Utarte ścieżki Marka M.

Półtora roku bezwzględnego więzienia orzekł Sąd Rejonowy dla Warszawy Żoliborza wobec Marka M., kolekcjonera kamienic, znanego głównie z prześladowania Jolanty Brzeskiej. Niestety, wskutek apelacji jeszcze raz wyślizgnął się zza krat.

Półtora roku bezwzględnego więzienia orzekł Sąd Rejonowy dla Warszawy Żoliborza wobec Marka M., znanego głównie z kupna roszczeń i „odzyskania” kamienicy na Nabielaka 9, gdzie mieszkała Jolanta Brzeska, założycielka Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, spalona żywcem w Lesie Kabackim 1 marca 2011 r. To pierwszy tak rygorystyczny wyrok za brutalne metody, do jakich uciekał się kamienicznik, dążąc do przejęcia kolejnych nieruchomości.

Marek M. opuścił niedawno areszt śledczy Białołęce, gdzie przebywał 9 miesięcy w związku z reprywatyzacją Folwarku Służewiec oraz kamienic przy Opoczyńskiej i na Dynasach. W Sądzie Rejonowym dla Warszawy Woli w grudniu zapadł również wyrok, tyle że łagodny, ograniczony do kary pieniężnej. Akt oskarżenia dotyczył oszustw w związku ze spadkiem po Fanny Ajzensztadt, przedwojennej właścicielce kilku warszawskich kamienic, m. in. Targowej 66, Ząbkowskiej 9, Floriańskiej 8, Jagiellońskiej 14. W jednym sądzie Marek M. występował jako kurator zaginionej gdzieś w wielkim świecie Fanny, która urodziła się w 1908 r., a on rzekomo wciąż jej poszukiwał, w innym zaś sądzie przedstawił jej akt zgonu, wystawiony w Brazylii pół wieku temu.

Komisja Weryfikacyjna śledząc aktywność Marka M. na rynku reprywatyzacyjnym znalazła ślady jego działalności w 80 nieruchomościach! Prawdopodobnie na tym nie koniec. Poszukiwania trwają nadal.

Żoliborski epizod, przy innych wyczynach handlarza roszczeń, pozornie wygląda na banalny, chuligański wybryk. Dwaj panowie M. z charakterystycznym „ss” w środku nazwisk, Marek M. i Hubert M., przy pomocy kilku niezidentyfikowanych osiłków dwukrotnie pod osłoną nocy zdewastowali taras okazałej willi na starym osiedlu oficerskim. Obaj występowali jako pełnomocnicy Barbary Zdrenki, prywatnie – matki Marka M., która w tamtym czasie posiadała 40 proc. udziałów w tej nieruchomości.

Willa z dekretem w historii

Po raz pierwszy dom zbudowano prawie sto lat temu, gdy na wniosek marszałka Piłsudskiego nad Wisłą, na północ od Cytadeli, powstawało Żoliborskie Osiedle Oficerskie, gdzie swoje miejsce do życia mieli znaleźć bohaterowie walk o niepodległość Polski. Według założeń architektów jednorodzinne wille w stylu modernistycznym lub na wzór dawnych dworków szlacheckich miały tonąć wśród zieleni przydomowych ogródków i drzew, sadzonych wzdłuż uliczek i na licznych skwerach. W tym sielskim krajobrazie, po powrocie z syberyjskiej zsyłki, postanowił zbudować rodową siedzibę dyrektor fabryki Lilpop, Rau i Loewenstein, inżynier Michał Nowina Rożnowski. Tu urodził się i spędził szczęśliwe dzieciństwo jego syn, Kazimierz.

Sielanka skończyła się 1 września 1939 roku. Już w pierwszym tygodniu wojny dyrektora Rożnowskiego mianowano komisarzem wojennym i wydano rozkaz ewakuacji wojskowej linii produkcyjnej fabryki Lilpopa, w tym silników samolotowych angielskiego Rolls Roysa. Komisarz załadował fabrykę do ponad stu ciężarówek, spakował rodzinę, matkę, żonę, syna i ruszyli na poszukiwanie spokojnego miejsca, w którym można byłoby kontynuować produkcję w warunkach polowych. Na chwilę zatrzymali się pod Lublinem, ale ledwie wypakowali sprzęt, już musieli go z powrotem ładować na samochody i uciekać. Następny postój był pod Lwowem, też chwilowy. Po inwazji na miasto najpierw Niemców, potem Rosjan udali się do Rumunii z nadzieją, że tam oddadzą ocalałą część fabryki Anglikom.

