Przedwojenne długi hipoteczne

Nieruchomość przy ul. Bartoszewicza 1 B nigdy nie powinna być zwrócona, bowiem została przekazana przez przedwojennego właściciela na cele społeczne, czyli mieszkania dla pracowników jednego z ministerstw. Nie za darmo.

W pracach Komisji Weryfikacyjnej pojawił się nowy wątek. Przy okazji badania reprywatyzacji nieruchomości przy ul. Bartoszewicza 1 B, dawny adres – Aleja na Skarpie, znaleziono dokument, mówiący o zrzeczeniu się przedwojennego właściciela wszelkich praw do budynku, a także do gruntu, w zamian za przydział dużego mieszkania w tej kamienicy, już po odbudowie. Jakim cudem mec. Jan Stachura dopuścił, by taki dokument ostał się w archiwach nieruchomości?

Jestem przekonana, że takich zrzeczeń były setki, jeśli nie tysiące. Żeby zrozumieć sytuację mieszkańców Warszawy w pierwszych latach po wojnie, trzeba znać realia tamtych czasów. Przez wiele lat warszawski dekret Bieruta był przedstawiany jako wymysł szatana, walczącego z kapitalistami. Zabierano biednym kamienicznikom ich domy! Prześladowano! Wywłaszczano, wyganiano! Patrzymy na miasto dzisiejszym okiem i podziwiamy solidne przedwojenne kamienice, nie pamiętając, że w 1945 roku w ogóle ich nie było. Jak na ilustracji powyżej, straszyły same zgliszcza, z których w pierwszej kolejności należało ekshumować zwłoki poległych obrońców Warszawy. Trzeba było wywieźć gruz i wznieść nowe mury. Do tego należy dodać niebotyczne długi hipoteczne, jakimi obciążone były prawie wszystkie warszawskie nieruchomości. Warszawa w 1939 r. była miastem bankrutów. Na hipotekach prawie wszystkich kamienic wisiały ogromne długi zapisane w sztabkach złota i właśnie zaczynały biec terminy spłat. Uczciwi ludzie wychodzili z wojny biedakami, skąd mieli brać pieniądze na długi, zaciągnięte w zupełnie innych warunkach gospodarczych? Dekret Bieruta nakreślał pięcioletni termin odbudowy domów. Skąd brać siły i środki na odbudowę? A gdzie się podziać, gdy dom rodzinny został przez wojnę zamieniony w stertę gruzu?

Właścicielem kamienicy na Bartoszewicza 1 B był przed wojną Czesław Tabor. Zachował się dokument, odnaleziony przypadkowo, wcale nie w archiwach kamienicy, wystawiony 12 marca 1949 r. przez Departament Budowlany Biura Odbudowy Stolicy, które było odpowiedzią na podanie złożone przez właściciela. Samo podanie, niestety, nie zostało odnalezione. Informowano pana Tabora, że jego propozycja zrzeczenia się praw tak do budynku, jak i do gruntu została pozytywnie rozpatrzona. W zamian za przekazanie Ministerstwu Przemysłu i Handlu kamienicy, która musiała być odbudowana ze środków BOS, dawny właściciel miał w świeżo wzniesionym domu otrzymać 8 izb. Podobno faktycznie tam mieszkał na takich samych zasadach jak wszyscy, czyli jako lokator komunalny.

Znam podobną historię z Mokotowa. Mój dawny sąsiad, powstaniec warszawski, jeden ze współzałożycieli Klubu Inteligencji Katolickiej, poseł na Sejm dwóch kadencji, zaraz po wojnie zrzekł się praw do zburzonej kamienicy, a przy okazji i do gruntu, które przed wojną należały do jego rodziny. Nie pamiętam adresu, ani żadnych szczegółów. Nie wiem czy na hipotece ciążyły jakieś długi. Ostatnio natknęłam się na jego nazwisko, przeglądając spisy adresów nieruchomości niepodlegających zwrotowi. Napisano, że dostał odszkodowanie. To nie były jednak umowy indemnizacyjne. Odszkodowaniem było duże, ponad stumetrowe mieszkanie na Dąbrowskiego, wtedy jeszcze Szustra, w kamienicy, która nie została zniszczona. Z czasem wykupił je, korzystając z 90-procentowej zniżki. Mieszkał w nim do śmierci i nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby odzyskiwać coś, czego nie było i czego się zrzekł, żeby przeżyć.

