Walka trwa!

Kiedy z potężnym hukiem wybuchła afera reprywatyzacyjna, Hanna Gronkiewicz Waltz podczas zwołanej naprędce burzliwej konferencji prasowej szumnie ogłosiła wstrzymanie wszystkich zwrotów nieruchomości w Warszawie do czasu uchwalenia nowej ustawy reprywatyzacyjnej. Atakowana przez dziennikarzy za działkę na Placu Defilad zasłaniała się lokatorami reprywatyzowanych kamienic i chwaliła się jak bardzo im pomagała. Nikt o nich wcześniej nie pomyślał, a ona przecież już w 2008 roku wprowadziła pojęcie „wrażliwego lokatora”.

Trzy dni po sławetnej konferencji prasowej pani prezydent „wrażliwy lokator”, schorowany starszy pan z emeryturą poniżej 2 tys. zł., usłyszał w Sądzie Rejonowym dla Warszawy Śródmieścia wyrok: „eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego”. Dla tego człowieka to jest wyrok śmierci. Bo gdzie ma się podziać? Wziąć kredyt? Wynająć mieszkanie? Emerytury nie starczy na wynajęcie skromnej kawalerki.

Proces o eksmisję wytoczyła emerytowi spółka Jowisz, która od spekulantów handlujących roszczeniami kupiła nieruchomość na Poznańskiej 14, ogromną kamienicę z trzema wewnętrznymi podwórkami, otoczonymi oficynami, którą zamieszkuje kilkaset osób. Spółka Jowisz jest spółką-córką firmy komandytowej Fenix Group, z siedzibą na ul. Noakowskiego 16. Tę z kolei kamienicę vis a vis Politechniki Warszawskiej „odzyskała” rodzina pani prezydent stolicy i natychmiast sprzedała ją deweloperowi, który reklamuje się hasłem: „modernizujemy i przywracamy dawną świetność zabytkowym budowlom”. I tu kółko się zamyka. To właśnie za sprawą rodziny pani prezydent na rynek obrotu roszczeniami w Warszawie weszła firma Feniks, która pod płaszczykiem rewitalizacji zamienia w piekło życie ludzi mieszkających w przejmowanych przez nich budynkach i nie oszczędza nawet właścicieli mieszkań, legitymujących się własnością hipoteczną.

Cały Sanok na bruk

W wyniku dzikiej reprywatyzacji w Warszawie na bruk trafiło co najmniej 40 tysięcy osób. Na ogół starych, schorowanych, którzy przez kilkadziesiąt lat dbali o swoje mieszkania, remontowali je, traktowali jak własne, bo takie gwarancje dostali przy podpisywaniu z miastem bezterminowych umów najmu. Niektórzy mają jeszcze stare dokumenty z „nakazem zakwaterowania”, jakie były wydawane w latach 40. i 50. W kamienicach wybudowanych przed 1945 rokiem ostatnie umowy najmu były możliwe do końca 1989. Później nastąpiła fala roszczeń, która skutecznie je zablokowała.

Dokładnie 40 tysięcy mieszkańców liczy sobie Sanok. Trwające od lat w Warszawie masowe eksmisje, to jakby wypędzić z Sanoka wszystkich jego mieszkańców. Historia świata zna takie przypadki, kiedy okupant przejmował teren wraz z zabudowaniami i wypędzał rdzenną ludność. Nasza stolica, niestety, też znalazła się pod okupacją tyle, że cwaniaków, uwłaszczających się cudzej własności.

Miasto Stołeczne Warszawa uczestniczy we wszystkich procesach o eksmisje w charakterze interwenienta ubocznego. W praktyce jego udział ogranicza się do składania w sądach pism procesowych przez radców prawnych poszczególnych gmin. Jedynie w przypadku rodzin z małymi dziećmi, kiedy lokalna władza m u s i przyznać jakikolwiek lokal, panie radczynie stawiają się przed obliczem sądu i z bólem wnoszą wniosek o przyznanie lokalu socjalnego. Nie komunalnego, jak błędnie przekonywała na konferencji profesor prawa Hanna Gronkiewicz Waltz, nie wiedząc prawdopodobnie o różnicach w statusie prawnym obu rodzajów najmu lokali z zasobu mieszkaniowego miasta.