W rodzinie Rożnowskich do dziś przechowywany jest dokument zaświadczający, że 99 ciężarówek ze sprzętem fabryki Lilpopa przekroczyło rzekę Prut i drogą morską popłynęło na Wyspy Brytyjskie. Anglicy proponowali komisarzowi i jego bliskim podróż wraz z konwojem, ale seniorka rodu kategorycznie oświadczyła, że żadnymi chybotliwymi środkami transportu nie będą podróżować, a w ogóle to chcą do domu, na Żoliborz. Na to jednak musieli poczekać jeszcze kilka lat. Cała rodzina została wkrótce internowana do obozu jenieckiego w Ocnele Mari w Karpatach, który mogli opuścić dopiero po zakończeniu wojny. W tym czasie w ukochanym domu Rożnowskich stacjonowała kwatera AK, którą podczas Powstania Warszawskiego przejęli Niemcy, wysadzili ją w powietrze i podpalili.

Dziadkowie po powrocie z niewoli zastali same zgliszcza i dekret Bieruta – opowiada historię rodzinną Mariusz Rożnowski, wnuk inżyniera. Na szczęście zdążyli w terminie złożyć wniosek o ustanowienie własności czasowej do gruntu i zobowiązali się w ciągu pięciu lat odbudować dom. To był jeden z warunków zachowania nieruchomości.

Przy pomocy byłych robotników Lilpopa trwało właśnie odgruzowywanie terenu, kiedy do inżyniera Michała Rożnowskiego dotarła nominacja na komisarza zakładu Pafawag i rozkaz natychmiastowego wyjazdu do Wrocławia celem uruchomienia produkcji wagonów w dawnej poniemieckiej fabryce. A budowa pociągów to była jego specjalność, o czym wiedzieli i co wykorzystali Rumuni. Po dostarczeniu Anglikom fabryki Lilpopa, a przed internowaniem do obozu jenieckiego poproszono go o zaprojektowanie specjalnej salonki dla swojego króla. Zatrudniono go wtedy w fabryce w Aradzie. Zamiast więc po powrocie do Polski zająć się odbudową swojego domu, zabrał rodzinę na Ziemie Odzyskane i zajął się budową polskiego przemysłu kolejowego. Już po roku fabrykę opuścił pierwszy w całości rodzimy wagon.

Tymczasem dom na Żoliborzu powoli piął się w górę. Budowę finansował inżynier Rożnowski, ale wszystkim zajmował się zdolny budowlaniec, pan Żero, który podjął się rekonstrukcji willi na podstawie przedwojennych planów. Panowie zawarli umowę, zgodnie z którą w zamian za dobrze wykonaną pracę pan Żero mógł zamieszkać wraz żoną na piętrze odbudowanej willi. Dawało to gwarancję, że solidnie i w terminie budowa zostanie ukończona.

To jest jakiś absurd, wymyślony przez rodzinę Rożnowskich – oburzał się w sądzie radca prawny Michał Niemirowicz Szczytt, obrońca oskarżonego Huberta M., a prywatnie jego kolega ze Związku Szlachty Polskiej. Nawet przed Komisją Weryfikacyjną obaj oskarżeni byli pytani o ten adres, a przecież to nie jest żadna nieruchomość dekretowa.

Źle odrobiona lekcja, szanowny pani mecenasie. Gdyby nie dekret i zakreślony czas odbudowy nieruchomości, rodzina Rożnowskich nigdy nie zgodziłaby się dzielić swojego domu z obcymi. Umowy jednak zobowiązują. Przez wiele lat obie rodziny żyły na tyle zgodnie, że stary inżynier w 1962 roku, będąc już mocno schorowany, podarował bezdzietnemu małżeństwu 40 proc. udziałów w swoim domu. Prawdopodobnie bał się kwaterunku i sytuacji, w której straci kontrolę nad częścią nieruchomości. Już raz to przerabiał, po powrocie z Wrocławia, kiedy na górze, za jego zgodą mieszkało bezdzietne małżeństwo państwa Żero, a dół zajmowały trzy rodziny z kwaterunku. Zaproponowano mu wtedy ogromne mieszkanie na Bednarskiej, ale on chciał mieszkać w swoim domu. Sporo czasu zajęło mu przekwaterowanie niechcianych lokatorów. Bał się powtórki, więc zawarł z państwem Żero kolejną dżentelmeńską umowę, która zobowiązywała mieszkańców piętra willi, by w razie chęci zmiany miejsca zamieszkania sprzedali swoje udziały rodzinie Rożnowskich. To był warunek wejścia we współwłasność.

