Podsumowanie tygodnia

Wreszcie pozytywna wiadomość! Książę mecenas magister Hubert Dominik Massalski ma zapłacić 85 tys. zł grzywny za porządki, jakie robił na Dahlberga. Na rozliczenie czekają inne kamienice, gdzie też sprzątał. Mieszkańców.

*Dahlberga

Książę mecenas magister, jak zwykłam nazywać swojego wieloletniego przeciwnika procesowego, Huberta Dominika Massalskiego, doczekał się właśnie rozliczenia za zarządzanie, a właściwie za brak zarządzania, nieruchomością przy ul. Dahlberga 5. Po wtorkowym posiedzeniu niejawnym Komisji Weryfikacyjnej ogłoszono decyzję o nałożeniu na niego kary administracyjnej w wysokości 85 tys. zł.

Dlaczego książę? Bo tak się przedstawia i twierdzi, że jego ród wywodzi się od księcia Ruryka. Ja tylko dodam, że Ruryk był księciem ruskim. Mecenasa udawał na salach sądowych w moich procesach, Joli i Magdy Brzeskich, Baranków, lokatorów z Hożej, Krakowskiego Przedmieścia, Otwockiej i pewnie wielu innych, o których nie mam wiedzy. Podczas jednej ze spraw Joli Brzeskiej sędzia zwracała się do niego per „panie mecenasie”, a on nie prostował. Chyba wierzył, że nim jest, bo kiedy mieszkańcy Hożej wezwali policję, a dwaj panowie Mss byli w nastrojach awanturniczych, Massalski krzyczał do policjanta: „Proszę mnie nie dotykać! Ja jestem mecenasem!” Policjant musiał być chyba tak samo kształcony w prawie jak książę, bo go nie dotknął. Pewnie też myślał, że adwokatów chroni jakiś immunitet. A ten magister wychodzi z jego dokumentów urzędowych, w których w rubryce „wykształcenie” wpisywał „wyższe”. Pewnie też nie wiedział, że poświadcza nieprawdę. Skończył pomaturalną szkołę zarządzania nieruchomościami, ale ona mu nie dała tytułu magistra, który był wymagany w czasie, gdy zarządzał moim mieszkaniem, kamienicami na Dahlberga, Nabielaka, Hożej, Otwockiej i innych, przejmowanych wówczas hurtowo przez Marka M., jego guru i wspólnika.

Do mojego życia książę wdarł się w styczniu 2007 r. To dzięki niemu zorientowałam się, że kamienicy, w której mieszkałam, wcale nie odzyskali spadkobiercy, tylko mafia. Zawdzięczam mu też znajomość z Jolą Brzeską, bo gdyby się nie ujawnił jako pełnomocnik mitycznych spadkobierców, których nikt nigdy na oczy nie widział, nie szukałabym kontaktu z innymi prześladowanymi przez „pełnomocników” i „następców prawnych” dawnych właścicieli, nie przystąpiłabym do WSL, nie studiowałabym dekretu Bieruta, kodeksów cywilnych i karnych, wyroków Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego, nie śledziłabym w prasie i internecie info o złodziejskiej reprywatyzacji. Dzięki niemu moja emerytura to czas intensywnej nauki, aktywności psychicznej i fizycznej (manifestacje, blokady eksmisji) i pełen emocji na salach sądowych i nie tylko.

