Tydzień z głowy

*Kazimierzowska

To było chyba miesiąc temu. Sylwia jak zawsze wyszła na nocny spacer z Lady. Jak samo imię wskazuje, to nie pies obronny, tylko dama rasy west highland white terrier, w skrócie westie, taki mały piesek, który wygląda jak pluszowa zabawka. Właśnie wracały do domu, gdy jakiś zakapturzony drab przebiegając obok nich, walnął Sylwię w ramię, zawołał „bój się” i zniknął w ciemnościach. Uderzenie nie było silne, właściwie nic się nie stało ani Sylwii, ani Lady. Ale Sylwia zaczęła się trochę bać. No bo Komisja wprawdzie wydała decyzję, że kamienica na Kazimierzowskiej, w której Sylwia mieszka od zawsze, wraca do miasta, wprawdzie obroniła swoją decyzję w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym, wprawdzie mokotowski urząd przejął zarządzanie nieruchomością, ale w księdze wieczystej nadal figuruje jako właściciel Jakub R., były zastępca dyrektora BGN, który podpisał setki wątpliwych decyzji reprywatyzacyjnych, a sam dla siebie też zgarnął jedną kamieniczkę, w której właśnie mieszka Sylwia. Małgorzata Zubik niedawno pisała w „Gazecie Wyborczej”, że nic nie jest jeszcze przesądzone w sprawie Kazimierzowskiej, bo wprawdzie Komisja wygrała w sądzie z Jakubem R., który wspólnie z Ratuszem zaskarżył tę decyzję, ale przecież wyrok nie jest prawomocny, stronom przysługuje jeszcze apelacja i wcale nie jest wykluczone, że kamienica znów wróci do Jakuba R. A sam Jakub R. po wpłaceniu kaucji wyszedł niedawno na wolność z wrocławskiego aresztu. Jego mamusia i tatuś, którzy chwilowo byli właścicielami kamienicy Sylwii, a we Wrocławiu spędzili trochę czasu, też cieszą się już wolnością. Tatuś, były minister zdrowia, tylko chwilę przebywał w areszcie, bo zwolniono go ze względu na stan zdrowia (w końcu specjalista od zdrowia!). Sylwia jego się nie boi, samego Jakuba R. też nie, ani jego chłopców na posyłki, ale co do mamusi to ma uzasadnione obawy. Dobrze pamięta Alinę D., obrotną panią mecenas, z sali sądowej, kiedy spierały się procesowo o wysokość stawki czynszu. Sylwia wtedy wygrała, ale odniosła wrażenie, że jej przeciwniczka z sądowej sali może być zdolna do wszystkiego.

W czwartek, 25 kwietnia demonstrowaliśmy pod Sejmem, żądając ustawy reprywatyzacyjnej. Sylwia nie przyszła, chociaż zależy jej na tej ustawie tak samo jak mnie. Myślałam, że coś jej wypadło lub źle się czuje, a wieczorem na facebooku czytam i oczom nie wierzę: „nie mogłam być – pisze Sylwia pod naszym rodzinnym zdjęciem na tle Sejmu – w poniedziałek wielkanocny zostałam na spacerze napadnięta, komuś spodobał się mój złoty naszyjnik, pamiątka z Cypru. Że krzyczałam, to dostałam cios w okulary na nosie. Dzięki Bogu pęknięcie czaszki przy oczodole samo się zrasta.” Incydent miał miejsce znowu na spacerze z Lady. Od razu skojarzyłam go z drabem, który nakazał Sylwii bać się, ale nic nie mówiłam, by jej dodatkowo nie przerażać.  Aż tu tydzień temu czytam, że w sobotę do kamienicy na Kazimierzowskiej zawitał gość w żółtej kamizelce odblaskowej z napisem „inspekcja budowlana”, z kajecikiem w ręku i tekstem, że przysłała go administracja na inspekcję. Nikt go nie chciał wpuścić do mieszkania, ale Sylwia, z natury ufna, otworzyła drzwi. Facet zapisał, że sufit w jednym pokoju jest do remontu, bo spod tynku sypie się trzcina, że rynny przeciekają, że przewód kominowy wymaga całkowitej rekonstrukcji i poszedł. Był nawet miły. Dopiero po jego wyjściu Sylwia wpadła w panikę. W soboty administracja nie pracuje, to dlaczego ten człowiek przyszedł w dzień wolny od pracy? I po co? Nie wylegitymował się! A może przyszedł na przeszpiegi, przysłany przez rodzinkę, która straciła lukratywną posiadłość na starym Mokotowie? Mąż Sylwii zrobił jej awanturę, znajomi na fejsie też nie szczędzili inwektyw. No bo jak można być tak lekkomyślną?! Nowy tydzień Sylwia zaczęła od telefonu do administracji. Pan okazał się być prawdziwym inspektorem, wynajętym przez administrację i otrzymał zlecenie zrobienia inwentaryzacji przed remontem, który mimo obaw Sylwii i „Gazety Wyborczej” urząd gminy Mokotów ma w planach.