Żoliborski dom i place na Woli

Dr Mariusz Rożnowski, wnuk przedwojennego dyrektora fabryki Lilpopa, pracuje w Niemczech, co nie przeszkadza mu być lokalnym patriotą, przywiązanym do skrawka ziemi na żoliborskim Osiedlu Oficerskim. Kiedy po śmierci dziadka i pana Żero po ich willi zaczęły się kręcić dziwne typy, poczuł się w obowiązku stanąć w obronie domu, jak niegdyś dziadek.

Pani Ewa Żero sprzedała piętro naszego domu, wbrew umowom. Po prostu nas oszukała – wyjaśnia Mariusz. – Ale sama też została oszukana przez Marka M. Za swój błąd zapłaciła bardzo wysoką cenę.

Rodzina państwa Żero przed wojną posiadała 20 hektarów ziemi na Woli. To dzisiaj bardzo cenne tereny inwestycyjne. Rożnowscy podejrzewają, że Marek M. namierzył Ewę Żero właśnie po tych wolskich placach, do których zamierzał kupić roszczenia. Część willi na Żoliborzu to dodatkowy bonus. Podejrzenie o tyle zasadne, że podobnym schematem Marek M. posłużył się wobec spadkobiercy kamienicy przy ul. Opoczyńskiej 4 oraz gruntów na terenie dawnego Folwarku Służewieckiego. Nawet kwoty na aktach notarialnych i pokwitowaniach są podobne. Miał zapłacić 125 tys. za mieszkanie Ewy Żero, a roszczenia do Opoczyńskiej i Folwarku wycenił na 150 tys. Zapłacił za jedną i drugą transakcję po 1500 zł. Przynajmniej tylko takie wpłaty są udokumentowane. Kamienica na Opoczyńskiej znalazła się pod lupą Komisji Patryka Jakiego, a prokuratura prowadzi obecnie dochodzenie w sprawie tragicznej śmierci spadkobiercy przedwojennych właścicieli, który nieopatrznie zaufał handlarzowi roszczeń.

Ewę Żero Marek M. regularnie odwiedzał. Przynosił kwiaty i bombonierki. Jakby przychodził do starszej pani w konkury, a nie w interesach. Był na tyle troskliwy, że znalazł dla niej opiekunkę, która wprowadziła się na piętro żoliborskiej willi. Wprawdzie opiekunka, pani Ela, też była leciwa i zdiagnozowano u niej alzheimera, ale obie kobiety znalazły wspólny język. O panią Elę Marek M. też dbał. Wprawdzie miała sprawować pieczę nad panią Żero za darmo, ale żeby nie czuła się wykorzystywana namówił obie kobiety do zawarcia notarialnego aktu darowizny. Pani Ewa Żero w zamian za dożywotnią opiekę przekazała swoje 40 proc. udziałów w willi na Żoliborzu pani Elżbiecie Grzegorzewskiej. Dalej poszło łatwo. Marek M. obiecał pani Grzegorzewskiej przed notariuszem 150 tys. za mieszkanie na piętrze willi, zapłacił 1500 zł i poczuł się właścicielem.

To był czas, kiedy całe stado komorników biegało za handlarzem roszczeń, więc on sukcesywnie wszystkie swoje nieruchomości przepisywał na swoją mamusię, Barbarę Zdrenkę. Tak było na Nabielaka 9, Dahlberga 5, Francuskąiej, Saskiej, Dynasach i w wielu innych jego posiadłościach. Mamusi nikt nigdy na oczy nie widział, ale on nie dawał o sobie zapomnieć nawet na chwilę. Pojawiał się jako pełnomocnik swojej matki wraz ze wspólnikiem, Hubertem M., który posiadał licencję zarządcy nieruchomości i ochroniarzem, Kamilem K.

Bandyckie napady

Proces, jaki toczył się w wydziale karnym Sądu Rejonowego dla Żoliborza nie dotyczył oszustw wobec dwóch starszych pań, lecz zwykłego wandalizmu. W tym samym sądzie toczyła się już sprawa cywilna o zniesienie współwłasności, którą wytoczyła pani Barbarze Zdrence rodzina Rożnowskich. Gotowi byli zapłacić każdą cenę, by uwolnić się od jej pełnomocników. W tym samym czasie dom zaczął chylić się ku upadkowi. Ogromny taras na piętrze zaczął przeciekać, a pod nim znajdował się salon Rożnowskich.

