Strona zarezerwowana dla oszustów

Członkowie Komisji litują się nad zreprywatyzowanymi lokatorami, ale jak przychodzi co do czego, to znów nie jesteśmy stroną. Dziś licytacja działki Ady z Dąbrowskiego. Została sam na sam z komornikiem.

Wczoraj rano Ada zadzwoniła do Departamentu Administracyjnego, który obsługuje Komisję Weryfikacyjną, żeby zapytać co ma zrobić, bo sąd zlekceważył decyzję Komisji i komornicy, jeden w Warszawie, drugi w Przasnyszu, nie odpuszczają. Zgodnie z ustawą o Komisji w momencie gdy zreprywatyzowany adres przejdzie ze spraw sprawdzających do rozpatrywanych sądy mają obowiązek wstrzymać wszelkie procesy i egzekucje, które są skutkiem błędnej polityki miasta, do czasu wydania przez Komisję ostatecznej decyzji. Sprawa kamienicy przy ul. Dąbrowskiego od kwietnia figuruje wśród spraw rozpatrywanych przez Komisję, o czym sądy zostały prawidłowo poinformowane. Mimo to komornik z Przasnysza na dzisiaj wyznaczył licytację lasu, który Ada nabyła dawno temu. Za długi, jakie naliczyła jej „właścicielka” mieszkania na Dąbrowskiego. Ada, szukając ratunku przed komornikiem, który działa niezgodnie z prawem, usłyszała jednak wczoraj w Departamencie Administracyjnym, że nie jest stroną w postępowaniu i żadne informacje nie będą jej udzielane. Postawa dokładnie taka sama, kiedy domagaliśmy się w urzędach dzielnic i w Ratuszu dokumentacji procesu reprywatyzacyjnego. „Państwo nie jesteście stroną” – mówiono. I nadal, mimo słów przepełnionych litością, stroną nie jesteśmy. Stajemy się nią tylko wtedy, gdy trzeba płacić. U komorników i w sądach.

Mieszkanie, za które Ada ma dzisiaj zapłacić swoim lasem, w 1945 roku nie istniało, bo to była jedyna kamienica w tej okolicy, którą zmiótł z powierzchni ziemi miotacz ognia. Podobno przez pomyłkę. Domu nie było, ale został oddany „spadkobiercom” przedwojennych właścicieli, zadłużonych po kokardy w bankach. Kamienica warta miliony trafiła w ręce ośmiu „spadkobierców”. Jeden z nich miał długi alimentacyjne, które przez komorników ściągane są w pierwszej kolejności. I tak 1/8 mieszkania Ady trafiła w ręce kobiety, która rzekomo nabyła udziały w jej mieszkaniu na licytacji komorniczej, która nigdy nie była ogłaszana i odbyła się po cichu. Następnie kobieta od pozostałych spadkobierców odkupiła resztę udziałów w mieszkaniu Ady i stała się właścicielką pełną gębą. Rozpoczęły się procesy o zapłatę i eksmisję. Ada nie miała żadnych szans.

Komornik Krzysztof Łuczyszyn, ten sam, który mnie wystawił na ulicę i prowadził egzekucję u Joli Brzeskiej nawet po morderstwie, a ostatnio próbował wyrzucić na Ursynowie dziewczynę z niemowlakiem, wiosną ubiegłego roku miał przeprowadzić eksmisję Ady, ale dzięki blokadzie zorganizowanej przez Piotra Ikonowicza i Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów ze wsparciem skłotersów z Syreny udało się uniknąć najgorszego. W TVP Info kilka dni później był godzinny program na żywo o kamienicy, w którym udział brała Ada, działacze lokatorscy, a także trzech członków Komisji. Z jakim entuzjazmem mówiliśmy o sukcesie, że to koniec złodziejskiej reprywatyzacji, że lokator też człowiek, który ma swoje prawa. Na fali tego sukcesu Ada wypełniła wniosek do Komisji Weryfikacyjnej, żeby cały proces reprywatyzacyjny kamienicy został starannie zbadany.

Minęło kilka miesięcy od zwycięskiej blokady eksmisji, kiedy Krzysztof Łuczyszyn, komornik przy Sądzie Rejonowym dla Warszawy Mokotowa, wszczął egzekucję długów, naliczonych przez „właścicielkę”. Miał już zajętą emeryturę Ady i jej konto bankowe, więc w następnej kolejności zabrał się za dzieła sztuki w jej domu. Kilka obrazów, w tym bezużyteczny dla wszystkich, poza rodziną, dla której jest bezcenny, portret olejny jej rodziców, kilka cennych akwarel aukcyjnych znanych grafików, stół Ludwika Filipa, jedyny, jaki miała w domu i kufer babci, który służył jej za szafę, a był jedyną pamiątką ocalałą z domu rodzinnego we Lwowie. Licytacja nigdzie nie została ogłoszona, podobnie jak licytacja u Brzeskich pamiątek rodzinnych, samowara i kanapy z fotelami w stylu gierkowskim, do której nigdy nie doszło. Licytacja Ady odbyła się w jej mieszkaniu, a przystąpił do niej tylko jeden oferent, prywatnie mąż „właścicielki”. Nabył wszystko. Po 50 zł sztuka. Nie pomogły monity w sądzie i skargi na komornika, który nie ma prawa sprzedawać jedynego stołu, nie ma też prawa wystawiać na licytację obrazów, które bezsprzecznie są dziełami sztuki, bez wyceny rzeczoznawcy. Sam blejtram, na którym namalowano olejny portret rodziców Ady, kosztuje więcej niż 50 zł.

Na tym grabież dorobku życia Ady wcale się nie skończyła. Komornicy odkryli, że od prawie 20 lat jest właścicielką działki niedaleko Przasnysza, 2,5 hektara lasu. I właśnie dzisiaj miała się odbyć licytacja jej lasu. Nie wiem czy się odbyła i czym zakończyła. Czym zakończyła się prośba do Komisji o wstrzymanie działań komornika, napisałam wcześniej. Nie dodałam tylko, że pierwsza rozmowa na ten temat odbyła się miesiąc temu. I że dwa tygodnie temu Ada przesłała Komisji wszystkie dokumenty. Nie pojechała do Przasnysza, bo warszawski komornik zabrał jej wszystkie pieniądze i nie miała na bilet. Zresztą, co by dała jej obecność przed sądem, bo do środka by jej nawet nie wpuścili. Jako dłużnik nie ma prawa uczestniczyć w licytacji.

Słyszałam wielokrotnie jak członkowie Komisji oburzali się, że lokatorzy, których los był zależny od decyzji reprywatyzacyjnych Ratusza, nie byli stroną w postępowaniach zwrotowych. I pamiętam jak będąc jeszcze w społecznej radzie przy Komisji widziałam zwożone wózkami stosy dokumentów dla aplikantów przysyłanych przez mecenasów Stachurę czy Nowaczyka. Godzinami wertowali akta i robili zdjęcia. Mieli prawo, bo reprezentowali stronę postępowania, czyli oszustów wyłudzających kamienice. Przychodzili, by przygotować zaskarżenie decyzji Komisji i mieli wgląd we wszystkie dokumenty. Lokatorzy, których przesłuchiwano w ramach otwartych posiedzeń Komisji mieli wgląd wyłącznie w stenogram swoich wypowiedzi. Byli tylko świadkami. I nieważne, że to oni płacili najwyższą cenę za politykę Miasta. Dziś są traktowani tak samo jak kiedyś. Uzyskują status strony wtedy, gdy trzeba płacić.