Podsumowanie tygodnia

Ale się działo! Najpierw eksmisja Maćka. Sukces! Potem wymeldowanie pani Grażyny z Łochowskiej. I sprawa o eksmisję z Międzylesia, i spadek po zmarłym w 1942 r. Nie nadążam z relacjami.

*Stalowa

Informacja rozeszła się w niedzielę wieczorem. Maciek, jego narzeczona, dwa psy i cztery koty mają być eksmitowani w poniedziałek rano z mieszkania na Stalowej. O świcie w poniedziałek Laura z Komitetu Obrony Praw Lokatorów zawiozła do sądu wniosek o zmianę komornika. Niestety, nie zdążyła powiadomić pani komornik o podjętych działaniach prawnych. Komornik sądowy, Marta Podolska-Kędziora, przyjechała z Żoliborza na Stalową wraz z asesorem i twardym postanowieniem wykonania zadania. I nic nie robiło na niej wrażenia, ani pismo z sądu, ani dokumenty świadczące o potwierdzaniu nieprawdy przez wierzyciela, ani nawet atak epileptyczny w trakcie działań egzekucyjnych.

To nie było pierwsze spotkanie Maćka z żoliborską komornik, ani pierwsza eksmisja. Wcześniej mieszkał wraz z rodzicami na Otwockiej 10. Tak. Tak. Tam swego czasu Mossakowski proponował mieszkanie Jolancie i Kazimierzowi Brzeskim. Myślał, że trafił na naiwnych, którzy przeniosą się z mieszkania, w którym spędzili całe życie, do jego własności. Nie wiem czy to nie ta oferta sprawiła, że powstało Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów, bo Brzescy pojechali wtedy na Otwocką i rozmawiali z mieszkańcami. Dla nich to był szok. Ale wracamy do Maćka. Duet Massalski-Mossakowski wygenerował rodzinie Maćka ponad 30 tys. długu, następnie panowie doprowadzili kamienicę do zagrożenia katastrofą budowlaną, a Maciek z mamą dostali przydział na mieszkanie zamienne na Stalowej. Maciek od początku miał świadomość, że ten sztuczny dług trzeba spłacać. Był wyrok i była egzekucja pani komornik, wynajętej przez Mossakowskiego, Marty Podolskiej-Kędziory. Spłacał go regularnie, sam, bo mama nie była zainteresowana. I już go spłacił. Pozostały tylko koszty procesowe i komornicze, które „należały się” jeszcze Mossakowskiemu. I wtedy przyszedł chory rachunek za wodę. Jednocześnie przyszła choroba, a z nią utrata pracy. Powstały zaległości w spłatach. „Długi” zostały połączone i faktycznie wyglądały groźnie. Maciek prosił o rozłożenie ich na raty, zebrał się w sobie, znalazł nową pracę. Nic to nie dało.

Ile lat człowiek może nie spać po nocach, drżeć ze strachu, że jutro wyląduje w jakiejś piwnicy albo wręcz na ulicy? Maciek ma 33 lata i całe jego dorosłe życie to niepewność jutra. Mossakowski spadł na rodzinę Przeździeckich jak jastrząb w grudniu 2005 r. i choć siedzi dziś w areszcie śledczym, nadal dziobie do krwi. Przecież mu się należy zwrot kosztów procesowych! Tych za eksmisję z Otwockiej – też! Nieustający stres zaowocował u Maćka atakami epileptycznymi. Podczas blokady eksmisji na Stalowej byliśmy świadkami dwóch.

Pani komornik nie wchodziła na klatkę schodową. Stała z daleka od wejścia, z telefonem przy uchu. My siedzieliśmy na schodach, staliśmy pod kapliczką z Matką Boską Częstochowską, jaka wisi wysoko na ścianie zaraz przy wejściu, wychodziliśmy na podwórko. Maciek był cały czas z nami. W pewnym momencie wyszliśmy dużą grupą z budynku, z nadzieją, że przemówimy do rozumu i serca pani komornik. Maciek poszedł z nami. Najpierw przysłuchiwał się tylko wymianie zdań, a nagle coś musiało w nim pęknąć. Zaczął krzyczeć: „Pani mnie zabija na raty! Postawcie mnie lepiej pod ścianą i od razu rozstrzelajcie!” Nie czekając na odpowiedź, odszedł kawałek, przewrócił się na plecy i zaczęło nim rzucać. Ktoś próbował go podnieść, ukląkł obok i wciągnął na siebie głowę Maćka, żeby nie uderzał o chodnik. Ktoś przyniósł zimną wodę w butelce i przyłożył mu do czoła, potem na kark. Pani komornik odwróciła tylko głowę.

