Transakcja w warszawskim getcie

Na środowym dyżurze prawnym WSL znowu wrócił temat podatku od wzbogacenia wojennego. Przyszli do nas mieszkańcy kamienicy, w której większość udziałów została zakupiona w 1942 r. Czyżby w getcie warszawskim?

Ten tekst napisałam dwa lata temu i był opublikowany w Dzienniku Gazecie Prawnej. Przypominam go, bo temat dekretu Bieruta o podatku od wzbogacenia wojennego wraca jak bumerang przy reprywatyzacji wielu nieruchomości, a jednak nikt z decydentów nie zauważa problemu. Zarówno Ratusz przy wydawaniu decyzji o zwrocie budynku nie zastanawiał się jak i dlaczego handlowano kamienicami, gdy z nieba sypały się na miasto bomby, jak i Komisja Weryfikacyjna, która bada dzisiaj prawidłowość postępowań zwrotowych nie zauważyła, że poza dekretem warszawskim Bierut wydał jeszcze wiele innych, w tym ten, który miał za zadanie karać szmalcowników. Bo jak inaczej nazwać transakcje zawierane w getcie warszawskim, jak nie szmalcownictwem?

Już po publikacji artykułu mieszkańcy opisywanej tu kamienicy odkryli, że Zlata Wajsflajsz nie wzięła się na Wileńskiej znikąd. Nie kto inny, tylko jej ojciec budował ten dom, być może więc miała prawo dysponować nim bez wiedzy swego męża. Nie zmienia to jednak faktu, że transakcja zawarta w getcie jest po prostu niemoralna i nigdy nie powinna być traktowana w państwie prawa jako normalna i akceptowalna.

Właścicielem okazałej kamienicy na Wileńskiej 7 był przed wojną Szmul Wajsflajsz, lekarz żydowskiego pochodzenia. Dwa dni przed wybuchem wojny zmobilizowano go i nigdy już nie wrócił do domu. W 1940 r. został zamordowany w Katyniu strzałem w tył głowy. Jego żonę Zlatę oraz córeczkę Zuzannę w tym samym 1940 roku przesiedlono do warszawskiego getta. Obie też nigdy nie wróciły na Wileńską. Zlata nie przeżyła. Zuzannę podobno uratowano. Tyle wiedzieli mieszkańcy domu doktora, gdy w 2014 r. dotarła do nich informacja, że o zwrot nieruchomości upomniała się trójka spadkobierców z Białegostoku. Dzieci Zuzanny? Nawet się ucieszyli, bo to byłby żywy dowód, że plan Hitlera jednak się nie powiódł. Niestety, szybko ustalili, że tzw. spadkobiercy nie mają nic wspólnego z Zuzanną, Zlatą i Szmulem.

Ciąg wielkich, szarych kamienic z ulicy Wileńskiej na warszawskiej Pradze aż krzyczy o remont. Czasami tak głośno, że echo niesie się aż do Ratusza, po drugiej stronie Wisły. Jak 9 kwietnia 2017 r., kiedy późnym wieczorem z hukiem zawaliła się klatka schodowa pod „piątką”. Szczęściem nikogo w środku nie było. To jest pustostan; lokatorów dawno już wysiedlono, a bezdomnych, którzy często tam nocują, intuicja chyba ostrzegła, by tej nocy omijali zrujnowany budynek. Mieszkańców jednej z oficyn sąsiedniej „siódemki” chwilę po katastrofie ewakuowano do hoteli, ale już następnego dnia nadzór budowlany orzekł, że mogą wrócić do domów. Nie stwierdzono zagrożenia. Na razie.

