Tydzień z głowy

*Mariensztat

To się chyba nigdy nie skończy! Nie jest tak, że wyrzucą z mieszkania i dadzą spokój. Potem jeszcze mają roszczenia o „długi” i „odszkodowania za bezumowne zajmowanie lokalu”. I nieważne, że nie mieli prawa grzebać w umowach, których nie byli stroną. Są w prawie, bo mają prawomocne wyroki. Mnie w ten sposób zrobili ponad 100 tys. długu. Poświąteczny tydzień zaczął się od spraw komorniczych. Nie moich, ale podobnych. W styczniu tego roku Komisja Weryfikacyjna wydała decyzję w sprawie Mariensztatu 9. To tam doszło do skandalicznej, bezprawnej eksmisji Zuzanny w kwietniu 2015 r. W jej obronie stanęli sąsiedzi i działacze lokatorscy, ale nie mieli szans wobec antyterrorystów, którzy nie przebierali w środkach, by ułatwić komornikowi łamanie prawa. Od tamtej pory Zuza pałęta się od jednego wynajętego pokoju do drugiego przy obcych rodzinach. Jej rodzice wcześniej wynieśli się ze stolicy, bo kiedyś kupili stare gospodarstwo na Mazurach i kiedy rozpoczęły się kłopoty z następcami prawnymi, postanowili przenieść swoje deski kreślarskie, sztalugi, farby i całe życie na wieś. A za nimi pojechały „długi”. Zuza została ze względów zawodowych.

Przed Wielkanocą rodzice Zuzki otrzymali prezent od pana komornika. Postanowił wystawić na licytację ich gospodarstwo. Przysłał biegłego sądowego, by wycenił majątek „dłużników” (2 tys. za usługę na koszt dłużnika) i zagroził, że jeśli do połowy maja nie spłacą całości zadłużenia to będzie zmuszony zlicytować ich. Zadzwonił po świętach, że jeśli wpłacą pozostałą kwotę – 1300 zł, to zamknie postępowanie. Od dawna siedzi na emeryturach i kontach bankowych rodziców Zuzki. Biegły zaniżył wycenę, ale i tak wyszło mu 700 tys. Komornik- łobuz chciał wystawić na licytację posiadłość wartą 700 tys., podczas gdy „dług” wynosi 1 300 zł. Tłumaczył, że to nie jego pomysł, tylko wierzyciela.

Wierzycielem jest deweloper, który kupił mieszkanie od „spadkobierczyni” za połowę wartości, a mieszkania w ogóle nie było ani w 1939 r., ani w 1945, ani jeszcze w 1978. Jola i Jacek, rodzice Zuzki, sami zbudowali je na strychu, uprzednio otrzymując wszelkie wymagane zgody. Włożyli w budowę mnóstwo pieniędzy, pracy i serca, po czym z gniazdka, które sobie uwili, zostali w majestacie prawa wygonieni i jeszcze mają płacić oszustom wydumane długi. Komisja Jakiego ustaliła, że do tej reprywatyzacji w ogóle nie powinno dojść. Nie został spełniony warunek posiadania i nikogo nie obchodziły losy zburzonej kamienicy, która stoi dziś na Mariensztacie, bo Biuro Odbudowy Stolicy zaciągnęło kredyt w banku i wybudowało całkiem nowy dom, nawet niepodobny do tego przedwojennego. Ani bank, ani ratusz nie upomnieli się o zwrot nakładów, poniesionych czy to przez miasto, bank, czy przez Jolę i Jacka. Po prostu zrobiono prezent „spadkobiercom”, a że „spadkobiercy” nie potrzebowali tych mieszkań, więc je sprzedali. Deweloper zresztą też już sprzedał na jakiegoś słupa i dziś łączy go z Mariensztatem tylko pobieranie czynszów od studentów, którym na lewo wynajmuje pokoje na strychu i ten dług, konsekwentnie egzekwowany. Kiedy dostaję takie sygnały od ludzi, przychodzi mi na myśl Al Capone. Taki był cwany, a poległ na niepłaceniu podatków. Nie rozumiem dlaczego Komisja Weryfikacyjna nie korzysta z pomocy fiskusa. Mogłaby wzmocnić swoją pozycję jako jedynych sprawiedliwych, którzy walczą z mafią. Prokuratorzy, którym Komisja podsyła różne pikantne sprawy mają dużo mniejsze możliwości niż komornik sądowy. Rozliczanie afery reprywatyzacyjnej nie powinno polegać li tylko na wskazywaniu palcem cwanych adwokatów i handlarzy roszczeniami, których sąd regularnie wypuszcza z aresztów, ale przede wszystkim na rzetelnej wycenie tego, co straciło miasto i poszczególni ludzie, którzy przez dziesiątki lat w dobrej wierze inwestowali w te domy i utrzymywali je w całości. Jeszcze raz polecam staranną lekturę na tym blogu tekstu „Sygnał do fiskusa” i korzystanie z sugestii, które są dla nas, zreprywatyzowanych, szansą na minimalną choćby sprawiedliwość.

