Podsumowanie tygodnia

I znowu same złe wiadomości. Nie tak dramatyczne jak tydzień temu z Lutosławskiego, ale dołujące, świadczące o naszej bezradności podczas niekończących się sądowych batalii, gdzie mamy marne szanse na sprawiedliwość. Dziś o trzech sprawach stricte reprywatyzacyjnych, a dwie pozostałe to przeniesione na nowe obszary dobrze nam znane metody stosowane przez mafię.

*Elektoralna

Rzut beretem od warszawskiego Ratusza. Ulica Elektoralna. Teren dawnego getta. W 1945 r. jedno wielkie gruzowisko. Po lewej stronie, idąc od Placu Bankowego, wszystkie kamienice, na ogół pożydowskie, odbudowane starannie, jakby zawsze tam stały. Jedna z nich została przekazana Ministerstwu Przemysłu Drobnego i Rzemiosła (istniało od 1951 do 1958 r.). Większość dzisiejszych mieszkańców sprowadziła się tam jeszcze w latach 50., podpisując umowy najmu z ministerstwem. Po likwidacji ministerstwa zarząd nad majątkiem powierzono spółdzielni. W życiu mieszkańców nic się nie zmieniło, poza numerem konta, na które co miesiąc odprowadzali czynsze, takie same jak wszyscy lokatorzy komunalni w mieście. Już w tzw. wolnej Polsce spółdzielnia została zlikwidowana i przekazała kamienicę nieodpłatnie spółce El Med, która była producentem sprzętu medycznego, ale w KRS jako działalność ma dzisiaj wpisane: „roboty budowlane związane ze wznoszeniem budynków mieszkalnych i niemieszkalnych”. Na Elektoralnej jedyne co „wznieśli” na niebotyczne wyżyny, to czynsze, ale najpierw cały zarząd kupił sobie po kilka mieszkań, a pan prezes w bonusie jeszcze węzeł cieplny i pobiera dodatkowo opłaty za przesył ciepłej wody i centralnego ogrzewania do swoich i swoich kolegów mieszkań.

Mieszkanie pana Andrzeja prezes kupił za 42 tys. Super okazyjnie, bo to ponad 70 m, a za malutką kawalerkę pani Bożeny, ledwie 30 m, zapłacił 18. tys. Jako zasłużony członek spółdzielni El Med skorzystał ze zniżek. Chyba półtora roku temu, jeszcze będąc w radzie przy Komisji, zgłaszałam sprawę do Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście Północ. Całkiem niedawno umorzono; prokurator nie dopatrzył się żadnych czynów zabronionych. Z tego, co mnie udało się ustalić, kamienica jest pożydowskim mieniem bezspadkowym i jeśli komuś się należy, to tylko Skarbowi Państwa, a nie żadnym prezesom i wiceprezesom. Pan prokurator musiał pobierać nauki w jakiejś republice bananowej.

Spółdzielnia El Med nie tyle wznosi na Elektoralnej, co wynosi. Przede wszystkim tych starych ludzi, którzy mieszkają tam ponad 60 lat i są niepotrzebni nowym właścicielom. Metoda znana, jak długo istnieje III RP. Wystarczy lokatorowi podnieść czynsz ponad wysokość pobieranej przez niego emerytury i w majestacie prawa można go wyekspediować na ulicę. W ubiegłym tygodniu rozpoczęły się procesy w sądzie śródmiejskim o uznanie ostatnich podwyżek czynszu za niezasadne. Odbyły się dwie rozprawy, we wtorek i środę, z powództwa dwóch różnych lokatorów. M. in. pani Bożena kwestionuje podwyższony czynsz 1400 zł za kawalerkę, którą prezes kupił od spółki, czyli od siebie, za 18 tys. zł. Chce, żeby lokatorka zwróciła mu cały koszt inwestycji w ciągu niespełna półtora roku! Odbyła się jedna rozprawa, a już 17 maja ma być ogłoszony wyrok. Jaki by nie był werdykt, i tak będzie apelacja.

