Wyrok Marka M. i Huberta M.

Marek M. niedawno opuścił areszt śledczy w Białołęce, ale nie stawił się wczoraj w Sądzie Okręgowym w Warszawie na odczytaniu prawomocnego już wyroku za wandalizm, jakiego dopuścił się na Żoliborzu.

Proces trwał siedem lat. Razem z handlarzem roszczeniami na ławie oskarżonych siedział też jego wspólnik, Hubert M. Obaj, działając jako zarządcy części nieruchomości, która chwilowo znajdowała się w rękach Barbary Zdrenki, matki Marka M., dwukrotnie zdewastowali remontowany taras willi na Żoliborzu Oficerskim, rozwalając młotami świeżo położony beton i wyrzucając do ogrodu zgromadzone materiały budowlane. To były dwa bandyckie napady, jeden przy udziale zamaskowanych zbirów, których tożsamości nie udało się ani prokuraturze, ani sądowi ustalić. Całą sprawę wkrótce opiszę. Dzisiaj tylko krótki komunikat o wczorajszym wyroku, który zwalił mnie z nóg.

Sąd pierwszej instancji wydał wyrok jesienią ubiegłego roku. Marek M. został skazany na półtora roku bezwzględnego więzienia, a w uzasadnieniu sędzia orzekł, że oskarżony nie poczuwa się do żadnej winy i nie rokuje poprawy, w dodatku był już wcześniej karany. W stosunku do drugiego oskarżonego Sąd Rejonowy dla Warszawy Żoliborza orzekł tylko karę grzywny, gdyż Hubert M. wyraził skruchę, zmienił zawód i według oświadczenia nie ma już nic wspólnego z drugim oskarżonym i z nieruchomościami. Ten wyrok został zaskarżony przez wszystkich: obu oskarżonych, a także oskarżyciela posiłkowego i prokuraturę.

W Sądzie Okręgowym wyrok był trzykrotnie odraczany. W kwietniu ulegała zatarciu śmieszna kara Marka M. za jazdę samochodem bez uprawnień, ale od tego momentu sąd nie mógł już traktować go jak recydywisty, tylko w świetle prawa był już prawym obywatelem, nigdy niekaranym. Obrońcy oskarżonych nie mieścili się na przeznaczonej dla nich ławie. Włączył się nawet prof. Piotr Kruszyński, który na pierwszej rozprawie apelacyjnej udowadniał, jakim to prawym człowiekiem jest Marek M. Kiedyś zwracałam się do profesora z prośbą o ratunek i potraktował mnie z buta. Teraz rozumiem dlaczego.

Sąd Okręgowy zmienił częściowo wyrok pierwszej instancji, a mianowicie zdjął karę bezwzględnego więzienia, pozostawiając jedynie kary grzywny dla obu oskarżonych. W uzasadnieniu podniósł, że grzywna będzie karą bardziej dotkliwą dla oskarżonego. Marek M. ukarany został grzywną w wysokości 28 tys. zł, a Hubert M. – 15 tys.

Wysoki Sądzie! Nie było jeszcze komornika, któremu udałoby się wyciągnąć choćby złotówkę od kamienicznika Marka M. Świętej pamięci Jolanta Brzeska wygrała z nim kiedyś proces i przez dwa lata komornik usiłował wyegzekwować 2 tys. zł zasądzonych prawomocnie kosztów procesowych. Jola nie żyje już 8 lat, a do dzisiaj Marek M. nie uregulował należności. Jeśli dla kogoś ma być dotkliwa ta kara, to z pewnością dla ofiar obu panów, których trzeba liczyć w setki poszkodowanych. Jedyna pociecha, to fakt, że teraz żaden z nich nie będzie mógł powiedzieć o sobie „niekarany”, a o to będą pytani jeszcze wielokrotnie przez warszawskie sądy.