*Dąbrowskiego

Ale gapa ze mnie! Mimo że Komisja w pewnym momencie pozbyła się mnie, ja nie odpuszczam. Czytam wszystkie ich decyzje, komunikaty, zawiadomienia, a nawet włączam telewizor we wtorki, jeśli wyczytam, że odbędzie się posiedzenie niejawne. Po nim zazwyczaj jest transmitowana konferencja prasowa i ogłoszenie kolejnych decyzji. Wchodzę na strony Biuletynu Informacji Publicznej kilka razy dziennie, ale długo nic się na nich nie działo. Ostatnie wpisy nosiły datę 29 marca. Komisja zawiesiła działalność na kołku – pomyślałam raz i drugi. Ale nie. Komisja wydała decyzję po posiedzeniu niejawnym, tylko nigdzie nie było ogłoszenia o posiedzeniu. Decyzji też nie znalazłam w BIP. No, będą się mieli z pyszna, jak mecenas Nowaczyk unieważni im tę decyzję, bo choć Komisja podjęła ją na posiedzeniu niejawnym, to działa jawnie i ma obowiązek informować o swoich posiedzeniach i wynikach głosowań. Aż tu dzwoni Ada z Dąbrowskiego, cała w skowronkach. Jeszcze dwa tygodnie temu szukałyśmy sposobu, żeby po raz kolejny obronić ją przed eksmisją. „Kamienica na Dąbrowskiego 8 przeszła w Komisji ze sprawdzających do postępowań rozpoznawczych!: – oznajmiła mi radośnie. Myślałam, że Komisją ją o tym zawiadomiła, a ona mi mówi, że dowiedziała się z BIP. I jeszcze, że mój adres ma być rozpatrzony do końca kwietnia. Godzinę wcześniej zaglądałam do serwisu i niczego takiego tam nie znalazłam. Okazuje się, że zmieniono BIP. Teraz jest pod adresem: https://www.gov.pl/web/sprawiedliwosc/komisja-weryfikacyjna

Warto tam zaglądać. Wracam jednak do Ady, której eksmisję rok temu blokował m. in. Kolektyw Syrena i Warszawskie Stowarzyszenie Lokatorów. Wkrótce potem Komisja wystąpiła do mokotowskiego sądu o wstrzymanie eksmisji. Komornik Krzysztof Łuczyszyn (ten sam, który mnie eksmitował, a u Joli Brzeskiej sporządził listę 44 przedmiotów na licytację), nie mogąc wygonić Ady, a pomny tego jak się załatwia dłużników, których z przyczyn formalnych nie można posłać na ulicę (vide: Jola Brzeska) sprzedał obrazy i antyczne meble, warte około 50 tys. na nigdzie nieogłoszonej licytacji komorniczej za 500 zł. Nabywcą był „właściciel” mieszkania Ady, który stał się „właścicielem”, bo kupił szczątkowy udział jednego ze „spadkobierców” na… licytacji komorniczej, a potem stał się panem całą gębą. Tych numerów z komornikami Ady Kafka razem z Mrożkiem by nie wymyślili. Jeden ze „spadkobierców” kamienicy na Dąbrowskiego (nieistniejącej po wojnie, bo ją zmiótł z powierzchni pocisk artyleryjski) był zadłużony w funduszu alimentacyjnym. Egzekucję prowadziła komornik z Ursynowa, Małgorzata Kuszyk Groszek i sprzedała 1/8 mieszkania, bo tyle tylko „odziedziczył” alimenciarz. Przy okazji sprzedano całą Adę. Ta sama pani komornik rok temu sprzedała Basię Jankowską na Wilczej, tylko nikt Basi o tym nie poinformował. Widocznie pani komornica wyspecjalizowała się w licytacjach poreprywatyzacyjnych. To jest już wyższy level afery reprywatyzacyjnej.