Przy okazji dowiedziałam się o byłej mieszkance Elektoralnej, która dostała 3-letnie wypowiedzenie umowy najmu i dała się nabrać na obiecanki o zaprzestaniu jakichkolwiek roszczeń pod warunkiem dobrowolnego opuszczenia mieszkania. Opuściła i dziś się ukrywa, bo wiceprezes, który jest właścicielem jej mieszkania, żąda ponad 30 tys. za szkody, jakie poczyniła. Bo źle pomalowała kaloryfer, bo odpadły dwa kafelki w łazience (glazura była zrobiona na jej koszt), bo podłoga wymaga cyklinowania. To się nigdy nie skończy, jeśli nasze organa dochodzeniowe będą tak łaskawe dla spekulantów i zwykłych szmalcowników. Bo jak inaczej nazwać uwłaszczenie się za grosze, po cwaniackuJas na nieruchomości należącej do ofiar II wojny światowej.

*Marszałkowska

Pan Stefan od lat wynajmował malutkie mieszkanko na Marszałkowskiej od pewnego wojskowego. Regularnie płacił mu wolnorynkowy czynsz. Niespodziewanie właściciel zmienił plany względem swojego mieszkania i postanowił pozbyć się swojego lokatora. Problem polegał na tym, że pan Stefan nie miał dokąd się wyprowadzić. Myślał, że ma jeszcze trzy miesiące, bo tak było zapisane 10 lat temu w umowie najmu. Szukał mieszkania, przeglądał ogłoszenia, ale nie zdążył jeszcze znaleźć, gdy zniecierpliwiony właściciel pewnego ranka wyłamał drzwi, waląc nimi w pana Stefana i pogonił lokatora w skarpetkach na ulicę. Dosłownie. Pan Stefan w momencie nagłego najścia właściciela leżał na łóżku i czytał książkę. Nie zdążył nawet wsunąć kapci, w samych skarpetkach uciekał ruchliwą Marszałkowską. Pokrwawiony, oszołomiony po silnym uderzeniu w głowę. Pomogli mu skłotersi z Wilczej. Znaleźli mu jakieś buty, zawieźli do szpitala i zawiadomili policję. Przesłuchania, protokoły, sprawa trafiła do sądu. Pan wojskowy na pierwszej rozprawie zażądał, by przesłuchania odbywały się za zamkniętymi drzwiami. Podobno cały czas płakał i wyrażał skruchę. Łzy nie przystoją mundurowym? To była sprawa o najście i pobicie, a nie o gwałt! Sąd jednak zatrzasnął drzwi przed publicznością.

Byłam na jednej rozprawie. Nasz adwokat, który bronił pana Stefana w sądzie zgłosił, że rozprawom będzie się przysłuchiwał mąż zaufania. Ma do tego prawo. Jako żona zaufania raz zastąpiłam Ulę Żurańską. Zeznawał wtedy pan Stefan. Odniosłam wrażenie, że pani sędzia była znudzona opowieścią o całym ciągu zdarzeń, kiedy to oskarżony zastraszał poszkodowanego, a wreszcie pobił tak, że konieczny był pobyt w szpitalu. Popędzała pana Stefana, przerywała mu. Wyrok pierwszej instancji znam z opowieści. Wojskowy został uniewinniony. Pani sędzia głównie mówiła: eee, aaa, uuu i trudno było zrozumieć jaką znalazła podstawę prawną, by uznać, że wolno wyłamywać drzwi i uszkadzać nimi lokatorów. W ostatni wtorek odbyła się rozprawa apelacyjna. Trwała kwadrans. Pan sędzia na koniec oświadczył, że wyrok zostanie wydany, ale on nie umie powiedzieć o której godzinie. Tak więc na ogłoszeniu wyroku, który staje się prawomocny w momencie odczytania go przez sędziego, nikogo nie było. Następnego dnia pan Stefan dowiedział się w sekretariacie, że jego apelacja została oddalona. Tym samym po raz kolejny usankcjonowany został rozbój w biały dzień.