Z podobnym przypadkiem zetknęłam się na Żoliborzu, gdzie ten sam mec. Jan Stachura „odzyskał” kamienicę, kupując od spadkobierców roszczenia. Tyle że przedwojenny właściciel nigdy nie wszedł w posiadanie gruntu. Dom został wybudowany na terenie należącym do robotniczej spółdzielni mieszkaniowej, która kilka lat przed wojną zgodziła się na budowę domu, ale gruntu nie chciała sprzedać. Przedwojenny właściciel był więc tylko dzierżawcą działki, którą teraz miasto oddało tzw. następcom prawnym. Oddało na własność! W tej kamienicy zaraz po wojnie otrzymała przydział na mieszkanie babcia dzisiejszej najemczyni. Otrzymała go, bo zrzekła się praw do własnej, zburzonej kamienicy. Nie wiem dlaczego nie wykupiła tego mieszkania, nie chciała/nie mogła? Dziś jej wnuczce i wszystkim mieszkańcom grożą eksmisje.

Zarówno Ratusz wydając decyzje o zwrotach kamienic następcom prawnym dawnych właścicieli, ale też Komisja weryfikująca te decyzje, omijają szerokim łukiem temat przedwojennych długów i udają, że ich nigdy nie było. A to były tony złota! Zazwyczaj udzielane kredyty zapisywano w złotówkach, ale jednocześnie podawano równowartość w sztabkach złota. O te przedwojenne długi swego czasu upominał się Bank Gospodarstwa Krajowego. W połowie ubiegłego wieku informował prezydia rad narodowych (odpowiedniki dzisiejszych urzędów dzielnic) o długach hipotecznych obciążających hipoteki znacjonalizowanych nieruchomości i zwracał się z prośbą o zabezpieczenie wierzytelności w przypadku zwrotu, wypłaty odszkodowania lub przyznania prawa czasowego użytkowania. Sądzę, że bardzo często odmawiano zwrotu nieruchomości między innymi z powodu niespłaconych kredytów, a byłym właścicielom przedstawiano alternatywne rozwiązania, które pozwoliłyby im uniknąć spłaty starych zobowiązań.

Tymczasem mec. Jan Stachura reprezentując trójkę spadkobierców Czesława Tabora odzyskał kamienicę, która dobrowolnie została przekazana ministerstwu, a następnie pani Maria Trzcińska, konkubina mecenasa, odkupiła od nich prawa do nieruchomości za 600 tys. zł, podczas gdy biegli rzeczoznawcy na zlecenie Komisji wycenili jej wartość na 17 mln. zł. Ponad 16 milionów czystego zysku! Tak wygląda przedsiębiorczość po polsku.

Zastanawiający w tym wszystkim jest brak dokumentacji. Odmowa uzasadnienia przyznania własności czasowej to nie były tylko dwa zdania informujące o odmowie i przeznaczeniu nieruchomości na cele społeczne. Od tych decyzji się odwoływano, były uzasadnienia, mediacje. Właścicielka kamienicy na Kazimierzowskiej 34, którą przejął Jakub Rudnicki, były zastępca dyrektora stołecznego Biura Gospodarowania Nieruchomościami, nie tylko mogła spokojnie mieszkać w swoim domu, ale w ramach rekompensaty za dokwaterowanie lokatorów otrzymała niezabudowaną działkę na Bielanach. I to jest zapisane w starej księdze hipotecznej, ale nikt, włącznie z Komisją, nie zwrócił uwagi na taki szczegół. Ta działka, podobnie jak mieszkania na Bartoszewicza, Dąbrowskiego czy Mickiewicza, to był rodzaj odszkodowania, a skoro było odszkodowanie, to o żadnym zwrocie nie mogło być mowy.

Pamiętam takie argumenty mecenasów od reprywatyzacji, którzy wyjaśniali, że umowy indemnizacyjne są nieważne, bo nie były opublikowane w Dzienniku Ustaw. Przyznanych mieszkań i działek zamiennych też nie publikowano, ale one są udokumentowane. Trzeba tylko poszukać. Tak jak znalazły się spisy nieruchomości, za które wypłacono odszkodowania w ramach umów indemnizacyjnych. I okazało się, że raz już za nie zapłacono, potem zwrócono, a potem jeszcze raz zapłacono odszkodowania za utracone zyski. Końca nie widać.