U Ady był taki moment, że „właściciel” chciał się do niej wprowadzić i zaczął nawet montować szafki w kuchni. Jakoś się wybroniła. Miesiąc temu dostała pismo z sądu, że sąd odwiesza zawieszoną rok wcześniej eksmisję, bowiem jej sprawa jest w Komisji wciąż w postępowaniach sprawdzających, a to nie wstrzymuje egzekucji wyroków. Ada pisała do Komisji, słała e-maile do Ministerstwa Sprawiedliwości, do Wydziału do spraw komorników przy departamencie wykonywania wyroków i probacji. Wszyscy rozkładali ręce i przyznawali, że skoro jest w sprawdzających to sąd może, ale nie musi niczego zawieszać. To fakt. Dopiero podjęcie czynności rozpoznawczych obliguje każdy sąd do wstrzymania i procesów, i egzekucji do czasu zakończenia prac Komisji. Mnie się nóż w kieszeni otwierał. Co to za problem, by przejrzeć gromadzoną od roku dokumentację i zorientować się, czy jest podejrzenie niesłusznie wydanej decyzji reprywatyzacyjnej, czy może dom faktycznie należał się ludziom, którzy uczynili piekło z życia Ady? Ale jej sprawa jest już w rozpoznawczych. Kamień z serca. Na chwilę można odetchnąć.

*Łochowska

W czwartek manifestowaliśmy przed Sejmem w sprawie ustawy reprywatyzacyjnej. Wcześniej nie mogłam dodzwonić się do pani Grażynki z Łochowskiej, a ona miała w marcu dwie sprawy sądowe. Manifestacje są nie tylko po to, żeby sobie pokrzyczeć, ale też spotkać w szerszym gronie, wymienić poglądy, podzielić się zdobytą w ostatnim czasie wiedzą, dowiedzieć się kto z czym aktualnie walczy, kto znalazł jakiś nowy sposób na paraliżowanie mafii. Miałam szczęście, bo pani Grażyna przyjechała pod Sejm. Kilka słów o jej historii. To było chyba w listopadzie, kiedy po całonocnej pracy wróciła o świcie do domu i nie dostała się do niego. Deweloper, który za 6 tys. zł przejął całą kamienicę, zamknął bramę na kłódkę, a ochroniarzowi zabronił wpuszczać kogokolwiek do środka, bo jest zagrożenie katastrofą budowlaną. Sam zrobił to zagrożenie. Pani Grażyna została na ulicy w cienkiej bluzie, bez dokumentów, pieniędzy i leków przeciwko padaczce, które zostały w domu. Całe szczęście, że poprzedniego dnia, przed wyjściem do pracy zaprowadziła psa do przyjaciółki. Była sobota rano i znikąd pomocy. Wzywana policja straszyła nas mandatami za bezzasadne wzywanie patrolu, pogotowie stwierdziło, że pani Grażyna ma bardzo wysokie ciśnienie, ale ze względu na padaczkę powypadkową bali się podać jej leki. Nie chcieli wypisać recepty na leki przeciwpadaczkowe, tylko wysyłali do lekarza pierwszego kontaktu. W sobotę! Dobrze, że Aldona miała w domu dokładnie ten lek, który od lat bierze pani Grażyna i w niedzielę dowiozła jej całe opakowanie. Deweloper wynajął hostel, a po trzech dniach mieszkanie przy placu Hellera, ale do domu nie wpuścił. Po tygodniu czy dwóch pracownicy przywieźli jej rzeczy osobiste, a meble zostały wyrzucone na śmietnik. Mieliśmy trójkę prawników, którzy usiłowali jakoś pomóc. Nie pamiętam kto z nich napisał doniesienie do prokuratury. Zostało złożone. Chodziło i o dewelopera, i o skandaliczną postawę policji oraz personelu z wezwanej karetki. Prokuratura bardzo szybko rozpoznała sprawę i nie dopatrzyła się znamion czynów zabronionych. To zostało zaskarżone przez naszego stowarzyszeniowego radcę prawnego. W połowie marca odbyła się rozprawa, którą wygrał. Prokuratura została zobowiązana do ponownego rozpatrzenia sprawy. Bingo!