Wileńską 7 zaczęto budować w 1890 roku na planie litery U. Po środku czteropiętrowej budowli frontowej jest brama, w niej wejścia do dwóch klatek schodowych, dalej obszerny dziedziniec, z dwóch stron otoczony oficynami. W sumie około 60 mieszkań, dużych, wygodnych, wysokich na ponad trzy metry. Ślady dawnej świetności widać na klatkach schodowych, gdzie zachowały się biało-czarne posadzki z terakoty, podobne do tych z Zamku Królewskiego oraz oryginalna stolarka, której kunszt schowano pod wieloma warstwami farby olejnej, pokrywającej nawet ozdobne okucia mosiężne. Na każdym piętrze są tylko dwa mieszkania. W wielu od dawna nikt nie mieszka. Tam, gdzie starzy lokatorzy poumierali, zaplombowano drzwi i nikogo na ich miejsce nie wprowadzono. Najpierw tłumaczono, że ze względu na zły stan techniczny budynku, że drewniane stropy po tylu latach użytkowania mogą stanowić zagrożenie. Potem nagle stwierdzono, że jest roszczenie i miasto nie ma już nic do gadania w sprawie takiej nieruchomości. Identycznie od lat argumentowano odmowy, jakie otrzymywali lokatorzy, gdy chcieli wykupić na własność swoje mieszkania. Latami mamiono ich, że po remoncie, ale od trzech lat już wiedzą, że nigdy nie będą na swoim. A może w ogóle ich nie będzie, bo pogonią, jak tych z Targowej, Otwockiej, Grochowskiej?

Widmo bezdomności, które zawisło nad mieszkańcami Wileńskiej 7, zmusiło ich do biegania po urzędach, zadawania trudnych pytań, wertowania dokumentów i ksiąg wieczystych. Najpierw dowiedzieli się, że o zwrot kamienicy upominają się Paweł C., Anna H. i Ewa M., spadkobiercy Zbigniewa Cichońskiego. A ten skąd się wziął? pytali zdziwieni, bo przecież wiedzieli kto był właścicielem przed wojną i co się z nim stało.

Sprawdzili w księdze wieczystej i ze zdumieniem znaleźli jako właścicieli Zbigniewa Cichońskiego oraz małżeństwo Cecylię i Władysława Guzel, którzy w 1947 roku wspólnie kupili kamienicę od Jerzego Zawadzkiego. A ten to kto? Zaczęło się żmudne śledztwo.

Najpierw dotarli do dokumentów meldunkowych, przechowywanych w Archiwum Państwowym m. st. Warszawy na Krzywym Kole. Dowiedzieli się, że Szmul Wajsflajsz zamieszkał w lokalu pod numerem 6 już w 1924 r., a 5 lat później zameldowała się Zlata, prawdopodobnie tuż po ślubie. 30 maja 1930 r. urodziła się Zuzanna. Miała więc 10 lat, gdy razem z mamą otrzymała nakaz przeprowadzki do getta. Natomiast żaden z powojennych właścicieli ani ich spadkobiercy nigdy nie zameldowali się w swojej własności.

Następnym krokiem było dotarcie do aktu notarialnego z 1947 roku, sporządzonego przez notariusza Tomasza Baranieckiego, który prowadził kancelarię na Kapucyńskiej 6, czyli przy sądzie hipotecznym. Notariusz zaświadczył, że 19 kwietnia 1947 r. stawili się przed nim jako sprzedający Jerzy Zawadzki, zamieszkały w Otwocku, przy ul. Zamenhofa, w domu Landsberga (prawdopodobnie był to sierociniec dla ocalałych z wojennej pożogi żydowskich dzieci), a jako kupujący Władysław i Emilia Guzel z Kolonii Szpakowa w gminie Kalinówka oraz nieletni Zbigniew Cichoński, który swoją tożsamość poświadczył legitymacją szkolną gimnazjum w Białymstoku. Jerzy Zawadzki sprzedawał zadłużoną jeszcze przed wojną, a po wojnie objętą dekretem Bieruta kamienicę przy Wileńskiej 7, którą nabył w 1942 roku przed Sądem Polubownym w getcie warszawskim od Zlaty Wajsflajsz.

– Czy w 1942 roku można było swobodnie wejść do getta, mówiąc strażnikowi przy bramie, że tylko na chwilkę, bo jest okazja, by kupić kamieniczkę? – pytam prof. Barbarę Engelking, kierownika Centrum Badań nad Zagładą Żydów w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN.