*Nowy Świat

W ubiegłym tygodniu Komisja Weryfikacyjna ogłosiła dwie decyzje – w sprawie pobranego odszkodowania za znacjonalizowaną dekretem Bieruta działkę na Mokotowie, gdzie dziś stoi wybudowany w latach 60. budynek mieszkalny i drugą – w sprawie Emilii Plater. Beneficjenci wcześniejszych decyzji prezydenta Warszawy (nazwiska obu panów zaczynają się na B.) to prawdziwi hurtownicy, którzy nie zadowalali się jedną kamieniczką, ale chwytali całymi garściami. Pan B. od Emilii Plater był już przesłuchiwany przez Komisję przy okazji rozpatrywania sprawy Mokotowskiej 63. O drugim panu B. dotychczas było cicho, choć jedna jego kamienica figuruje prawie od początku istnienia Komisji w Biuletynie Informacji Publicznej wśród spraw rozpoznawczych, ale kilkakrotnie przekładane były terminy wydania ostatecznego rozpatrzenia sprawy. Mnie interesował ten pan B. od odszkodowania, choć w sprawie tego od Emilii Plater swego czasu też próbowałam interweniować. Jak widać bezskutecznie.

Nie rozumiem dlaczego musi być taki rozrzut w badaniu spraw. O panu B. od Emilii Plater Komisja wie już bardzo dużo. Obecnie przebywa we wrocławskim areszcie, gdzie musi się spowiadać ze swoich „inwestycji”. Komisja badała jego kamienicę pod numerem 12, ale obok, pod numerem 14, jest siedziba firmy pana B. oraz kancelaria adwokacka związanego z nim mecenasa, Tomasza Ż. Gniazdo szerszeni, którym Komisja się jednak nie chce zająć. Nie ma tego adresu nawet w sprawdzających. To samo jest z drugim panem B. Uchylona zostaje decyzja o wypłacie odszkodowania, raptem 1,5 mln zł, a inne jego nieruchomości, w sumie warte pewnie kilkadziesiąt milionów, jakby skryły się pod ochronnym parasolem. Kiedy jeszcze byłam zapraszana do telewizji, by komentować aferę reprywatyzacyjną, pamiętam, że kręciliśmy jakiś program w kamienicy na Kazimierzowskiej, należącej do pana B., tego samego, który wziął odszkodowanie. Komisja nakazała zwrócić półtora miliona, a o Kazimierzowskiej nadal cisza. A jeszcze większa cisza panuje wokół Nowego Światu, na której to kamienicy pan B. uwłaszczył się już w 2000 r. Jej w ogóle nie ma w Komisji.

Niedawno dotarłam do uzasadnienia decyzji prokuratury o umorzeniu dochodzenia w sprawie nieprawidłowości przy reprywatyzacji kamienicy na Nowym Świecie. I znowu, jak to mają w zwyczaju warszawskie prokuratury, śledczy nie dopatrzyli się znamion czynów zabronionych. Na 50 stronach maszynopisu pan prokurator przekonywał byłych mieszkańców, na wniosek których „zbadał” sprawę, że rodzina B. była po wojnie bardzo bogata. Ja wiem, że nestor rodziny, który już nie żyje, ale jego dzieci odzyskują teraz te jego bogactwa, był po wojnie dozorcą w kamienicy na Nowym Świecie, a kamienica w całości została wzniesiona przez Biuro Odbudowy Stolicy na koszt całego narodu, który składał się na to, by Warszawa powstała z ruin. Wszystko jest starannie udokumentowane, do sprawdzenia w archiwach. Pan prokurator jednak ograniczył się do przesłuchania spadkobiercy i dał wiarę jego opowieściom. I przez myśl mu chyba nie przeszło, że podczas wojny ludzie tracili nie tylko domy, ale i życie, że całe narody wychodziły z niej poranione i zubożałe. I w każdym narodzie istniały grupy, które faktycznie wzbogacały się na nieszczęściach bliźnich. Szmalcownicy byli jednak ostro zwalczani we wszystkich krajach dotkniętych działaniami wojennymi. U nas też był dekret Bieruta o podatku od wzbogacenia wojennego, ale dzisiejsze władze i organa dochodzeniowe wolą o nim nie pamiętać.