Regułą jest zamiast osobistego stawiennictwa i spojrzenia w oczy człowiekowi, który za chwilę zostanie skazany na bezdomność, wysłanie do sądu rejonowego pisma procesowego o treści: „…pozew o eksmisję jest uzasadniony, a pozwanym nie przysługuje prawo do lokalu socjalnego”. Podpisano: „Miasto Stołeczne Warszawa Dzielnica Wola, reprezentowane przez radcę prawnego Joannę Kowalewską”. Powyższy cytat pochodzi sprzed kilku lat. Pan Czesław B. lat 84, który przemieszkał całe swoje dorosłe życie, przekonany, że jest u siebie, nękany potem przez Marka M. (obecnie w areszcie), który „odzyskał” część kamienicy na ul. Dahlberga, kilka lat temu usłyszał wyrok zgodny z oczekiwaniami pani radcy prawnej, a wkrótce potem dostał trzeciego wylewu (dokumentacja jego choroby była w aktach sprawy), którego nie przeżył. Tak wyglądała i wygląda pomoc miasta „lokatorowi wrażliwemu”.

Spółka i jej córki spółki

Pani prezydent, która pośrednio też była beneficjentką procesów reprywatyzacyjnych w Warszawie nie potrafi się bronić. Próbuje zwalać winę na Lecha Kaczyńskiego, na sądy, ministerstwo finansów, wreszcie na swoich urzędników. Przecież musiała wiedzieć, że lokatorzy kamienicy na Noakowskiego 16 dotarli do wyroku sądu, który nakazywał wykreślić z hipoteki nazwisko wuja pana Waltza i w jego miejsce wpisać Skarb Państwa jako właściciela. Wujowi wprawdzie nie udowodniono, że działał w złej wierze, ale kupił nieruchomość od szmalcowników, żerujących po wojnie na pożydowskim mieniu i zgodnie z wyrokiem sądu jego nazwisko miało zostać usunięte z księgi wieczystej. Skarb Państwa nie dopełnił formalności, które wydawały się wówczas pozbawione sensu, ponieważ wszystko było państwowe, więc jakieś wpisy w księgach wieczystych traktowano jako burżuazyjny przeżytek. Z tych samych powodów zaniechano wpisów na nieruchomościach spłaconych w ramach umów indemnizacyjnych, co pół wieku później dało pole do popisu spekulantom.

Zasłanianie się prezydentem Lechem Kaczyńskim, który podpisał decyzję o zwrocie Noakowskiego 16 nie jest żadnym usprawiedliwieniem, a wręcz argumentem obciążającym. Do czasu prezydentury Hanny Gronkiewicz Waltz wszystkie decyzje o zwrotach warszawskich nieruchomości podpisywali prezydenci: i Święcicki, i Piskorski, i Kozak, i Kaczyński. Podpisywał je nawet komisarz Kochalski. To się zmieniło dopiero w 2006 r., kiedy Hanna Gronkiewicz powierzyła te czynności Biuru Gospodarowania Nieruchomościami, a jednocześnie nie udzieliła pełnomocnictw dyrektorowi Marcinowi Bajko. To wygląda jak celowe działanie, zmierzające do rozmycia odpowiedzialności.

Największym grzechem urzędującej prezydent było przyzwolenie na działania całych grup interesów, które powoli zawłaszczały miasto i były siecią naczyń połączonych. Przy Poznańskiej 14, skąd właśnie w majestacie prawa wyrzucani są wieloletni mieszkańcy, brał udział mecenas Robert Nowaczyk, ten sam od działki za 160 mln na Placu Defilad. Poznańską kupił od spadkobiercy i zaraz sprzedał ją spółce Jowisz z grupy Fenix, tak, tak, tej samej której mąż pani prezydent sprzedał Noakowskiego 16. Inna spółka Fenixa, Prometeusz, odkupiła kamienicę Pod Sowami na Okrzei od rodziny Massalskich. Hubert Massalski, przez wiele lat współpracował z Markiem M., zwanym kolekcjonerem kamienic, ostatnio oskarżonym o wyłudzenie Targowej 66. Marek M. kojarzony jest z Jakubem Rudnickim, który osobiście złożył wiele podpisów pod kamienicami, będącymi dziś perłami w koronie kolekcji słynnego kamienicznika, a właściwie jego mamusi, bo uciekając przed komornikami Marek M. wszystkie udziały nabyte w warszawskich nieruchomościach przepisał na swoją rodzicielkę.