Wchodzili. Dawali łapówki strażnikom. Wchodzili różni handlarze i notariusze, wynosili sporządzone przez siebie dokumenty, czasem kosztowności – odpowiada spokojnie. – Ja jestem psychologiem i socjologiem. Nie umiem powiedzieć jaką wartość miały transakcje zawierane za murami getta przed sądami polubownymi, które były raczej radami społecznymi do rozstrzygania drobnych sporów. Należałoby pytać prawników jak po wojnie były traktowane te transakcje. Ja mogę tylko powiedzieć, że było ich dużo. Że ludzie dla ratowania życia byli gotowi oddać wszystko, a szansa na uratowanie dziecka była ważniejsza od jakiejś kamienicy…

Jeśli Jerzy Zawadzki zajmował się ratowaniem żydowskich dzieci i rzeczywiście mógł ocalić Zuzannę, która w 1942 r. miała ledwie 12 lat, to nie ma co się dziwić matce, że poświęciła kamienicę, by ratować córkę. Tylko że Zlata Wajsflajsz nigdy nie była właścicielką kamienicy. To był majątek odrębny jej męża, nabyty przed ślubem. Po śmierci Szmula Zlata wraz z córką były jego spadkobierczyniami, ale przecież nie mogły wiedzieć, że on nie żyje. A nawet gdyby jakimś cudem wiadomość o jego śmierci dotarła z Katynia do warszawskiego getta, to przecież nie było aktu zgonu, bez którego nie ma możliwości przeprowadzenia postępowania spadkowego.

Te dokumenty spisywane przed sądami pokoju, które działały w gettach, nie miały żadnej mocy prawnej – wyjaśnia Piotr Rytka-Zandberg, ekspert do spraw restytucji żydowskiego mienia w Związku Gmin Wyznaniowych RP. – Po pierwsze: hitlerowskie prawo zabraniało jakiegokolwiek handlu z Żydami. On oczywiście istniał, ale był nielegalny. Po drugie: działające w gettach sądy pokoju nie miały żadnego umocowania w państwowym systemie prawnym, zarówno w kraju będącym pod okupacją, jak i po jego wyzwoleniu. One nie mogły zastępować ani notariuszy, ani sądów cywilnych. Jedynym sposobem na to, żeby zalegalizować taki akt przeniesienia własności było poddanie go weryfikacji przez legalnie powołany sąd już po zakończeniu działań wojennych…

I tu jest właśnie problem spędzający sen z powiek mieszkańcom Wileńskiej 7. Według dokumentów, jakimi dysponuje Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa 31 stycznia 1947 r. Sąd Okręgowy w Warszawie wydał postanowienie, na mocy którego Jerzy Zawadzki został uznany prawowitym właścicielem kamienicy kupionej pięć lat wcześniej za murami warszawskiego getta od kobiety, która nigdy nie była właścicielką tej nieruchomości. Chwilę potem notariusz Tomasz Baraniecki wpisał jego nazwisko do księgi wieczystej jako jedynego właściciela.

Po latach okupacji, kiedy na nowo trzeba było zorganizować całe sądownictwo, sprawami cywilnymi zajmowały się sądy grodzkie. Do ich kompetencji należały wszelkie sprawy spadkowe czy rozstrzyganie przy spornych aktach przeniesienia własności. Dlaczego w tej sprawie wypowiadał się sąd okręgowy? Jaki sąd? Cywilny, wieczystoksięgowy? Nie udało mi się dotrzeć do dokumentacji. Nie wiadomo czy ona w ogóle istnieje. Jak poinformowano mnie w Sądzie Okręgowym w Warszawie, najdłużej przechowywane archiwalne akta spraw cywilnych po 50 latach są niszczone. Według tej zasady akta dotyczące postanowienia z 1947 roku powinny być przemielone 20 lat temu.

Jest jeszcze jeden element puzzli na Wileńskiej 7, którego próżno szukać w dokumentacji kamienicy. To są podatki. Wszystkie europejskie kraje dotknięte działaniami wojennymi borykały się z plagą szabrownictwa i były zmuszone podejmować restrykcyjne środki, by zapobiegać grabieży tych resztek majątków, które nie legły w gruzach. W Polsce służył temu specjalny dekret Bieruta – nadzwyczajny podatek od wzbogacenia wojennego, wydany 13 kwietnia 1945 r. Obejmował on wszystkie transakcje zawarte od 31 sierpnia 1939 r. do 31 sierpnia 1945 r. dokonane w podejrzanych okolicznościach, które były wynikiem kolaboracji lub interesów gospodarczych z okupantem, ale też majątek powstały poprzez szantaż osób żydowskiego pochodzenia.