Śledzę losy kamienicy na Nowym Świecie już ponad 10 lat. Kiedy wreszcie pierwsza nieruchomość pana B. trafiła pod obrady Komisji Weryfikacyjnej miałam nadzieję, że i Nowy Świat zostanie obiektywnie zbadany, że Komisja zajmie się nie tylko przeszłością kamienicy, ale i teraźniejszością oraz skutkami społecznymi, jakie wywołała decyzja burmistrza Śródmieścia z 2000 r. o przekazaniu de facto bezspadkowego mienia w prywatne, bezwzględne ręce. Ale Komisja wybiera badane sprawy w sposób dla mnie niezrozumiały. Zamiast już przy Mokotowskiej zebrać cały materiał dotyczący wszystkich interesów Mirosława B. i rozliczyć go nie z jednej kamienicy, ale po kolei ze wszystkich, to mamy roczne przerwy między jedną i drugą nieruchomością. To samo dotyczy interesów Macieja M. Jego sprawy rozpatrywane były na początku prac Komisji – Twarda, Sienna, Królewska, a wciąż w kolejce czeka koszmarek na Placu Zamkowym i pewnie jeszcze wiele innych działek budowlanych. Przy takim tempie jeszcze za 100 lat nie dowiemy się jakich cudów użyto, by uwłaszczyć się na połowie miasta.

*Krakowskie Przedmieście i Nieborowska

W Biuletynie Informacji Publicznej Komisji Weryfikacyjnej od kilku dni pojawiają się bardzo niepokojące komunikaty: „Informacja dotycząca wydania postanowienia o uchyleniu zabezpieczenia w postaci wpisu ostrzeżenia o podjęciu czynności sprawdzających ul. Smolna 40”. Ten adres nie został jeszcze sprawdzony przez Komisję. Podobnie jak Drewniana 7 i Nieborowska 13, które też znalazły się w spisie uchyleń. O ile można usprawiedliwić decyzje o cofnięciu ostrzeżenia w przypadku kamienic na Rakowieckiej 33 i Mokotowskiej 46a, bo w tych sprawach zapadły już ostateczne decyzje Komisji, o tyle wykreślanie ostrzeżeń w sprawach, które są dopiero w rozpoznaniu wydaje się co najmniej lekkomyślnością, jeśli nie wręcz pójściem na rękę beneficjentom decyzji zwrotowych, bo daje im się czas na spreparowanie nieodwracalnych skutków prawnych.

Moim zdaniem żaden adres jeszcze nie zasługuje na wykreślenie ostrzeżenia, bo sprawy toczą się jeszcze przed sądami administracyjnymi i dopiero wyrok NSA, potwierdzający słuszność decyzji Komisji, będzie gwarantem, że nikt już nie spróbuje kombinować i zarabiać na cudzym majątku. Dwa tygodnie temu na łamach „Rzeczpospolitej” ukazał się duży artykuł o dramatach inwestorów i prywatnych osób, które zostały sparaliżowane przez wpisy Komisji w księgach wieczystych. Jakaś pani tłumaczyła, że zainwestowała ponad milion złotych w mieszkanie i dalej musi się tułać z dziećmi po wynajętych, bo nie może podpisać aktu notarialnego z powodu wpisu ostrzeżenia w hipotece. Nie wiem kto płaci milion przed podpisaniem aktu notarialnego, ale uważam, że to tylko konsekwencja braku ostrożności u tej pani. Dziennikarka, zaniepokojona zastojem w obrocie nieruchomościami przez działania Komisji, zwróciła się z prośbą o wyjaśnienia do rzecznika prasowego Komisji, Witolda Cieśli. Ten wyjątkowo dobrze wychowany i kulturalny człowiek tłumaczył grzecznie, że Komisja sukcesywnie będzie cofać ostrzeżenia. I faktycznie zaraz wycofano ostrzeżenie w księdze Rakowieckiej i Mokotowskiej. Ale za parę dni po niejawnym posiedzeniu Komisji ogłoszono, że przegłosowano wykreślenie wpisów na Nieborowskiej, Drewnianej i Smolnej, a te kamienice dopiero czekają na rozpoznanie.