Cierpiący na astmę pan Kazimierz próbował porozumieć się z kobietami mieszkającymi na piętrze i z zarządcami nowej właścicielki, ale nie znajdował zrozumienia. Sprawy wziął w swoje ręce syn. Zamówił ekspertyzę inspekcji budowlanej, z której wynikało, że taras wymaga natychmiastowej naprawy, bowiem przeciekająca woda już doprowadziła do powstania grzyba, zawilgocona ściana zaczęła pękać, podobnie jak przegniły strop. Z naprawą nie można było zwlekać. Rożnowscy zamówili ekipę budowlaną. Umówili się z panią Żero, że zamiast robić bałagan w jej mieszkaniu i niszczyć podłogę, zbudują rusztowania i wszystkie prace będą się odbywały na zewnątrz. W umówionym terminie robotnicy weszli na taras po zbudowanym na zewnątrz rusztowaniu, wnieśli worki z cementem, pręty i siatki zbrojeniowe oraz wszystkie potrzebne narzędzia i materiały, wciągnęli też na górę ogrodowy szlauch. Pracowali cały dzień.

Było po południu, kiedy do willi wtargnął Marek M. wraz ze swym wspólnikiem Hubertem M. Na oczach dwóch przerażonych starszych pań, w przekonaniu, że na dole są tylko starsi państwo, zabrali się za demolowanie tarasu. W ruch poszły kilofy i wielkie młoty. Piętro niżej ściany się trzęsły, a świeżo zastygły beton zamienił się znowu w proch.

Panowie nie przewidzieli, że do domu przyjechał syn, Mariusz i miał kamerę. Podczas gdy on filmował akcję na tarasie, ojciec dzwonił po policję. Wszystko zostało skrupulatnie udokumentowane i po latach zostało przedstawione jako materiał dowodowy w sądzie.

Beton wylewany był trzy razy. Po drugiej wylewce Marek i Hubert M. przybyli w towarzystwie zamaskowanych zbirów. Pobili ochroniarzy, których wynajęli Rożnowscy, starszego pana też lekko poturbowali. Hubert M. uciekł, ale przed sądem potwierdził, że takie zdarzenie miało miejsce. Doszło też do konfrontacji z robotnikami, których jaśnie pan pełnomocnik właścicielki wygonił ze „swojego” terenu. Według relacji pracowników firmy budowlanej, którzy zeznawali przed sądem w charakterze świadków, omal nie doszło do tragedii, gdy Marek M. uzbrojony w ciężki młot zamachnął się na ich szefa. Szczęśliwie skończyło się tylko na szarpaninie. Po podliczeniu kosztów dwukrotnego usuwania gruzu z rumowiska i strat w zniszczonych materiałach stwierdzono, że remont tarasu kosztował rodzinę Rożnowskich 80 tys. zł, z czego połowę byli zmuszeni przeznaczyć na zakup nowych materiałów budowlanych i uprzątanie rumowiska po działalności panów M. I chociaż za drugim razem użyto najmocniejszego betonu, którym wylewane są mosty i estakady, znowu pozostał z niego tylko gruz, a zgromadzone na tarasie worki z cementem i wapnem zamieniły się w pył, gdy lądowały pod krzewami i na kwietnych rabatach w ogrodzie.

Proces przed sądem żoliborskim toczył się wiele lat. Wszystkie fakty zostały starannie sprawdzone, liczni świadkowie przesłuchani. Nie było tylko wynajętych zbirów, bo ani prokuraturze, ani policji nie udało się ustalić ich tożsamości. Na ławie oskarżonych zasiedli Marek M. i Hubert M. Prokurator w mowie końcowej, podczas której miał problemy z odróżnieniem Marka M. od Huberta M. żądał dla obu wandali kar grzywny, ale Mariusz Rożnowski i jego ojciec, Kazimierz, którzy występowali w charakterze oskarżycieli posiłkowych, mieli inny pogląd. Byli skłonni przyznać, że Huberta M., który wprawdzie gorliwie wykonywał polecenia Marka M., ale tylko podczas pierwszego napadu, a przed sądem w pewnym sensie wyraził skruchę, można ukarać grzywną, natomiast Marek M., wyznający zasadę, że ma prawo robić ze swoją i swojej mamusi własnością co mu się żywnie podoba, całą postawą zapracował na karę więzienia. Wyrok pierwszej instancji zapadł pod koniec października, zgodnie z oczekiwaniami oskarżycieli posiłkowych. Blisko dwie godziny zajęło sędziemu odczytywanie uzasadnienia wyroku. Grzywna w wysokości 15 tys. zł – dla Huberta M., a dla Marka M. grzywna 28 tys. i półtora roku bezwzględnego więzienia za sprawstwo kierownicze podczas napadów, wysoki stopień szkodliwości społecznej oraz brak pozytywnych rokowań. To pierwszy, i jedyny jak dotychczas, tak rygorystyczny wyrok dla handlarza i czyściciela kamienic. Obaj oskarżeni nie zgodzili się z werdyktem i złożyli apelację.