Kiedyś przeżyłam taką wizytę człowieka z administracji, który miał zapisać w kajeciku usterki. Też była sobota. Nie miał kamizelki odblaskowej, tylko kufajkę i berecik z antenką. Po jego wyjściu pobiegłam pytać sąsiadów, czy u nich też był. Nie. Tylko u mnie robił przegląd techniczny. W poniedziałek, pełna niepokoju pognałam do administracji, zapytać czy przysyłali kogoś. No skąd? Przecież jest roszczenie do kamienicy, więc oni już nie robią żadnych napraw. Facet miał pecha, bo ja go sobie dokładnie zeskanowałam w mózgu. Po 10 latach udało mi się go zidentyfikować. To był jeden ze spadkobierców. Do dzisiaj nie rozumiem po cholerę się przebierał. To było jeszcze zanim  „odzyskał” kamienicę i zanim wszedł w układ z mafią. Nie mógł po prostu przyjść i zwyczajnie się przedstawić? Od tamtej pory jestem uczulona na wizyty majstrów od przeglądów technicznych.

Kiedy Komisja ogłasza decyzje o przyznaniu odszkodowań i zadośćuczynień dla lokatorów, to wiem, że takie lęki jak Sylwii i moje na pewno nie są brane od uwagę. Powszechnie uważa się, że to tylko histerie. Nie! Mamy zbyt dużo bolesnych doświadczeń, żeby lekko traktować zaczepki na ulicy i niezapowiedziane wizyty. Nasze teorie spiskowe też nie biorą się z sufitu, ale są wynikiem krzywd doznanych osobiście lub przez inne zreprywatyzowane osoby, opisane z mediach albo poznane na manifestacjach. Główkowanie co nam jeszcze może grozić, codzienne niepokoje i strach o jutro to są straty chyba większe, niż warte są te mieszkania. Co gorsza, one z nami zostają, nawet po wyprowadzce…