Pół godziny później, kiedy już z powrotem zajęliśmy strategiczne pozycje na schodach, Maciek dostał drugiego ataku. Była policja, wezwana na pomoc przez panią komornik. Jacek Ozdoba, wiceprzewodniczący Rady Miasta Stołecznego, który razem z nami blokował nieludzką eksmisję, poprosił funkcjonariusza, żeby wezwał pogotowie. Usłyszał, żeby sam sobie wzywał. Wezwał więc, a chwilę potem pogotowie zabrało Maćka do szpitala na Szaserów. Kiedy na schodach trwała akcja ratunkowa, niespodziewanie zjawił się anioł pod postacią pani dyrektor ZGN Pragi Północ, Bożeny Salich, która w mig podjęła decyzję o zawieszeniu egzekucji. Nie umiem opisać sceny, jaka się potem rozegrała. Żadne słowa nie są w stanie oddać agresji, z jaką komornica rzuciła się na panią dyrektor. Zarzuciła jej brak wychowania i kazała się wylegitymować. Na stronie KOPL można obejrzeć filmik z tego zdarzenia.

Maciek jeszcze tego samego dnia wrócił do domu, a następnego stawił się w gabinecie pani dyrektor, razem z Agatką, swoją narzeczoną i Kubą, doradcą od spraw trudnych i niemożliwych. W czwartek otrzymał oficjalne pismo z ZGN, informujące, że umorzone zostało „postępowanie egzekucyjne w zakresie roszczenia niepieniężnego w przedmiocie opróżnienia lokalu…”, a kosztami egzekucyjnymi został obciążony wierzyciel. Pisałam już o tym w Przeglądzie prasy, ale powtórzę jeszcze raz. Maciek miał prawo ubiegać się o odszkodowanie i zadośćuczynienie za horror, jaki przeżył na Otwockiej 10. Komisja Weryfikacyjna wydała decyzję unieważniającą zwrot kamienicy na rzecz Marka Mossakowskiego. Wprawdzie Mossakowski odwołał się do sądu, a sąd stwierdził, że został skrzywdzony, bo Komisja źle oceniła zakup przez niego roszczeń (przecież wolno mu było!), ale ten wyrok zostanie zaskarżony i mało prawdopodobne, by się utrzymał. Nie ma to znaczenia dla Maćka. Dla niego ma znaczenie fakt, że nie złożył żadnego wniosku, a dzisiaj jest już po terminie. On w ogóle nie wiedział, że jest taka możliwość. Zwykli ludzie zwykle nie znają swoich praw i po to właśnie powstają różne organizacje, lokatorskie, pracownicze, frankowiczów, żeby uczyć się skutecznej obrony przed pazernością kamieniczników, bankstersów czy inszych insektów, żerujących na naszej niewiedzy. Na blokadzie eksmisji z mieszkania na Stalowej byli przedstawiciele wszystkich organizacji lokatorskich i w tym była nasza siła. Teraz trzeba się będzie skupić na odszkodowaniach dla Maćka. Droga przez komisję odpada. Za późno. Pozostaje jeszcze ścieżka cywilna, a na niej dwie drogi – skarżyć Skarb Państwa lub Mossakowskiego z Massalskim. Huk pracy przed nami.

A w najbliższą środę znów blokujemy. Tym razem mojego komornika, Krzysztofa Łuczyszyna, który dawno temu wespół z Massalskim wystawił mnie na ulicę. Tym razem będzie eksmitował na bruk niemowlę. Szczegóły znajdziecie w Wydarzeniach, gdzie admin utworzył właśnie nową zakładkę „Blokady eksmisji”. I pamiętajcie – tam gdzie ludzi kupa i komornik dupa.

*Łochowska

Na poniedziałkowej eksmisji u Maćka była też pani Grażyna z Łochowskiej, która dobrze wie, czym są ataki epilepsji, bo sama cierpi od 20 lat na powypadkową padaczkę. Jesienią ubiegłego roku po całonocnej pracy pani Grażyna nie dostała się do domu. Deweloper, który psim swędem wszedł w posiadanie kamienicy, zmienił kłódkę w bramie i zapowiedział ochroniarzowi, że ma nikogo nie wpuszczać. Kobieta została w cienkiej bluzie na ulicy, bez pieniędzy, bez dokumentów i bez leków. Zebrało nas się wtedy chyba więcej, niż na blokadzie u Maćka. Mieszkańcy okolicznych domów przynosili nam gorącą herbatę w kubkach, bo powietrze było już lodowate, a my wzywaliśmy policję, straż miejską, pogotowie. Nikt nie udzielił żadnej pomocy. Policja straszyła, że jeśli jeszcze raz wezwiemy patrol, wlepią nam mandaty. Ratownicy z pogotowia zmierzyli pani Grażynie ciśnienie, stwierdzili, że jest za wysokie, by podać jej leki przeciwpadaczkowe i kazali iść do lekarza rodzinnego. W sobotę, po godzinie 20.?