Nie wiem w jaki sposób Komisja wyliczyła wysokość kary. Zarządzanie w wykonaniu Huberta Massalskiego polegało na tym, że informował mieszkańców o podwyżce czynszu, egzekwował opłaty, wypełniał formularze pozwów do sądu za „długi”, które generował i stawiał się na rozprawach jako pełnomocnik powodów. Nie słyszałam, żeby jeszcze coś robił w zarządzanych nieruchomościach. Z wyjątkiem cięcia piłą do metalu zawiasów w mieszkaniu Brzeskich, ale to była fucha po godzinach, może extra płatna. Co się działo z pieniędzmi, które płacili lokatorzy, tego nikt nie wie. Ja mam tylko jeden dowód na to, że zasądzona prawomocnie i wyegzekwowana przez komornika na rzecz „spadkobierców” kwota prawie 10 000 zł nigdy nie trafiła do ludzi, którzy wygrali ze mną proces, chociaż nawet nie wiedzieli, że mi go wytoczyli. W sumie wyparowało blisko 50 tys. wpłacone na podane mi konto. Na Nabielaka dług zarządcy wobec administracji wspólnoty mieszkańców tuż przed morderstwem Joli Brzeskiej, która była ostatnią mieszkanką podlegającą zarządcy Massalskiego, wynosił 60 tys. zł. Nie wpłacił ani jednej złotówki z czynszów regularnie uiszczanych przez lokatorów niegdyś komunalnych do kasy wspólnoty, która w związku z tym musiała pokrywać rachunki za wodę, wywóz śmieci i ogrzewanie, żeby nie odłączono wody i centralnego ogrzewania. U mnie było tak samo. Ani jedna złotówka nie została wpłacona. Pan administrator poinformował mnie, że mecenas Massalski twierdził i ja nie płacę czynszu, więc on z własnej kieszeni nie będzie za mnie płacił. A ja płaciłam tysiąc złotych miesięcznie!

Czytając decyzje Komisji, a czytam je regularnie, nigdy się tak nie ubawiłam, jak przy lekturze o karze administracyjnej. Otóż książę został zobligowany do przedstawienia dokumentów na swoją obronę. Zamiast dokumentów jego pełnomocnik (domyślam się, że hrabia, kolega księcia ze Związku Szlachty Polskiej) przysłał wniosek o wyłączenie Sebastiana Kalety. Patryk Jaki nie wyraził na to zgody. Wpłynął więc następny wniosek, o wyłączenie ze sprawy Pawła Lisieckiego. Reakcja była taka sama. Ostateczny cios obrońcy księcia mecenasa to był wniosek o wyłączenie Patryka Jakiego. Trzeba być chyba inteligentnym inaczej, żeby stawiać się ponad polski parlament i odwoływać członków Komisji.

Nie do śmiechu mi jednak, kiedy pomyślę o egzekucji tej kary. Massalski zawsze był bardzo skuteczny w egzekucjach długów przy pomocy zaprzyjaźnionych komorników. Na hipotece mojego leśnego domku jest wpis komornika z tytułu długów, które wygenerował mi książę do spółki z hrabią. Czy oni nie scedują na mnie tej kasy, którą książę został obciążony?

*Wilcza

Pamiętacie tekst „Metoda na wnuczka, metoda na obligacje”? Spółka 2C Partners wypuściła obligacje na „zrewitalizowane” mieszkania. Ludzie zainwestowali ponad 3 mln zł i nie zobaczyli ani mieszkań, ani pieniędzy. Wytoczyli spółce proces i go wygrali. Sąd nakazał zwrócić pieniądze. Sprawa trafiła do komornika, a Basia Jankowska została zobowiązana do płacenia czynszu na konto pani komornik, a nie na konto 2 C Partners, która nabyła jej mieszkanie od spadkobiercy (od pana, który w sądzie nie wiedział czy ma na imię Stanisław, czy Stefan). Basia wszystkie sprawy ze spółką wygrywała i miała sądownie stwierdzone, że obowiązuje ją czynsz taki, jak w mieszkaniach komunalnych. Było jej wszystko jedno czy płaci spółce, czy komornikowi. Po trzech miesiącach otrzymała informację od pani komornik, że cały dług został spłacony i już nie musi jej niczego wpłacać. Ostrzegałam ją wtedy, że mieszkanie musiało zostać sprzedane, bo z samych czynszów od Basi i mieszkańców kamienicy na Grochowskiej nie udałoby się uzbierać tych milionów. Prosiłam, żeby sprawdziła w księdze wieczystej kogo ma za właściciela. Basia to zbagatelizowała. Potem zaczęły przychodzić awiza na listy polecone od jakiejś spółki, ale Basia ich nie odbierała. Nie znała spółki, która z uporem maniaka wpisywała na kopercie jej nazwisko, ale nieprawidłowy adres. Gdyby nawet chciała odebrać, to na poczcie by jej nie wydali, bo się adres nie zgadzał. Aż tu nagle w czwartek dopada ją listonosz przed wejściem do klatki i wręcza kilogram makulatury wysłanej z Łodzi przez Sąd Rejonowy dla Łodzi Śródmieście. Adres znowu błędny, ale jej imię i nazwisko jak byk. Z sądem nie ma żartów, więc odebrała.