*Schroegera

Co, jak co, ale uchylenie przez Komisję Weryfikacyjną decyzji Ratusza w sprawie kamienicy na Schroegera 72 wydawało się nie do zakwestionowania. Podczas jawnego posiedzenia Komisji, transmitowanego w telewizji i zarejestrowanego na YouTube, udowodniono, że handlarka roszczeniami, Ewa Kaszycka, nigdy nie powinna przejąć bielańskich kamienic na Schroegera, które przed wojną miały dwóch współwłaścicieli. Domy zbudowała robotnicza spółdzielnia, która zbankrutowała, a po wysiedleniu spółdzielców, którzy zdążyli tam zamieszkać, została wystawiona na sprzedaż. Nabywcami byli Borys Bielajew i Henryk Towarnicki. Kamienicę zwrócono w 2008 r., ale po śledztwie, jakie przeprowadzili mieszkańcy, sam Ratusz zaczął mieć wątpliwości czy decyzja była zasadna. W 2013 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny badał po raz kolejny sprawę powojennych pełnomocnictw, udzielonych adwokatowi Michałowi Grabowskiemu nie wiadomo przez kogo i kiedy, bo nie ma oryginału dokumentu, zachowała się jedynie kopia. Sąd uznał wtedy, że decyzja Ratusza została wydana z naruszeniem prawa, bowiem zarówno Samorządowe Kolegium Odwoławcze, jak i Prezydent Warszawy zaniechali ustalenia, czy przedwojenni właściciele w ogóle udzielili pełnomocnictw adwokatowi, który wystąpił z wnioskiem dekretowym o ustanowienie własności czasowej. Decyzja Ratusza została wtedy uchylona. A sam Ratusz zadeklarował wykreślenie p. Kaszyckiej i spadkobierców z ksiąg wieczystych i wpisanie na ich miejsce Skarbu Państwa, ale tego nie zrobił.

Jak dwaj bracia Bielajew mogli w latach 40. ubiegłego wieku stanąć wspólnie przed adwokatem, skoro jeden z nich wnosił do sądu wniosek o uznanie drugiego brata za zmarłego, bo nie miał z nim kontaktu od 1937 r.? Nie miał kontaktu od 10 lat, chciał uznać brata za zmarłego, a poszedł z nim pod rączkę do adwokata? W dodatku mieszkał w Ameryce i nie ma żadnego dowodu, że w tym czasie odwiedzał Polskę. W maju ubiegłego roku Komisja Weryfikacyjna jeszcze raz uznała, że kamienica na Schroegera 72 wydana została handlarce i spadkobiercom z naruszeniem prawa i nakazała miastu przejąć zarząd nad nieruchomością, co zostało zaskarżone do WSA, jak wszystkie inne decyzje Komisji. I ten sam sąd, który twierdził nie tak dawno temu, że nie dopełniono obowiązku ustalenia czy adwokat występujący o zwrot kamienicy był prawidłowo umocowany, teraz wstrzymuje wykonanie decyzji Komisji. Nie unieważnia jej, tylko wstrzymuje wykonanie. Dziwny ruch.

W kamienicy jest 19 mieszkań. Pani Kaszycka mówiła przed Komisją, a także dziennikarzom, że lokatorzy złośliwie przedstawiają ją jako czyścicielkę, a przecież nikt nie został pokrzywdzony w wyniku tej reprywatyzacji. Tymczasem 13 mieszkań od lat stoi pustych! Na placu boju pozostały trzy rodziny, którym udało się wcześniej wykupić mieszkania i trzy kolejne o statusie komunalnym. Mieli już wyznaczone terminy eksmisji, ale interwencja Komisji Weryfikacyjnej wstrzymała wykonanie wyroków. Kiedy słyszę o braku lokali komunalnych w stolicy i straszliwym głodzie mieszkaniowym to od razu staje mi przed oczyma w pierwszej kolejności kolekcjoner kamienic Marek M., a potem pani Kaszycka, która walczy o trzy kamienice nie tylko na Schroegera, ale od 20 lat stara się przejąć także trzy kamienice na Puławskiej, bo do nich też kupiła szczątkowe roszczenia. Widocznie lubi takie hurtowe zakupy.

Jeżeli chodzi o sytuację mieszkańców spornej kamienicy, to moim zdaniem nie ma podstaw do obaw. Wstrzymanie wykonania decyzji nie oznacza, że pani Kaszycka odzyskała pełnię władz. Być może mieszkańcy będą zmuszeni płacić czynsz na jej konto, ale to będą te same stawki, jakie płacili w administracji domów komunalnych. Mimo że beneficjenci decyzji zwrotowych dalej walczą i prędko nie odpuszczą, to trochę zmieniło się orzecznictwo w sądach i interpretacja art. 678 kc. Ani pani Kaszycka, ani pani Wierzbicka (o której poniżej) nigdy nie były stroną naszych umów najmu i nie mają prawa w nich grzebać. Jeszcze raz polecam lekturę tekstu na tym blogu Artykuł 678 kc i polecam swoje usługi przy pisaniu opinii do sądu. Dość samowoli i krętactwa!

