych przepychanek o klucze okazało się, że pan komornik nawet nie zawiadomił właścicieli o terminie eksmisji i konieczności stawienia się po odbiór swojej własności. Na moją sugestię, że ignorując wyrok sądowy i wpuszczając do środka przy pomocy ślusarza fałszywego właściciela wraz z równie fałszywym adwokatem dokona włamania, rzucił swojej asystentce polecenie: „Dzwoń po naszą policję”. Wolałam zwykłą, a nie komorniczą, jeśli takowa w ogóle istnieje i sama zadzwoniłam. Podczas gdy jednym uchem słuchałam automatu, który kazał czekać, do drugiego wpadł mi konspiracyjny szept komornika: „Wybrała 112”. I młoda asystentka oddaliła się.

Ślusarz rozpoczął piłowanie zamków nim przyjechała policja. Jaka? Nie wiem. Umundurowani panowie orzekli, że komornik wykonuje swoje obowiązki, a że niezgodnie z wyrokiem sądowym, to nie ich broszka. Potem potoczyło się wszystko bardzo szybko. Mieszkanie było, zgodnie z umową, puste. Tylko w jednym pawlaczu książę Massalski znalazł starą maszynę do szycia, którą wyrzuciłam na śmietnik i plik gazet sprzed lat z moimi reportażami, o których zapomniałam. Wzięłam je pod pachę i wyszłam na ulicę. Tam, gdzie zgodnie z orzeczeniami niezawisłych sądów dwóch instancji, a także wedle opinii Rzecznika Praw Obywatelskich i Generalnego Prokuratora jest moje miejsce.

Sąd orzeka o eksmisji wyłącznie w trzech przypadkach: gdy lokator ma zaległości w opłatach za czynsz, gdy dewastuje powierzone mu mieszkanie albo w sposób uporczywy i rażący uprzykrza życie sąsiadom. Z sąsiadami byłam bardzo zżyta i nadal jestem zaprzyjaźniona. Niczego nie dewastowałam, a wręcz przeciwnie. Przez ostatnie ćwierć wieku tylko ja inwestowałam w to mieszkanie, kładłam glazury, terakoty, podłogi, nowe kable elektryczne, kupowałam wanny, kuchenki, kaloryfery, sedesy i inne ekstrawagancje. Ani panowie S., ani ich przodkowie, w przeszłości zresztą też, nie włożyli jednej złotówki w kamienicę, którą wybudowano przed wojną za pieniądze z nigdy niespłaconego kredytu w istniejącym do dzisiaj Banku Gospodarki Krajowej. Czynsz też płaciłam, i to bardzo wysoki. Prawie tysiąc złotych za pokój z kuchnią. Fakt, że kuchnia była duża, a pokój jeszcze większy, ale w sumie to tylko 47 metrów niesamodzielnego mieszkania, bowiem hol musiałam dzielić z dość uciążliwym sąsiadem, artystą Piotrem P.

W listopadzie 2007 roku otrzymałam list polecony za potwierdzeniem odbioru od sąsiada, który żądał, bym wpłacała czynsz na jego konto. Przedstawił się jako posiadacz lokalu działający w imieniu właścicieli. Żadnego pełnomocnictwa nie dołączył. Jednocześnie poinformował, że rozwiązuje ze mną umowę najmu, jeśli w terminie trzech dni nie ureguluję zadłużenia na koncie, gdyż faktycznie przez cztery miesiące nie płaciłam czynszu. Zagroził skierowaniem sprawy do sądu i eksmisją.

Wolne żarty – pomyślałam. Żadnych umów z Piotrem P. nie zawierałam. Ładnie byśmy wyglądali, gdyby każdy z każdym mógł rozwiązywać cudze umowy. Zajeżdża mi taksówkarz drogę? To ja w rewanżu rozwiązuję z nim umowę o pracę. A co? Niech się najpierw nauczy jeździć! Policjant chce ukarać mandatem? Wystarczy rozwiązać z nim umowę. O pracę, o pensję, o mieszkanie, małżeńską. Niech się zajmuje swoim życiem. Na wszelki wypadek jednak poszukałam adwokata. Na studiach uczono mnie prawa, ale było ono ograniczone wyłącznie do prawa prasowego. O cywilnym nie miałam bladego pojęcia.

Młody mecenas przejrzał dokumenty, uśmiechnął się życzliwie i autorytatywnie oświadczył, że nie było podstaw do rozwiązania umowy najmu. Osobą artysty P. w ogóle się nie zajmował „Po pierwsze – tłumaczył mi jak naiwnemu dziecku – ostatnia podwyżka czynszu była niezgodna z ustawą o ochronie praw lokatorów. Właściciel ma obowiązek poinformować najemcę o zmianie opłat trzy miesiące przed planowaną podwyżką. Artykuł 8a. Nie przez przypadek ustawodawca napisał: pod rygorem nieważności. Pani dostała podwyżkę z dnia na dzień. Płaciła żądaną stawkę i z tego tytułu powstały nadpłaty. Będzie dobrze.”