Neverending story

Proces cywilny o zniesienie współwłasności zakończył się również po myśli rodziny Rożnowskich, choć było to pyrrusowe zwycięstwo. Sąd nakazał, by odkupili od Marka M. piętro swojej willi nie za 125 tys., jak opiewał akt notarialny kupna mieszkania przez Marka M., ale za 1 250 000 zł. Rożnowscy musieli zapłacić półtora miliona, bo okazało się, że ta część hipoteki, która należała do Barbary Zdrenki jest wielokrotnie obciążona i bank nie udzieli im już przyznanego kredytu, póki księga wieczysta nie zostanie wyczyszczona. Po śmierci pani Żero Marek M. natychmiast zainstalował w mieszkaniu na pierwszym piętrze swojego człowieka, Kamila. K., który dewastował mieszkanie. Potem nasłał na Rożnowskich komornika, który zajął im konta bankowe i hipotekę. A gdy już wszystko wyprostowali, okazało się, że jeden z największych handlarzy roszczeniami nie posiada konta bankowego i żąda pieniędzy w walizce, czego oni nie byli w stanie zaakceptować. Koniec końców udało się. Cała willa należy teraz do nich. Trzeba przyznać, że Marek M. ma szczęście do interesów. Wyłożył półtora tysiąca, wyjął półtora miliona. To jest dopiero przebitka!

Wydawałoby się, że to jest już koniec kontaktów z niesławnym handlarzem. Przez przypadek Mariusz Rożnowski odkrył, że Marek M. wystąpił z roszczeniem o zwrot 40 proc. ścieżki, która przed wojną wchodziła w skład działki, lecz została zabrana w wyniku Dekretu Bieruta na cele społeczne, które nigdy nie zostały zrealizowane.

To są jakieś metry, a może tylko centymetry gruntu. Normalny człowiek w ogóle by się tym nie zajmował, ale on nie odpuszcza – wyjaśnia Mariusz Rożnowski. – Wszystko mu się należy…

Niby odszedł z żoliborskiej willi, ale ciągle jego cień krąży po domu i ogrodzie. Jak na Nabielaka. Tam też sprzedał wszystkie mieszkania. Roszczenia kupił za 600 zł, a za samo mieszkanie Brzeskich wziął prawie milion. Na dodatek okazało się, że wcale nie wyzbył się wszystkiego. Dopiero Komisja weryfikacyjna odkryła, że wciąż jest w posiadaniu małego lokalu użytkowego, który sprzedał swojemu wspólnikowi, Hubertowi M. za 10 tys., zł. Hubert sprzedał go później swoim rodzicom za 12 tys. zł, a oni za tyle samo sprzedali Kamilowi K. Te wielopiętrowe konstrukcje notarialne miały zapewnić nieodwracalne skutki prawne. Tak się nie stało. Komisja uznała wszystkie te transakcje za zawierane w złej wierze i lokal przekazała miastu.

Z kolei na Hożej Marek M. zostawił sobie restaurację. Wszędzie, gdzie się zjawia, odciska swoje piętno. Jak stary kocur, który nieustannie krąży po „swoim” terenie i zostawia smród.

5 lipca, po trzykrotnym odroczeniu rozprawy, w Sądzie Okręgowym w Warszawie zapadł prawomocny wyrok w sprawie Marka M. i Huberta M. I znowu wyszedł obronną ręką. Sąd uznał, że to nie były dwa napady, tylko jeden, bo dzieliła je niewielka różnica czasowa, ponadto wtedy, gdy zapadał wyrok pierwszej instancji Marek M. był recydywistą skazanym prawomocnym wyrokiem, ale w kwietniu kara mu się zamazała i nie może być traktowany jak pospolity kryminalista. To jest moja interpretacja, ale problem niekaralności był podnoszony podczas odczytywania uzasadnienia wyroku. Kara bezwzględnego więzienia została zniesiona. Jeszcze raz stary kocur wymknął się sprawiedliwości.