„Jako członek Komisji Weryfikacyjnej nie widzę potrzeby, aby uchylać zabezpieczenie w postaci ostrzeżenia, a raczej podtrzymać to i sprawę nadal sprawdzać. Tego wymaga nie tylko interes lokatorów, ale także Państwa” – deklarował w Radiu Maryja Jan Mosiński przed niejawnym posiedzeniem Komisji, na którym decydowały się losy tych trzech kamienic. Niestety, musiał być w mniejszości, bo ostrzeżenia jednak wycofano z ksiąg wieczystych. Wbrew interesom lokatorów i Państwa, wbrew logice.

Nie znam sytuacji na Drewnianej i Smolnej. Poseł Mosiński we wspomnianej audycji mówił, że odbywało się tam klasyczne „czyszczenie” kamienic nie tylko z lokatorów komunalnych, ale i właścicieli wyodrębnionych lokali. Ja utrzymuję regularne kontakty z mieszkańcami Nieborowskiej, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia swoich mieszkań, bo straszono ich procesami i komornikami. Wynieśli się w ogóle z Warszawy, ale interesują ich losy mieszkania, w którym spędzili ponad pół wieku. Wiedzą, że zostało wynajęte. Pewnie za pieniądze dużo większe, niż oni byli w stanie płacić. Dziś są przekonani, że znalazł się kupiec, a wycofanie ostrzeżenia ma służyć do stworzenia pozorów, że nabywca działał w dobrej wierze i zaszły nieodwracalne skutki prawne.

Na innych lokatorów, których sprawy są w Komisji, też padł blady strach. Tuż obok Prokuratury Regionalnej w Warszawie, naprzeciwko pomnika Mickiewicza, stoi sobie malutka kamieniczka, której nie było w 1945 r., bo jak całe Krakowskie Przedmieście została doszczętnie zburzona i odbudowana na koszt Państwa, w dodatku niezupełnie w obrysie przedwojennej działki. Ostał się w niej tylko jeden lokator. Cały parter zajmuje kawiarnia, powyżej są tylko dwa mieszkania. Jedno zostało już wyczyszczone i jest teraz wynajmowane. Od lat, odkąd kamieniczka została zwrócona następcom prawnym i szybko odsprzedana, dzieją się tam różne dziwne rzeczy. A to koczują narkomani, a to bezdomni alkoholicy wkradają się na klatkę schodową mimo zainstalowanego domofonu. Pewnego dnia półtora metra od drzwi pana Zdzisława ktoś do klapy na strych przymocował sznur, imitujący szubienicę. Policja, która wtedy interweniowała, oceniła jakość węzła jako bardzo fachową robotę, nie dającą szans wisielcowi. Dla kogo był ten sznur i co miała znaczyć cała inscenizacja? Pan Zdzisław do dzisiaj próbuje zrozumieć symbolikę szubienicy i karmi się złudzeniami, że to było jakieś nieporozumienie. Atrakcji mu nie brakuje. Dzisiaj rano ktoś rozwalił szybę w drzwiach na klatkę schodową. A ledwo kilka dni temu dowiedział się, że właściciel kamienicy złożył do Komisji wniosek o wykreślenie ostrzeżenia z księgi wieczystej. Jeśli wniosek zostanie uwzględniony, to nie ulega wątpliwości, że zajdą nieodwracalne skutki prawne, a on wyląduje na bruku.

Ja też nie mam złudzeń, że mafia reprywatyzacyjna odpuści. Walczy w sądach administracyjnych, walczy w cywilnych i udaje, że przecież oni zawsze działali zgodnie z prawem. O co chodzi? Chodzi o ogromny majątek, warty setki miliardów. I chwała Komisji za to, że jest i że tego majątku broni. Ale tak dać się podejść? Cofać własne decyzje, które dawały gwarancje, że nie rozgrabią nam miasta do końca? Czarno to wszystko widzę.