Trudno powiedzieć czy Jerzy Zawadzki szantażował Zlatę Wajsflajsz, czy tylko pomagał na ile mógł. Nie ulega jednak wątpliwości, że przejmując pożydowskie mienie wzbogacił się podczas wojny. Zgodnie z obowiązującym wówczas dekretem był zobowiązany zgłosić się do izby skarbowej i zapłacić podatek w wysokości 75 proc. wartości kamienicy.

Bogacenie się na wyniszczającej całe narody wojnie jest w najwyższym stopniu niemoralne – mówi dr Tomasz Luterek, autor książki „Reprywatyzacja. Źródła problemu”. – Jeżeli wskutek takich, a nie innych uwarunkowań geopolitycznych przez 70 lat nie byliśmy w stanie uporać się z reprywatyzacją, a teraz oddajemy nieruchomości przed wojną zadłużone, po wojnie zrujnowane, a jeszcze okazuje się, że w międzyczasie, między nalotami bombowymi, te budynki zmieniały właścicieli, to obowiązkiem decydentów, wydających spadkobiercom mienie warte wiele milionów złotych jest dokładne sprawdzenie i długów ciążących na hipotekach, i kosztów odbudowy, i niezapłaconych podatków. Tatuś lub dziadek nabyli podczas wojny kamienicę? Proszę pokazać pokwitowanie z izby skarbowej, że opłacono należny podatek. Nie ma kwitu? Kamienica przechodzi na własność Skarbu Państwa. I nie ma dyskusji.

Artykuł 10 (2) dekretu mówi (pisownia oryginalna za Dziennikiem Ustaw): „Nie zapłacenie podatku wymierzonego w ostatecznym toku instancji pociąga za sobą przepadek opodatkowanego mienia na rzecz Skarbu Państwa”. Nie wiadomo czy organa skarbowe zdążyły Jerzemu Zawadzkiemu wymierzyć podatek, bo do księgi wieczystej ten pan zawitał tylko na krótką chwilkę. W lutym 1947 r. notariusz go wpisał, a w kwietniu wypisał, bo Zawadzki sprzedał za 3 mln zł kamienicę małżeństwu Guzelów i gimnazjaliście Cichońskiemu. A czy oni zapłacili? Art. 9 dekretu mówi wyraźnie, że zbycie w całości lub w części majątku podlegającego nadzwyczajnemu podatkowi od wzbogacenia wojennego nie zwalnia zbywcy od obowiązku zapłacenia podatku, nabywca zaś odpowiada solidarnie ze zbywcą za tenże podatek – koniec cytatu.

Od 2014 r. o zwrot kamienicy przy Wileńskiej 7 stara się w imieniu spadkobierców Cichońskiego i Guzelów znana wrocławska kancelaria adwokacka. Decyzja o zwrocie kamienicy została wstrzymana. Ale nie z powodu podejrzanej transakcji z 1942 r. w getcie warszawskim, nie z powodu braku opłaty podatku od wzbogacenia wojennego, czy przedwojennych długów ciążących na hipotece. Nie można zwrócić kamienicy dlatego, że nieznane jest miejsce pobytu jednej ze spadkobierczyń.

Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa, które badało sytuację prawną kamienicy Wajsflajszów twierdzi, że nie ma innych podstaw do odmowy zwrotu nieruchomości prawowitym spadkobiercom. Przecież doszło do zmiany właścicieli. Umowy cywilnoprawne były zawierane przed uprawnionymi organami. Do chwili obecnej nie zostały wycofane z obiegu prawnego, więc o co chodzi? „Prowadząc postępowanie dotyczące oceny legalności orzeczeń dekretowych organ nadzoru zawsze dokłada staranności w gromadzeniu materiału dowodowego i rzetelności w jego ocenie” – napisał w odpowiedzi na zapytanie posła Pawła Lisieckiego o stan prac nad decyzją o przyszłości kamienicy przy Wileńskiej 7 jeden z wiceministrów. I na tym właśnie problem polega. Mamy podstawy podejrzewać, że w przypadku pozostałych 4 tysięcy zwrotów majątku wartego miliardy dochowywano takiej samej staranności.