Ale nie było. Piotr P. złożył pozew, występując jako pełnomocnik panów S. Pełnomocnikiem strony w sądzie może być tylko adwokat, radca prawny lub członek rodziny w pierwszej linii. Tak stanowi kodeks postępowania cywilnego. Wysoki sąd jednak nie kwestionował ani pełnomocnictwa artysty, ani księcia, występującego na sali sądowej w podwójnej roli – adwokata zarówno obu właścicieli, jak i mojego sąsiada.

Proces trwał dwa lata, bowiem nie można było ustalić, czy mieszkający w Kanadzie Andrzej S. jest w ogóle poinformowany o toczącym się w jego imieniu procesie. Ponieważ upierałam się, że obaj właściciele nie mają na ten temat wiedzy, na mój wniosek sąd zgodził się wezwać celem przesłuchania warszawskiego brata. Ale żeby go nie stresować, dopisał na wezwaniu: obecność nieobowiązkowa, co zostało, oczywiście, wykorzystane. Do dziś nie wiem więc jak wygląda wielmożny pan, który pozbawił mnie dachu nad głową i środków do życia.
Wspólnie z adwokatem udowodniliśmy, że miałam nadpłaty nie tylko z powodu nieprawnej podwyżki, ale przede wszystkim z tytułu opłat za media, których właściciele nigdy ze mną nie rozliczali, choć mieli taki obowiązek, czego domagałam się na piśmie wielokrotnie. Po roku procesu udało nam się nakłonić sąd, by zobowiązał księcia mecenasa do przedstawienia rachunków. Przyniósł za półtora roku i stwierdził, że reszta uległa przedawnieniu. Sąd przytaknął.

W mieszkaniu panów S. mieszkałam sama, ale zameldowany był w nim także mój syn. Płaciłam za dwie osoby. Dostawcy mediów mają zwyczaj prognozować nam opłaty z lekką nadwyżką. Rozliczają się z klientami dwa razy w roku, a nadpłaty wliczają na poczet późniejszego zużycia. Jako najemca nie byłam nigdy informowana o faktycznym zużyciu przeze mnie wody, bo jest to wiadomość ściśle tajna, zastrzeżona dla właściciela, choćby on, jak w moim przypadku, nigdy nie spuszczał wody w mojej toalecie. Dopiero w aktach sprawy sądowej przeczytałam, że tylko w 2006 roku właściciele lub ich liczni pełnomocnicy przywłaszczyli sobie prawie 1800 zł moich nadpłat za wodę i ogrzewanie. Powinnam dostać zwrot także za 2004 i 2005 rok. Kodeks cywilny bowiem traktuje nadpłaty jako nienależny zysk i bezpodstawne wzbogacenie, co ulega przedawnieniu po 10 latach. Ale z wysokim sądem nie ma dyskusji.

We wrześniu 2009 r. zapadł wyrok: eksmisja, wydanie lokalu powodom i zapłata na ich rzecz prawie 5000 zł. Skąd sąd wziął tę kwotę – nie sposób ustalić. Gdyby umiał liczyć, a także był trochę mniej niezawisły i orzekał zgodnie z kodeksami oraz obowiązującymi ustawami, tyle mniej więcej powinien zasądzić na moją rzecz od właścicieli, którzy systematycznie przez pięć lat okradali mnie.

Mecenas złożył apelację. Trwała chwilę. Trzy niewiasty w zwiewnych czerniach, ze złotymi łańcuchami na biustach nie widziały powodów, by dopuścić mnie do głosu. Pouczyły, że jako najemca nie miałam prawa samodzielnie egzekwować swoich nadpłat oraz stwierdziły, że płacąc przez dwa lata wyższy czynsz, uznałam podwyżkę. Jednym słowem: WON!

Po głowie kołatały mi się słowa prof. Ireny Lipowicz, która podczas zaprzysiężenia w Sejmie deklarowała, że będzie przede wszystkim pomagała ludziom starszym, ponieważ są źle traktowani przez polskie prawo. Rzecznik Praw Obywatelskich oraz Prokurator Generalny to są jedyne dwie osoby w Polsce, które w sprawach cywilnych mogą wnieść kasację do Sądu Najwyższego, w przypadku gdy kwota sporna jest niższa niż 50 tys. zł. Ja traciłam dach nad głową warty około pół miliona, ale kwota sporna to te czynsze niezapłacone przez cztery miesiące, co oznacza, że prawa do kasacji nie mam. Rzecznik natomiast musi tylko uzasadnić swój wniosek o kasację interesem społecznym, Prokurator zaś wykazać, że doszło do złamania prawa. Ale przede wszystkim oboje muszą chcieć.