Od wielu lat warszawscy lokatorzy, którzy broniąc się przed czyścicielami kamienic zaczęli się zrzeszać w stowarzyszeniach, informowali władze o nieprawidłowościach i podejrzanym handlu roszczeniami. Ani ratusz, ani prokuratury, ani kolejni prezydenci czy ministrowie sprawiedliwości nie byli zainteresowani ich rewelacjami. Na nic się również zdała komisja reprywatyzacyjna, jaką powołał sam ratusz. Ledwie zaczęła prace i wytypowała 40 z 60 zwróconych nieruchomości, które należało staranniej zbadać, jak została rozwiązana. Wiceprezydent Jarosław Jóźwiak tłumaczył, że osoby zasiadające w tej komisji musiały mieć wgląd do materiałów poufnych, ponieważ jednak pracowały na umowach zleceniach, więc takiego przywileju nie miały i zgodnie z prawem trzeba było komisję rozwiązać. A może trzeba było zatrudnić te osoby na etatach i dać im uprawnienia? Może by ocalono chociaż te 40 nieruchomości?

Historycy i archiwiści jako detektywi

Wszystkie duże miasta w Polsce zostały opanowane przez wyspecjalizowane gangi, wyłudzające atrakcyjne działki i domy. W Krakowie od roku badane są wszystkie nieruchomości, które mogły być objęte umowami indemnizacyjnymi. Zarówno te, do których są roszczenia, jak i już zwrócone. W Łodzi od pięciu lat działa specjalny Zespół ds. Ochrony Praw Własności do Nieruchomości, jedyny taki w Polsce. Zatrudnia prawników, historyków i archiwistów, którzy niczym detektywi śledzą losy starych kamienic, skrupulatnie badają wszystkie dokumenty, by zapobiec przejmowaniu nieruchomości przez nieuprawnione podmioty.

Tak jak Warszawa miała swój dekret Bieruta, który pozwala dzisiaj działać pełnomocnikom nieznanych właścicieli, tak w Łodzi był dekret o majątkach opuszczonych i poniemieckich, po które wyciągają łapy kancelarie prawne i zwykli oszuści. Działalność zespołu pozwoliła dotychczas ocalić około 100 cennych, zabytkowych nieruchomości w centrum miasta. Kolejne boje toczą się w prokuraturach i sądach. Obecnie pod lupą prokuratorów badanych jest 35 spraw, a przygotowania 10 następnych wniosków do sądów są na ukończeniu.

Nawet specjalny zespół nie jest w stanie wszystkiego dopilnować. I tu z pomocą często przychodzą mieszkańcy zagrożeni utratą dachu nad głową, którzy sami prowadzą śledztwa, szukają dokumentów, wertują księgi wieczyste. Znamiennym przykładem była kamienica na Traugutta 5 w Łodzi. Znając przedwojenną właścicielkę kamienicy, która do śmierci była ich sąsiadką, nie uwierzyli, że nowy właściciel, który przedstawił im się jako spadkobierca przedwojennych właścicieli okazał w urzędach i sądach prawdziwy testament. Szukali dowodów, drążyli sprawę, zawiadamiali ratusz i organa dochodzeniowe i wygrali. Okazało się, że spadkobierca był członkiem zorganizowanej grupy przestępczej, w skład której wchodziło jeszcze dwóch sędziów i ośmiu adwokatów. Udało im się wcześniej przejąć 10 nieruchomości, a byli w trakcie finalizowania 70 podobnych spraw. Wszyscy trafili do więzienia.

Jedną grupę zlikwidowaliśmy, ale pojawiły się dwie następne – mówi Marcin Wawrzyńczak z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. – Choć według ostatnich ustaleń może chodzić o jedną, tę samą grupę, bo znaleźliśmy wspólne korzenie nowych właścicieli. Mamy problemy z czyścicielami kamienic. Ostatnio uaktywnił się pan Anton Tarasow, wpółwłaściciel jednej z nieruchomości, który zdemolował mieszkanie lokatora pod jego nieobecność. Ciągle spotykamy się z zastraszaniem, odcinaniem mediów. Prokuratury umarzają postępowania w przedbiegach, policja twierdzi, że musimy się dogadać. A ostatnio dobiła nas uchwała Rady Miasta Łodzi o przymusowym wykupie mieszkań komunalnych. Brzmi to strasznie. Jeśli nie wykupię swojego mieszkania, w każdej chwili będzie mnie można wyprowadzić i przenieść do innego, o niższym standardzie. Jak byśmy byli tylko przedmiotami. Będziemy musieli to zaskarżyć.