W środku znalazła pozew, liczący sobie 7 stron, akt notarialny sprzedaży mieszkania przez spółkę 2 C Partners jakiemuś panu Gomoli (znany organizacjom lokatorskim z kupowania mieszkań od tej spółki i skutecznego czyszczenia ich z mieszkańców), który nabył 1/4 mieszkania Basi, a warszawska spółka, która nękała ją listami poleconymi, kierowanymi pod nieistniejący adres jest właścicielem 3/4 mieszkania. Co ciekawe! To Michał Owsiewski (z tego, co ustaliliśmy to brat cioteczny słynnego Marka M.), który u notariusza reprezentował 2 C Partners, podał nieistniejący adres! Ani nabywcy, ani notariusz nie sprawdzili co kupują. Pozew do sądu złożyła jeszcze inna spółka, z Łodzi, która żąda od Basi zapłaty 1.411,00 zł za rzekome zaległości czynszowe z marca i kwietnia ubiegłego roku. Dalej było rozwiązanie umowy najmu z października 2018 r., a powodem miały być zaległości czynszowe, na końcu zaś nakaz zapłaty w postępowaniu upominawczym – 1410,11 zł na rzecz wierzyciela, i tu kolejna ciekawostka przyrodnicza! – na rzecz spółki z o.o. Iris Trade z siedzibą w Łodzi. I jeszcze na rzecz sądu 390 zł kosztów procesowych.

Iris Trade, jak się okazało, to nie kolejny właściciel, który ma za zadanie zrobić nieodwracalne skutki prawne, lecz windykator, któremu nowy „właściciel” nieistniejącego mieszkania scedował rzekome długi Basi. Będziemy, oczywiście, zaskarżać. Ale jak tu żyć? Od 10 lat Basia jest nieustannie zaskakiwana, pozywana, ciągana po sądach, policjach i prokuraturach. Chyba miesiąc temu przegrała sprawę, gdy odwoływała się od postanowienia prokuratury o umorzeniu dochodzenia w sprawie nękania. Podnosiła, że prokuratura nie sprawdziła nawet kto ją nęka. Zgłosiła zajęcie komornicze, które było tak sformułowane, że w jej wieku miała prawo paść trupem po przeczytaniu pierwszej strony zawiadomienia komornika. Prosiła prokuraturę o zbadanie sprawy listów oraz wyjaśnienie wizyty człowieka, który parę miesięcy temu dobijał się do jej drzwi, twierdząc, że jest właścicielem. W aktach prokuratorskich, które przestudiowała było tylko jej zeznanie, jakie składała na policji. Poza nią nie przesłuchano nikogo. Niczego nie sprawdzono. Mówiła, że czuje się zagrożona. Nie zrobiło to wrażenia na prokuratorze, ani na pani sędzi, która rozpatrywała jej zażalenie. Trzeba mieć końskie zdrowie i nerwy z żelaza, żeby przeżyć w warszawskiej dżungli, pełnej cwaniaków. Jak żyć ze świadomością, że ci wszyscy poprzebierani w togi mecenasi, prokuratorzy i sędziowie, nieustannie żonglujący paragrafami, zatracili zdolność widzenia człowieka.