Czy Wy wiecie kim jest prokurator? Ponieważ w sądzie występuje zawsze jako oskarżyciel, postrzegany jest zwykle jako pogromca złoczyńców wszelkiej maści. Ale ściganie przestępców to rola drugorzędna. Podstawowym zadaniem prokuratora jest ochrona i niesienie pomocy ofiarom przestępstw. Raz się z taką postawą prokuratora spotkałam, ale to nie było w Warszawie.

Drugi proces pani Grażyny odbył się pod koniec marca. Pan deweloper wystąpił z pozwem o eksmisję. Rychło w czas. Najpierw eksmitował, a potem chciał, żeby mu to sąd przyklepał. Sąd odrzucił jego pozew w całości, ponieważ on nie jest właścicielem mieszkania, które zajmowała pani Grażyna. Należało ono do syna przedwojennej właścicielki kamienicy, który zawarł z deweloperem umowę darowizny całości nieruchomości w zamian za dożywotnią comiesięczną rentę w wysokości 6 tys. zł. To mieszkanie zostawił sobie i najbliższej mu osobie, czyli pani Grażynie, która przeżyła z nim kilkanaście lat, prowadząc wspólne gospodarstwo. Renta była wypłacona raz i partner pani Grażyny zmarł, a ona wylądowała na bruku. W sądzie praskim toczy się dodatkowo postępowanie spadkowe, bowiem w testamencie mieszkanie zostało zapisane pani Grażynie. „I co z tego, że wygrałam obie sprawy w marcu, jak do mieszkania i tak nie mam wstępu” – zapytywała retorycznie przed Sejmem, gdzie żądaliśmy uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej albo przynajmniej wpisania do tzw. małej ustawy zakazu zwrotu kamienic z mieszkańcami.

*Noakowskiego

Zaczęło się budzenie tzw. śpiochów. Na Nowogrodzkiej, w śródmiejskim urzędzie pełno obwieszczeń o poszukiwaniu spadkobierców. Jedno z nich dotyczy Noakowskiego 16, słynnej kamienicy Waltzów. Otóż Komisja uznała wprawdzie, że zaszły nieodwracalne skutki prawne i nie można przywrócić nieruchomości do zasobów komunalnych, ale teraz dopiero wyszło na jaw, że firma Feniks, która rzekomo w dobrej wierze nabyła kamienicę od spadkobierców szmalcowników, nie może dysponować całością, bo jedno mieszkanie ma prawowitych właścicieli, wpisanych w hipotece. Tyle tylko, że nigdy nie zgłosili swoich roszczeń. Nie wiadomo czy w ogóle przeżyli wojnę. Ustanowiona w sprawie pani kurator bezskutecznie poszukiwała spadkobierców. To bardzo ciekawa sytuacja. W myśl prawa, nie tylko polskiego, jeśli ktoś umiera bezpotomnie, nie pozostawiając testamentu, nieruchomości, które do niego należały stają się własnością Skarbu Państwa. Odkąd kamienicę na Noakowskiego 16 wyczyszczono z lokatorów komunalnych i przeprowadzono generalny remont stała się ona jednym z droższych adresów w stolicy. Wszystko wskazuje na to, że między apartamentami wkrótce znajdzie się jedno mieszkanie komunalne. Ciekawe kto będzie mógł podpisać umowę z miastem na najem i czy w ogóle będzie on możliwy. Raczej jest to przygotowanie do sprzedaży ostatniego na Noakowskiego lokalu firmie Feniks. Pewnie z takimi samymi bonifikatami, jakie mieli niektórzy lokatorzy…