Strach, jaki padł na lokatorów komunalnych w Łodzi jest zrozumiały, choć wielu mieszkańców Warszawy byłoby wdzięcznych za możliwość wykupienia mieszkań, w których dorastają kolejne pokolenia i boją się, że nagle stanie w ich drzwiach spadkobierca i powie „to moje”. Nawet w domach budowanych w latach 50., nikt nie może się czuć bezpiecznie. Doświadczają tego właśnie mieszkańcy ulicy Saskiej, od numeru 54 do 60. Miasto za grosze sprzedało Markowi M. kamienice, gdy przedstawił dokument, że kupił od właściciela pól, na których jeszcze po wojnie pasły się krowy i konie, roszczenia do gruntu. W Łodzi to chyba jednak nie byłoby możliwe.

Różnica między Łodzią a Warszawą polega na tym, że łódzki magistrat był zainteresowany obroną swoich domów, a warszawski odwracał się plecami zarówno do swoich lokatorów, jak i prawdziwych spadkobierców, którzy po kilkanaście lat bezskutecznie pukali do drzwi pana Bajko, Rudnickiego i ich kolegów. A lokatorzy? Niedawno znalazłam na facebooku wpis dawnej lokatorki Hożej 7. „W ciągu pierwszego miesiąca po wkroczeniu do naszego domu pełnomocników spadkobiercy umarło 5 osób. W ciągu następnych dwóch lat 7 innych zachorowało na nieuleczalne choroby.” Semantyczny zabieg z „wrażliwym lokatorem” jest obrazą dla pamięci Jolanty Brzeskiej i wielu, wielu innych osób, które straciły życie przez reprywatyzację. Pół roku przed morderstwem Sąd Rejonowy dla Warszawy Mokotowa wydał wobec Joli wyrok: eksmisja bez prawa do lokalu socjalnego. Sugerował się również opinią radcy prawnego Miasta Stołecznego Warszawy.

Z jednej strony mamy mataczenie urzędników ratusza, nieudolne próby obrony decyzji reprywatyzacyjnych, jakie zapadały w Biurze Gospodarowania Nieruchomościami, a z drugiej powoli toczące się sprawy o eksmisje i odszkodowania. Sędziowie nie zauważyli, że coś się wydarzyło, idą utartym szlakiem i bez zmrużenia oka wydają wyroki o eksmisji. Komornicy nadal wykonują egzekucje, tłumacząc, że inaczej nie można, skoro mają prawomocny wyrok opatrzony klauzulą wykonalności. I nikomu nie zależy na tym, żeby zatrzymać ten obłęd. Reprywatyzacja została wstrzymana, ale to, co zostało ukradzione, należy zabrać do końca. I nie ma zmiłuj. Walka toczy się do ostatniej kropli krwi. Do ostatniego mieszkania, ostatniej dziupli.

Nie pamiętam kiedy pisałam ten tekst. W komputerze jest data ostatnich zmian 2 września 2016 r., czyli jeszcze przed powstaniem Komisji Patryka Jakiego. Chyba został opublikowany w Dzienniku Gazecie Prawnej, ale nie jestem pewna. A jeśli nawet, to pewnie w nieco innej formie. Natrafiłam na niego 1 maja, zaraz po przeczytaniu artykułu w Super Expressie o tym, jak Wojewódzki Sąd Administracyjny wstrzymał wykonanie decyzji Komisji Reprywatyzacyjnej w sprawie Schroegera 72. Zdecydowałam się go tu i teraz opublikować po złości. Prawie 3 lata minęły od czasu, gdy opisywałam skandaliczne wyroki sądowe i poczynania ratusza, a mafia ma się nadal dobrze. Co się zmieniło? Prezydent się zmienił, ale Sąd nadal działa na rzecz pani Kaszyckiej, która kupiła roszczenie do kamienicy za 10 tys. zł od faceta, którego z przedwojennym właścicielem łączyła tylko zbieżność nazwisk. W dodatku wiceprzewodniczący Komisji, Sebastian Kaleta, straszy, że lokatorzy dzięki decyzji Komisji już nie musieli płacić bandyckich czynszów, a teraz pani Kaszycka znowu jest w prawie. Otóż nie! Nie jest w prawie. Polecam lekturę tekstu „Artykuł 678 kc”. Nie dajmy się zwariować. To są rozgrywki między sądem administracyjnym, a Komisją, która kwestionuje zasadność zapadłych wcześniej wyroków i sumienność oraz kompetencje sędziów tam orzekających. A pani Kaszycka nigdy nie była i nie jest w prawie i tym razem nie uda jej się zastraszyć mieszkańców Schroegera.