Profesor Lipowicz nie chciała. Przesłałam plik dokumentów, wykazując, że bezpodstawnie i bezprawnie, choć w majestacie prawa, wyrzucana jestem na bruk bez prawa do lokalu socjalnego, bowiem wysoki sąd uznał mnie za osobę pracującą, która może wynająć mieszkanie na wolnym rynku. Nie znam żadnego emeryta, który ze świadczeń pobieranych z ZUS mógłby sobie pozwolić na wynajęcie choćby psiej budy. Dostałam odpowiedź z biura prof. Lipowicz, że Rzecznik nie może wnieść kasacji, ponieważ nie uczestniczył w mojej sprawie od początku. Próbowałam umówić się z panią rzecznik, ale okazało się, że Rzecznik Praw Obywatelskich jest odgrodzony od obywatela szczelnym i wysokim murem urzędników. Nawet Wałęsa by go nie pokonał. No comment.

Andrzej Seremet też nie chciał. Nie to, że nie dostrzegał złamania prawa. Prokurator z jego biura stwierdził, że roszczenie powodów opiewa na kwotę niższą niż 50 tys. zł., więc Prokurator Generalny nie może wnieść kasacji. Mógłby, gdyby jego podwładni lepiej poznali przepisy.
Przez cały 2011 rok komornik zabierał mi 1/3 emerytury, bowiem to, co mi zasądziły niezawisłe sądy urosło u Krzysztofa Łuczyszyna do ponad 11 tysięcy. Kazał mi zapłacić 1200 zł z odsetkami (oczywiście, w majestacie prawa) za lokal tymczasowy, zaproponowany mi przez księcia mecenasa. Jest to nora w piwnicy na warszawskiej Woli, 7 metrów kwadratowych, z brudnym, połamanym sedesem, który rozparł się pośrodku. Drzwi zamykane na skobel z kłódką. Tylko na zewnątrz. Mimo że przed eksmisją zrezygnowałam z książęcej oferty, zapłacę, bo nie mam innego wyjścia. Tak jak 250 zł za transport. Nie wiem czego. 36 zł za dwa wysłane do mnie listy, itd., itp. plus koszty komornicze.

To jeszcze nie koniec. Książę mecenas magister Hubert M., utwierdzony w przekonaniu, że jest samorodnym talentem prawniczym, żąda teraz w tym samym mokotowskim sądzie rekompensaty za bezumowne zajmowanie lokalu. Piotr P. rozwiązując ze mną umowę najmu ustalił mi stawkę czynszu od grudnia 2007 roku na prawie 2 000 zł miesięcznie. Na razie procesujemy się o blisko 40 tysięcy. Ze mnie nie da się już nic zdjąć. Chyba że skórę. Ale po co komu stara skóra? Teraz trzeba się dobrać do kieszeni mojego syna. Oczywiście, w majestacie prawa.

Na szczęście Major, golden retriver o złotym sercu, też wyrzucony przez komornika, księcia mecenasa oraz artystę na bruk, nie ma świadomości, że czeka nas rok odżywiania się korzonkami w miejskich parkach. Sprawia wrażenie wreszcie szczęśliwego psa. Zawsze lubił przebywać na świeżym powietrzu, a jego endoproteza stawu biodrowego bardzo źle znosiła schody. Już po nich nie chodzi. A ja patrzę w jego brązowe, mądre ślepia i cieszę się, że komornik mi go nie zajął. Gdyby książę Massalski wiedział, że Major wywodzi się ze znakomitej rodziny austriackich baronów, championów Europy i świata, pewnie by mi go zabrał razem z mieszkaniem i emeryturą. W jego kolekcji tytułów czworonożny baron ładnie by się prezentował. Dziękuję, nie wiem komu, za to, że choćby na ulicy, ale pozwolono nam zestarzeć się razem.

Spartańskie podejście do kosztownych emerytów, co to nic nie robią tylko chorują na koszt podatników, jest dla ogólnego interesu społecznego jak najbardziej słuszne. Z dużym prawdopodobieństwem można przewidzieć, że samotna emerytka, wyrzucona jesienią na bruk, w błyskawicznym tempie uwolni Zakład Ubezpieczeń Społecznych od obowiązku wypłacania jej świadczeń. Zważywszy dziurę budżetową i problemy finansowe ZUS, mam nadzieję, że tylko taka idea przyświecała niezawisłym sądom dwóch instancji, gdy skazywały mnie na zagładę. Bo przecież nie samorodny talent i urok osobisty księcia mecenasa magistra…

Ewa Andruszkiewicz

Autorka jest emerytowaną dziennikarką, która przez wiele lat pisała reportaże interwencyjne, walcząc w imieniu swoich bohaterów o sprawiedliwość.

Artykuł próbowałam sprzedać do „Rzeczpospolitej”, „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, ale te gazety nie były zainteresowane tematem reprywatyzacji i eksmisji. Wreszcie mocno skrócony ukazał się w tygodniku „Angora” w lutym 2011 r. To jest jego pełna wersja.

Link do artykułu w Angora (wymagane konto) – Eksmisja – Jak komornik w majestacie prawa dokonał włamania – Angora NR 09/2011 (1080), strona 35.