*Lutosławskiego

Mimo decyzji Komisji w sprawie Lutosławskiego, która udowodniła, że Ratusz wydał kamienicę wybudowaną ze środków publicznych Izabelli Wierzbickiej, spadkobierczyni gruzów, bo budynek był całkowicie zburzony, z rażącym naruszeniem prawa i unieważnił wcześniejszą decyzję, horror na Lutosławskiego trwa nadal. Przypomnę tylko, że to jest ta kamienica, w której doszło do dwóch nielegalnych eksmisji, a jedna z nich zakończyła się śmiercią z wychłodzenia w pustostanie, gdzie wyrzucony z mieszkania pan Marek Orłowski szukał schronienia. To tam dochodziło do haniebnych awantur, a nawet rękoczynów. Wydawało się, że decyzja Komisji oraz powszechne potępienie metod stosowanych przez rodzinę spadkobierczyni pohamuje agresję „właścicieli”.

W długi weekend majowy, bodaj w czwartek, pan Jan, najbardziej znienawidzony przez rodzinę Wierzbickich lokator, szedł chodnikiem do domu. Z naprzeciwka wracała z zakupów jego żona. Pan Jan minął zaparkowanego dwoma kołami na chodniku jeepa, takie wielkie, silne bydlę terenowe, bodaj compass. Kiedy był już dość daleko od samochodu, ten nagle ruszył z impetem, ale nie zjechał na jezdnię, tylko z wielkim wyciem gnał do przodu po chodniku, wprost na pana Jana. Za kierownicą siedział Wierzbicki. Dosłownie w ostatniej sekundzie pan Jan uskoczył do muru, a jeep zjechał na ulicę. „On mnie pewnie chciał tylko przestraszyć, bo rozjechać by się chyba bał…” – tłumaczy sobie dzisiaj pan Jan. Dalej wypadki potoczyły się bardzo szybko. Nim doszedł do żony, niesamowity ból zaczął mu rozsadzać głowę i klatkę piersiową. Doczłapali jakoś do domu, żona zmierzyła mu ciśnienie. Było ponad 200, a dolne 100. Natychmiast zadzwoniła po pogotowie. W szpitalu zrobiono mu badania i okazało się, że przeszedł właśnie zawał serca. Operowano go w nocy, balonikiem rozbito zakrzepy i założono stenty. Trzy doby spędził na OIOM, ale jego życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo.

Gdyby Wierzbiccy odpowiedzieli za śmierć pana Marka Orłowskiego, za to, że go okradli i znęcali się nad nim, za upokorzenia, jakich doznał wyrzucony bezprawnie pan Darek, za pobicie studentki z Ukrainy, pewnie nie przyszłoby im do głowy rozjeżdżać na chodniku lokatorów. To jest już trzeci sygnał, jaki dotarł do mnie od ludzi, których zreprywatyzowano. Po raz pierwszy na Marysinku Wawerskim jaśnie pan właściciel przed swoim domem wjechał na chodnik z zamiarem rozjechania dwóch studentów, który śmieli urodzić się w jego domu i byli na tyle bezczelni, że nie mieli się dokąd wyprowadzić. Potem w sądzie mówił, że to oni na niego napadli i zniszczyli mu samochód. Na szczęście sąd nie dał mu wiary, ale też w żaden sposób nie ukarał. I jeszcze na Grochowskiej było podobne zdarzenie. Być może przypadek, a być może nie. Rajdowiec jeżdżący po chodniku i namierzający pieszą nie został rozpoznany.

Muszę chyba zakończyć retorycznym pytaniem: Czy to się kiedyś skończy?