Do dnia dzisiejszego pani Grażyna nie weszła do swojego mieszkania. Wystawiono ją na ulicę bez wyroku o eksmisję, bez komornika. Na podstawie decyzji PINBu, która nakazała deweloperowi opróżnić z ludzi kamienicy, którą zdewastował. W trakcie trwania procesu o eksmisję, którą wytoczył pani Grażynie deweloper. Raz pozwolono córce wejść po rzeczy osobiste. Meble podobno wyrzucono na śmietnik. Deweloper przez kilka dni opłacał pani Grażynie hostel, a potem wynajął mieszkanie. Umowy nie widziała. Podobno jest do grudnia tego roku. A co dalej?

W marcu odbyła się rozprawa o eksmisję. Rychło w czas, już po dokonaniu samowoli eksmisyjnej. Pozew pana dewelopera został odrzucony w całości, ponieważ powód nie posiada czynnej legitymacji procesowej. Nie jest właścicielem mieszkania! To długa historia. Pani Grażyna przez kilkanaście lat była konkubiną syna przedwojennej właścicielki kamienicy, mieszkała z nim, prowadzili wspólne gospodarstwo, razem wychowywali jej dzieci. Mieszkała legalnie, jako lokatorka komunalna, była zameldowana po zwolnieniu i oddaniu swojego mieszkania. Kiedy jej partner stał się właścicielem całej kamienicy, nie wnikała w jego sprawy. A on nie bardzo wiedział, co ma robić z tym darem przodków. Kiedy zgłosił się do niego deweloper, zawarł z nim umowę swojego życia. Za dożywotnią rentę w wysokości 6 lub 7 tys. zł miesięcznie zrzekł się wszystkich udziałów w kamienicy, z wyjątkiem swojego mieszkania. Potem w spisanym ręcznie testamencie zapisał to mieszkanie pani Grażynie. Deweloper zdążył dwa razy wypłacić rentę, w sumie zainwestował nie więcej niż 14 tys. zł, kiedy partner pani Grażyny niespodziewanie zmarł. Kamienica została dokładnie wyczyszczona z lokatorów (sposób na katastrofę budowlaną), a w sądzie toczy się postępowanie spadkowe o nabycie praw przez panią Grażynę.

Widziałyśmy się w poniedziałek na Stalowej, a w środę pani Grażyna wpada na nasz dyżur na Wilczą z plikiem dokumentów i kopertą z wydziału meldunkowego. „Wymeldowali mnie!” – krzyczy od progu. Dalszego ciągu nie przytoczę, bo jest niecenzuralny. Spodziewaliśmy się tego od początku, od dnia, gdy pani Grażynie zatrzaśnięto przed nosem drzwi do jej mieszkania. Ula z WSL napisała wówczas pismo do wydziału meldunkowego, w którym wyjaśniła sytuację prawną, a właściwie bezprawną, w jakiej znalazła się lokatorka i wnosiła o nieuwzględnianie wniosków o wymeldowanie, gdyby deweloper lub jego pełnomocnik z takowymi się zgłosili. Pisała, że opuszczenie mieszkania nie było dobrowolne, że decyzja PINB-u dotyczy chwilowego opuszczenia budynku, tylko na czas koniecznego remontu. Pani Grażyna natychmiast złożyła pismo i wszyscy byliśmy przekonani, że przynajmniej na tym odcinku jej interesy zostały zabezpieczone. Tymczasem w środę oficjalnym pismem, powołującym się w nagłówku na decyzję prezydenta m. st. Warszawy, poinformowano ją, że z powodu nieprzebywania w mieszkaniu na ul. Łochowskiej została wymeldowana z niego decyzją administracyjną. Uradziliśmy, że trzeba skarżyć decyzję.

W niedzielę były wybory do Parlamentu Europejskiego. Pani Grażyna poszła, jak zawsze to czyniła, do swojego lokalu wyborczego, gdzie zgodnie z rejonizacją spełniała swą powinność wobec ojczyzny. A tu – niespodzianka. Nie było jej na żadnej liście osób uprawnionych do głosowania. Deweloper zarządził, by pozbawić ją praw obywatelskich i pozbawiono. I kto rządzi w Warszawie?